|
Duch Rzeczypospolitej
Występują jeszcze dziś różne, często kontrowersyjne poglądy na model ustrojowy państwowości Obojga Narodów, próbujące przeciwstawiać króla i parlament, monarchię i demokrację, ład i samowolę czy wręcz anarchię. Jest to nie tylko uproszczenie, odległe od rzeczywistości historycznej. Upadek Rzeczypospolitej spowodował nie milknące do dziś spory o przyczyny tragedii. Poddano swoistej wiwisekcji tożsamość narodową, a zwłaszcza krytycznie potraktowano rzekomo wyolbrzymione polskie poczucie wolności i nadmierne doń przywiązanie społeczności polskiej.
Potwierdzenie tego politycznego afektu dostrzeżono w romantycznych mitach i stereotypach. Z jednej strony wolność utożsamiano w tych analizach z bezkarnością i sobkostwem, przechodzącymi we wręcz przestępcze szkodnictwo - a upersonifikowaniem tej tezy stała się postać Władysława Łozińskiego. Z drugiej zaś strony wolność polityczną postawiono na równi ze stereotypem “złotej wolności”, czyli swawolą i anarchią, podporządkowującymi racje państwa interesom stanowym i wręcz osobistym, prywatą - przedkładającą sprawy własne nad dobro publiczne.
Model demokracji szlacheckiej w XVIII w. uległ faktycznie degeneracji i zanarchizowaniu wewnętrznemu, toteż słowa: Rzeczypospolita nie-rządem stoi... zastąpił slogan: Polska nierządem stoi. Polska nierządna, zanarchizowana, słaba i półsuwerenna łatwo stała się łupem absolutystycznych państw sąsiedzkich z władcami despotycznymi. Fakt ten i jednostronna potępieńcza ocena czasów saskich utrwaliła wulgarny i propagandowy, a przy tym historycznie fałszywy, mit Polski szlacheckiej nierządem stojącej. Stereotyp taki nadawał się do wygodnej manipulacji w każdych warunkach, gdy trzeba było przeciwstawić się infekcjom wolnościowym czy egzemie niepodległościowej. Dominujący obraz pokonanego insurgenta (co to poszedł “w bój bez broni”), szlacheckiego warchoła i ciemiężyciela ludu, wiecznego konspiratora i anarchistycznego terrorysty, nawiedzonego romantycznym mitem “narodu wybranego” ksenofoba, miał na celu indoktrynację propagandą w szkole i mediach.
Jest więc zasadne pytanie: czy mamy się czym chwalić?! Czy nie lepiej odrzucić - a takie głosy się coraz częściej odzywają - całe to dziedzictwo, odrębność kulturową, skomplikowaną historię i martyrologiczną spuściznę.
Oferowaliśmy Europie walory naszego niepowtarzalnego, oryginalnego, może nieco ksenofobicznego (pracował nad tym sarmatyzm i prometejski romantyzm) kręgu kulturowego z pogranicza Wschodu i Zachodu, co było autentycznym wykwitem polskiej myśli politycznej (poczynając od Stanisława ze Skalbmierza, Pawła Włodkowica, Andrzeja Frycz-Modrzewskiego), a zwłaszcza praktyczne dobrodziejstwo pluralizmu i tolerancji w sferze etnicznej, narodowej i wyznaniowej. W 1573 r. stworzyliśmy niezwyczajne dzieło - słynny akt tolerancji nazywany “Konfederacją warszawską”; gdy inni toczyli wojny i dokonywali rzezi w imię przekonań religijnych, my otoczyliśmy opieką prawa wyznania reformacyjne, pozwoliliśmy na nieskrępowane funkcjonowanie prawosławia, wolnością religijną cieszyli się muzułmanie i mozaiści. Nie miało żadnego znaczenia w sejmie Rzeczypospolitej pochodzenie etniczne. W “wieku świateł” ukształtowaliśmy nowatorski model edukacji, a działalność ks. Stanisława Konarskiego i ks. Stanisława Staszica oraz duch Komisji Edukacji Narodowej pozwoliły nam stanąć w pełnym blasku obok - jeśli nie na czele - innych narodów dzięki Konstytucji 3 Maja, drugiej - po amerykańskiej - konstytucji w świecie. Wyprzedziła ona o kilka miesięcy tę francuską.
