/> DezUbekistan – Tradycja – The Tradition
Go to ...

Tradycja - The Tradition

Pismo - Forum światopoglądowe

DezUbekistan


Autorzy ustawy o obniżeniu świadczeń byłym pracownikom organów bezpieczeństwa przypominają lekarza, który daje lewatywę, udając, że nie wie z jaką chorobą ma do czynienia. Chyba, że to premedykacja zastosowana w celach diagnostycznych, żeby sprawdzić, czy potwierdzi się podejrzenie rozłamu Rzeczypospolitej. Ponieważ jednak czcigodna pacjentka ma utrwalone zaburzenia odporności moralnej, więc może należałoby wreszcie usunąć przyczynę politycznej niewydolności miast szargać emerytów?
Dane z historycznego wywiadu
Wiadomo powszechnie, że winę za całe zło ponosi internacjonalistyczna hydra namiestników Moskwy, którzy w latach 1944-1956 byli głównymi organizatorami terroru i komunizacji Polski. Kilkadziesiąt tysięcy funkcjonariuszy w Urzędzie Bezpieczeństwa (UB) i w sądownictwie, podobna liczba sowieckich dowódców oddelegowanych do polskiego wojska oraz członkowie kadrówki PPR. Zbrodniarze z tego „Ubekistanu” nosili dla niepoznaki polskie nazwiska, żeby wmówić krajom Zachodu, że mordowanie patriotów jest sprawą Polaków . Nie stłumiono by antysowieckiego powstania , gdyby nie dywizje NKWD, które wystrzelały lub wywiozły na Syberię dziesiątki tysięcy niepodległościowców. Polsko brzmiący funkcjonariusze i dowódcy organizowali procesy Żołnierzy Wyklętych, aby tych, którzy przeżyli śledztwo, skazać „w obliczu prawa” za bandytyzm. Większości – jak teraz wiemy – strzelano w tył głowy i zakopywano sekretnie w bezimiennych grobach. Polacy, okłamywani tak jak Zachód, zajęci podnoszeniem kraju z ruin, nabierali oddechu jakiej takiej wolności w procesjach Bożego Ciała, idąc w ślad za prymasem Hlondem kroczącym w asyście komunistycznych dygnitarzy. Elita kulturalna ściskała ręce oprawcom, a zmaltretowany wojną i okupacją naród miał stoczyć się w przyjazne ramiona „Chorążego Pokoju” – Józefa Stalina. Trzy lata po jego śmierci kilku namiestników Moskwy ukarano niewielkimi wyrokami. Połowa rozjechała się po świecie, reszta wtopiła się w polskość, czekając na następną okazję do przejęcia władzy. I sza!
Po 1989 roku, rząd Jana Olszewskiego przegrał z Ubekistanem. Western w samo południe zakończył się nocną zmianą. Banda nasłanych i rodzimych morderców z pierwszych lat po wojnie dalej okupowała stanowiska i – po wychowaniu następców – przechodziła na emeryturę. Ich potomstwo, wzmocnione liczebnie praniem mózgów w „Gazecie Wyborczej” uważa się za Europejczyków o orientacji liberalno-lewicowej (lib-lew) oligarchii zbudowanej na fundamentach historii widzianej oczyma antenatów. Tę wizję podważa rządzone przez PiS państwo „zwykłych Polaków”. Rozłam społeczeństwa jest faktem, a proporcje części mierzy się słupkami poparcia (sic!).
Propozycję radykalnego leczenia
Zaproponowało w roku 2007 Stowarzyszenie dla Ochrony Polskiej Tradycji Narodowej, wystosowując do IPN wniosek o objęcie ściganiem sprawców terroru lat 1944-1956. Określono szczegółowe dane na temat organizacji i instytucji, które winne być uznane za zbrodnicze oraz historyczne i prawne uzasadnienie indywidualnych sankcji z najwyższej półki kodeksu karnego. Odpowiedzi na piśmie nie było. Wniosek tkwi w archiwum czasopisma „Tradycja”. (www.tradycja.info.pl). Zbrodniarze z tamtych lat odpowiadają zbiorowo, nawet jeżeli przez życiową pomyłkę znaleźli się w złym towarzystwie. Jak w westernie. A wieczna infamia powinna dotyczyć nawet nieżyjących.
Objawy uogólnionego zakażenia
Dez-Ubekistan to widmo upiora, nieprzebitego na czas osikowym kołkiem, Wywołało je z mrocznej przeszłości Prawo i Sprawiedliwość. Naturą zjawy jest powiększanie swych gabarytów przy jednoczesnym zacieraniu się granic między zbrodnią a złem koniecznym. Pewnie dlatego ustawodawcy nie zróżnicowali stopnia winy osób podlegających sankcjom tylko po równo zgolili świadczenia jak wojskowy fryzjer łby rekrutów. Chodzi pono o kilkadziesiąt tysięcy funkcjonariuszy plus około 90 tysięcy tajnych współpracowników.