Na kartach naszych dziejów zapisywali swoje dokonania - dobre i... złe - etniczni Polacy, ale też Litwini (ot, choćby posła Rejtana wspomniawszy), i wszyscy inni posesjonaci z ziem nazwanych kresowymi oraz obywatele o różnych nacjach, wyznaniach etc. Warto to przypominać, gdy słyszymy iż z “mlekiem historii” wyssaliśmy ksenofobię... Idea Rzeczypospolitej wyrosła na tradycji trzech dynastii: Piastowiczów, Andegawenów i Jagiellonów, i ukształtowana została w otoczce etosu i stylu życia chrześcijańskiego Zachodu. Wejście w krąg cywilizacji łacińskiej sprawiło, iż o pozycji państwa przesądzała już nie tylko siła militarna, ale także kształt i sprawność jego struktur ustrojowych. Wyrazem tego był zjazd gnieźnieński. Pod wrażeniem świetności dworu Bolesława I Chrobrego, jego zasobności i siły militarnej cesarz Otton III włożył na głowę księcia swój diadem, uznając w nim władcę Słowian i członka tworzonej przyszłej wspólnoty europejskiej - odnowionego cesarstwa rzymskiego. Ten fakt stanowił impuls i inspirację dla kolejnych władców. Piastowicze potrafili zapewnić Polsce suwerenność, stabilizację i godne miejsce w Europie. Kiedy rodzima dynastia na skutek wygaśnięcia rodu (1370 r.) zeszła z politycznej sceny, wydawać się mogło, iż państwo nasze czeka “czarny scenariusz”. Jednakże elity polityczne ze szkoły mądrego króla Kazimierza i stan rycerski potrafili w ciągu 15 lat przeprowadzić kraj - i to bez większych wstrząsów - przez zmiany kolejnych dynastii. Zdołali nakłonić osadzoną na tronie polskim Jadwigę Andegaweńską do małżeństwa z wielkim księciem litewskim Jogajłą, który po chrzcie nazwany został Władysławem i obdarzony koroną. Jest w tym akcie - zapoczątkowanym układem w Krewie z 1385 r. i usankcjonowanym przez połączenie Polski i Litwy unią personalną potwierdzoną w Horodle w 1413 r. - dalekomyślna wizja polityczna, mająca swoją genezę w planach Ottona III i tradycji zjazdu gnieźnieńskiego.
Polska zatem wprowadziła do Europy nowy znaczący kraj, wnosząc weń lumen Christii nie według doktryny siły, ale wedle sprawiedliwych racji politycznych opartych na zasadzie: wolni z wolnymi, równi z równymi...
Oddając swój tron władcy Litwy, rządzonej samowładnie, naród polityczny, czyli stan szlachecki uzyskał gwarancje ustrojowe oraz prawne dla swoich nabytych uprzednio przywilejów oraz nowe gwarancje zabezpieczające poddanych przed ewentualną samowolą królewską. Neminem captivabimus (statut jedlneński pochodzi z 1430 r., gdy angielskie Habeat corpus dopiero z 1679 r.), gwarantujące nietykalność osobistą bez wyroku sądowego, dopełniało gwarancje prawne z 1422 r. o nietykalności mienia. Gwarantowało też wolność słowa szlacheckiego (nie mieli tych gwarancji choćby członkowie Izby Gmin i więzieniem płacić im przychodziło za nieoględne słowa). To były minima, na których budowano system ustrojowy Rzeczypospolitej Obojga Narodów.
Wolność i prawo, współzależne i nierozdzielne od siebie, stały się najważniejszymi imponderabiliami Rzeczypospolitej. Ich wykładnia pragmatyczna oparta była na zasadzie, iż prawo nie może naruszać wolności, zaś wolność - przekraczać prawa.
Pojęcie wolności wynikało zarówno z prawa naturalnego, jak i z nadnaturalnego, boskiego. Definicję tego pojęcia znajdujemy w konstytucji Nihil novi, gdzie nie tylko o instytucji stanowiącej prawo jest mowa, ale i o aksjomatach ideowych, jak “wolność publiczna” (publica libertas), co - mówiąc współczesnym językiem - oznacza prawa obywatelskie.
Przywiązanie do tychże aksjomatów politycznych wyraził kasztelan poznański, Andrzej Górka, na sejmie w 1548 r. wobec króla Zygmunta Augusta: Lecz iż korona polska nie przyrodzonem prawem na Waszą Królewską Miłość przyszła, nie podbiłeś nas mocą ani mieczem... wybralichmy Cię sobie za Pana nie inszym sposobem, jeno iżbyś ludziom wolnym panował, a nie inaczej, jeno wedle prawa a swobód naszych. Łukasz Górnicki, skądinąd zaufany sekretarz wspomnianego władcy i jednocześnie nobilitowany mieszczanin, ideologiczny model suwerenności prawa ucieleśnionego w szczególnej randze sejmu jako czynnika w państwie nadrzędnego dostrzegał we współrządach króla, jego rady, czyli senatu i reprezentacji politycznej, czyli sejmu. Górnicki wyeksponował najbardziej istotne składniki ustrojowe Rzeczypospolitej “złotego wieku” - szerokie kompetencje sejmu i jego szczególną strukturę wyrażającą się współrzędnością “trzech sejmujących stanów”, czyli króla, senatorów i posłów ziemskich. Każda uchwała wymagała zgody króla, aby stać się ustawą, i ogłaszana była w imieniu władcy. Działo się tak nawet wtedy, gdy w niektórych konstelacjach politycznych władca niechętnie udzielał swej sankcji podjętym decyzjom. Zajęcie stanowiska przez króla w kwestiach wnoszonych przez izbę uchwał nazywano “konkluzją” królewską. Do monarchy też należał arbitraż w wypadku sporu między izbami i gdy niemożliwe było uzgodnienie treści uchwały. Od tego głównego egzekutora władzy, albowiem tylko króla uważano za zwierzchnika władzy wykonawczej, i stawiano mu duże wymagania, inaczej niż w monarchiach dziedzicznych. Co więcej, nie tylko wymagano, ale i prawnie sankcjonowano owe wymogi; artykuły henrykowskie zawierały istotny artykuł de non praestanda obedientia, dopuszczający możliwość wypowiedzenia władcy posłuszeństwa w razie naruszenia przez niego w istotny sposób obowiązującego prawa. Analogii nie znajdziemy w jakimkolwiek systemie prawnym ówczesnej Europy, choć wszystkie wywiedzione były ze wspólnych korzeni średniowiecznych zasad ustrojowych (przykładem może być “złota bulla” węgierska z XIII w.), jak też z uznawanej powszechnie doktryny tomistycznej o władzy tyrańskiej, wobec której posłuszeństwo przestaje obowiązywać w sumieniu. Chrześcijańska myśl filozoficzna, teologiczna i prawno-ustrojowa nie została nigdzie tak głęboko asymilowana jak miało to miejsce w Rzeczypospolitej.
Zwoływanie sejmu w okresie Rzeczypospolitej Jagiellońskiej było zastrzeżone tylko dla władcy; artykuły henrykowskie (uchwalone podczas elekcji w 1573 r.) zobowiązywały króla do zwoływania sejmów walnych co dwa lata (choć szlachta domagała się nawet rokrocznych obrad), zaś nadzwyczajnych - zależnie od palących potrzeb. Już to nie nadawało instytucji parlamentu tylko specyfiki formalnej, ale wyrażało faktyczny wzrost aktywności politycznej szlachty, która zresztą zagwarantowała sobie możliwość gromadzenia się politycznego na drodze alternatywnej. Alternatywa ta wyrastała z tych samych źródeł myśli tomistycznej i pryncypiów ustrojowych wieków średnich; była nią staropolska koncepcja uprawniająca szlachtę do zwoływania się poza królem na “rokosz”, czyli sejm konny (znany wcześniej na Węgrzech), oraz do zawiązywania konfederacji.