W systemie bezpieczeństwa komunistycznego państwa brało jednak udział o wiele więcej obywateli PRL. Wyjeżdżający do krajów wolnego świata na kontrakty, konferencje i staże naukowe, imprezy kulturalne itd. również tworzyli oka takiej sieci. Kiedy taki ekspert wnioskował o kontrakt, urzędnik pytał go od progu, czy się „podejmie”. Jeżeli petent nie rozumiał, nie wyjeżdżał. A szło o to, żeby podpisał w obecności oficera SB promesę wypełnienia zlecanych zadań. Jeżeli potrzebna była informacja z jakiegoś rejonu świata, instytucja wysyłająca wiedziała, kogo skierować do współpracy. Podobne zobowiązania składali przez pół wieku wszyscy mężczyźni odsługujący służbę wojskową, przysięgając przed przejściem do rezerwy, że (w razie czego) będą bronić socjalizmu i przymierza ze Związkiem Radzieckim. Ślubowanie mogło obowiązywać też wyższych urzędników państwowych, profesorów uczelni, naukowców itd., itd. Ba! Szczebiotały ją nawet dzieci, wstępujące w szeregi harcerstwa. Wszystkie istniejące ugrupowania partyjne sprzed 1989 roku miały w statutach takie zobowiązania i tak było zapisane w konstytucji.
Jednak karanie ludzi za to, że przystosowywali się do życia w niechcianym systemie, byłoby takim samym absurdem, jak konstruowany przez komunę system totalnego nadzoru nad obywatelem. Jest to jedna z charakterystycznych cech opisywanego widma. Przekonałem się o niej na własnej skórze w Polsce Ludowej, jako dziecko z podejrzanej warstwy społecznej. Obecnie młodych funkcjonariuszy gabinetów politycznych rządzącej ekipy nieufnością napawa data mego urodzenia. „Widać, służył mu ten PRL skoro jeszcze żyje!” Ostatnio zaś dowiedziałem się z „poważnej książki”, że mój dziadek, który skończył przed I wojną światową UW im. Aleksandra I, a potem jako notariusz, stemplował akty własności pieczątką z dwugłowym carskim orłem – wysługiwał się Rosji. Głupota nie jest ani „lewa”, ani „prawa” tylko bezdenna.
Naturalna moc organizmu
Ludzie nie rodzą się bohaterami w lesie lub politykami w parlamencie. Jeżeli ich życie przypadnie na podłe czasy – wystarczy, że zachowują się przyzwoicie. Niektórym, nawet nie jakiś szczególnie wysoki poziom moralny, ale zwykłe poczucie wolności lub smaku nie pozwala na zawieranie podłych układów dla osiągnięcia uprzywilejowanej pozycji. W PRL to oni – bez względu na wypowiadaną powszechnie rotę przysięgi reżimowi – wyjeżdżali na gastarbeiterkę, czyli organizowaną samodzielnie robotę na czarno. Najpierw przez zieloną granicę, a potem na wpół legalnie „za Gierka”, bo kiedy komuna dusiła się z braku dewiz, w wyścigu technologicznym z Ameryką, graniczni kapo, nie kryjąc pogardy dla zarobkowej turystyki, przymykali jednak na nią oko.
– Zaawanturował się pan dwa dni dłużej niż było zadeklarowane – zauważał wopista na Okęciu i wtedy człowiek czuł, jak pali go te kilka tysięcy marek, franków czy dolarów w zwitku banknotów przypiętych plastikową agrafką do wewnętrznej strony podszewki kurtki.
Nie rewidowano, bo przecież „awanturnicy” zasilali nielegalnym zarobkiem skarb państwa, płacąc w PKO za „malucha” czy mieszkanie. Kursy NBP powodowały, że zarobione w wolnym świecie lub na czarnym rynku walutowym (częńdź many?) – niewielkie kwoty dewiz były w PRL majątkiem. „Awanturnicy” zatrudniali się więc wszędzie tam, gdzie liczyły się praktyczne umiejętności, zbierali buraki w Niemczech, zmywali talerze we Włoszech i Grecji, montowali systemy wentylacyjne w Szwecji, ryzykowali zdrowiem w fabrykach azbestu i w organizacjach pomocniczych w USA, a nawet życiem we francuskiej Legii Cudzoziemskiej lub jako snajperzy w wojskach operujących przeciwko reżimom popieranym przez Moskwę. Przedtem w Kongo i w Angoli, a potem w Afganistanie i w Bośni. I uczyli się świata. To oni, zamiast obnosić się z brakiem środków, biorą los we własne ręce (to setki tysięcy takich w Wielkiej Brytanii, Szkocji, itd.) i nie tytłają się „podejmowaniem” ani liżydupstwem, nie mówiąc już o współpracy ze służbami. Z reguły nie biorą udziału w życiu politycznym, ale ostatnio gromadnie głosowali za „zmianą” deklarowaną przez PiS. A teraz pilnie śledzą zarówno trumfy, jak upadki funkcjonariuszy tego ugrupowania.
Większość z nich uważa, jak ja, że żyjący współcześnie obywatele Rzeczypospolitej powinni się dogadać dla wspólnego dobra. Zagrać w otwarte karty i wypracować kompromis. Ale, tak czy owak, poważnych chorób nie leczy się lewatywą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

More Stories From Aktualności

About Jerzy Terpiłowski

Polski pisarz, eseista, dramaturg, tłumacz. Laureat Nagrody Ministra Kultury (2004) oraz Medalu Prymasa Tysiąclecia (2001). Organizator i prezes Stowarzyszenia "Pospolite Ruszenie" dla Ochrony Tradycji Polskiej, redaktor naczelny miesięcznika kulturalno-społecznego "Tradycja". Członek Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich i Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.