W XVIII stuleciu przybierze to wręcz postać ideologii skrajnego republikanizmu w okresie Konfederacji Barskiej (1768 r.) zawiązanej przeciwko nazbyt prorosyjskiej polityce Stanisława Augusta Poniatowskiego i przeciwko osłabieniu pozycji Kościoła katolickiego kosztem “dysydentów” - prawosławnych i protestantów, czego wyrazem będzie nawiązująca do tego ruchu pieśń Nigdy z królami nie będziem w aliansach... Kwestionowanie władzy zaborczej czy okupacyjnej, a nawet powierniczej stanie się w XIX i XX w. nader częstą praktyką na ziemiach Rzeczypospolitej. Duch tego nieustannego dążenia do wolności będzie żywy aż do czasów nam najbliższych. Władzę komunistyczną rozpoznawano jako siłę moralnie obcą i sprawowaną z mandatu i w imieniu państwa zaborczego, a więc jako kontynuatorkę tradycji naruszania naszej suwerenności narodowej. Uruchomiło to motywacje oporu społecznego wobec obcej władzy i obcego państwa.
Model demokracji szlacheckiej w Rzeczypospolitej był przedmiotem zazdrosnego podziwu dla wielu zachodnich myślicieli, filozofów, prawników etc. O polskim ustroju z entuzjazmem wyrażał się Jean Jacques Rousseau. Właściciele ziemscy w całej Europie sięgali po uprzywilejowane miejsca w strukturach społecznych, ale nie był to stan chyba nigdzie - poza Rzeczypospolitą i Węgrami - jednorodny i jednolity; możnowładcy - parowie, lordowie, baronowie, hrabiowie, margrafowie, książęta - posiadali mocniejszą pozycję prawną i publiczną. W Polsce wytworzył się jednolity polityczny stan szlachecki i choć występowały zróżnicowania majątkowe, istniała formalna równość wszystkich - magnatów i hołyszy - wobec prawa. Egalitaryzm prawny ograniczał wprawdzie choćby prestiż społeczny wielkich rodów, ale zasada równości “braci szlacheckiej” nie została zakwestionowana. Różniło też Polskę od innych krajów i to, że szlachta miała narzędzia egzekwowania zobowiązań od panującego, podczas gdy gdzie indziej stał on ponad prawem. Władcy obcy - nie mając siły prawa, gdy wiernopoddańcza uległość przeradzała się w bunt - stawali się ofiarą; doświadczyli tego choćby angielscy Stuartowie (Karol I) i francuscy Bourbonowie (Ludwik XVI).
W polskiej wspólnocie politycznej kształt ustroju państwowego wyrażony został sentencją: Rzeczypospolita nie-rządem stoi, ale prawem, wiarą i obyczajem. Oznaczało to, iż nie władca i każdy sprawujący władzę jest ostoją państwowości, ale system prawny, a ściślej - duch prawa, chrześcijański etos i tradycja narodowa. W Rzeczypospolitej żaden król nie mógł powiedzieć: państwo to ja, bo był tak samo podległy prawu jak jego poddani. Wyraził to najtrafniej Andrzej Górka, kasztelan poznański, gdy na sejmie w 1548 r. przypomniał królowi Zygmuntowi Augustowi, iż obieralni władcy panować winni “wolnym ludziom” jeno wedle prawa, dodając zaraz: Swobody nasze jako duszę swoją miłujemy, a gdzieby nam odjęte być miały, tak to w sobie pokładamy [rozumiemy], jakby też duszę z ciała odjął. Jest w tym dążenie do harmonii między “potęgą majestatu” i “źrenicą wolności”.
Do takiego państwa wolności nikogo nie przymuszano; wejście w jego organizm i czerpanie z jego prerogatyw politycznych było dobrowolne. Wszak już z 1562 r. mamy petycję rycerstwa litewskiego i ruskiego, zebranego w obozie pod Witebskiem, w której domagano się ściślejszego zespolenia z Koroną. Unia taka nastąpiła na sejmie lubelskim w 1569 roku. Również reprezentanci stanów inflanckich wypowiedzieli swą wolę zjednoczenia nie tylko z Litwą, ale i z Koroną, i z czasem Inflanty stały się wspólną domeną. W dużym stopniu przyczyniły się do tego najazdy moskiewskie i chęć zagwarantowania w wypadku zagrożenia pomocy militarnej nie tylko Mitry, ale i silniejszej - Korony. Głównym czynnikiem była wszak atrakcyjność związków z Polską. Tak też trzeba patrzeć na akcept włączenia do Korony ziem ukraińskich (województwo kijowskie) i Wołynia przez tamtejszą szlachtę. Rzeczypospolita potrafiła przyciągać do siebie sąsiednie społeczności swym kształtem ustrojowym, w którym przesądzającym czynnikiem był system parlamentarny. Ściślejszego zespolenia z Rzeczypospolitą dokonali także posłowie ziem pomorskich (Prus Królewskich). Układ sejmików w zasadzie odpowiadał strukturze wojewódzkiej. “Ziemia” była wyodrębnioną częścią składową województwa lub samodzielną jednostką administracyjną, mającą własny sejmik. W Koronie było 27 sejmików (województwa o największym prestiżu - krakowskie, poznańskie, sandomierskie, kaliskie, sieradzkie nominowały po 6 posłów, inne po 3-4, sejmiki ziemskie po 2, miasto Kraków miało 2 swoich przedstawicieli; łącznie z Korony na sejmie było 93 posłów). Po Unii Lubelskiej (Mitra miała 44 posłów) oraz zintegrowaniu Pomorza (kilkunastu posłów) i Inflant we wspólnym systemie parlamentarnym sejmików było już około 65. Głównym zadaniem sejmiku - analogicznie jak to jest ze współczesnym okręgiem wyborczym - było wybranie posłów na sejm i udzielenie im instrukcji, jakie mają zajmować stanowisko. Aby stanowisko takie było uzgodnione w szerszym gronie, a obrady sejmowe przebiegały sprawnie, ukształtowała się instytucja sejmików generalnych; dla Małopolski był to sejmik w Korczynie, dla Wielkopolski - w Kole, dla Mazowsza - w Warszawie, dla Wielkiego Księstwa Litewskiego - w Wołkowysku lub Słonimie, dla ziem Prus Królewskich - w Malborku lub Grudziądzu. Później ustawowo zobowiązano sejmiki generalne (tzw. “generały”) do opracowania rejestrów postulatów mających być przedłożonymi na sejmie walnym. Sprawy struktur i zasad parlamentarnych ogół szlachecki zaliczał do swych kardynalnych praw podmiotowych i wszelkie próby reformowania (czytaj: pomniejszania) były odrzucane jako naruszające prawa obywatelskie.
Od styku XVI i XVII w. coraz wyraźniej dostrzegano walory elekcji większością głosów, choć wciąż w świadomości politycznej utrwaliło się przekonanie, iż zasada jednomyślności (“jednozgodności”) jest doskonalsza. Praktyka sankcjonowała jednakże zgodę większością głosów, przy czym mniejszość milcząco (na wzór dzisiejszego wstrzymania się od głosu) akceptowała zdanie większości. I choć mogła zaistnieć sytuacja ujawnienia się opozycji reprezentacji jakiegoś sejmiku, powołującej się na swoje poruczenia, jednak posłowie otrzymywali zwykle zalecenie uzgadniania stanowiska z przedstawicielami województw o największym prestiżu. Była w tym zapewne słabość polskiego systemu parlamentarnego, ale też faktyczne przejawy owych słabości do XVII stulecia prawie nie miały miejsca, gdyż nierzadko praktykowano - akceptowane potem - odejście od pierwotnych dyrektyw sejmikowych, o ile wymagał tego interes państwowy.
Antynomia autorytet władzy (silna władza wykonawcza) - wolność obywateli, stale obecna w większym lub mniejszym stopniu w polskim życiu publicznym, wcale nie musiała być destrukcyjna; o takim wyborze drogi i konsekwencjach doby saskiej przesądziły przede wszystkim inni, nasi sąsiedzi. Warto tu przytoczyć opinię jednego z najlepszych znawców okresu jagiellońskiego, prof. Zygmunta Wojciechowskiego, który pisał: Rzeczpospolita polska będzie w następnych wiekach zbudowana źle, ale będzie zbudowana na prawie. Polska bowiem od XVI wieku staje się państwem prawnym. Z czasem w dobie staropolskiej uformował się ruch egzekucyjny jako formacja czy wręcz obóz polityczny z wyraźnym programem naprawy Rzeczypospolitej. Oto w państwie, w którym wedle prawa cała szlachta jest równa, w wyniku postępowania monarchów nastąpiło uprzywilejowanie elit skupionych wokół tronu. Doprowadziło to do czerpania niewspółmiernych korzyści, gdyż łączono urzędy i stanowiska państwowe, gdy zasadą miał być zakaz kumulacji urzędów. Zasoby dóbr domeny koronnej, tzw. królewszczyzny, zostały uszczuplone w wyniku złej gospodarki i budziło to niepokój szlachty, gdyż domena tronowa stanowiła główną bazę majątkową państwa i chciano, by była ona trwała i zasobna. Program egzekucyjny podejmował walkę z przejawami i skutkami rozdawnictwa urzędów i dóbr królewskich, z koncentracją urzędów w jednym ręku.
Monarcha (był nim Zygmunt August) nie mógł rządzić bez sejmu i szlachty, toteż ugiął się i zwołał sejm, na którym stanęły postulaty egzekucyjne. Efektem zmagań reprezentantów ziemskich o egzekucję praw było dowartościowanie izby poselskiej sejmu, wcześniej traktowanej przez króla i senat jako element “pośledni”, i tym samym została urzeczywistniona w praktyce teoria “trzech sejmujących stanów”. A przy tym podjęto wielce pożyteczne dla państwa ustawy o powołaniu skarbu i wojska “kwarcianego” - swoistego korpusu ochrony pogranicza ziem południowo-wschodnich. Tego ducha reformatorskiego znajdujemy w dziele politycznego intelektualisty Andrzeja Frycza Modrzewskiego De emendanda Republica... i w wiekopomnym przedsięwzięciu politycznym, jakim była Konstytucja 3 Maja. Zaangażowanie polityczne i wysoki stopień odpowiedzialności za powierzony “mandat” posłów ziemskich sprawiały, iż zwykle zjawiali się na sejmach in gremio. Tej sumienności nie przejawiali już senatorowie. Aktywność poselska nie wynikała bynajmniej z pobierania ze skarbu królewskiego diet, tzw. “strawnego”.
Od XVII w. zaczyna pojawiać się - rozpanoszony w dobie saskiej - system “klienteli” i usług świadczonych koteriom magnackim. Przy tym trzeba pamiętać i to, że najczęstsze zrywanie sejmów miało miejsce na obrzeżach Rzeczypospolitej, na ziemiach dołączonych, w Wielkim Księstwie, gdzie nie było tak silnej tradycji wolnego parlamentu i łatwiej było skorumpować szlachecką gołotę, spośród której rekrutowali się zrywacze sejmikowi i sejmowi. Wszystko jednakże szło na wspólny rachunek Rzeczypospolitej. Nie wolno nam - zwłaszcza z retrogresywnej perspektywy rozbiorów i narodowej niewoli - absolutyzować prawnowolnościowych koncepcji staropolskiej państwowości, ale nie wolno też negować tego dorobku, a tym samym dostrzegać wyłącznie “czarną legendę” sarmatyzmu.
Ład, porządek, dyscyplina, jak i silna władza (absolutum dominium), nie były nigdy walorami należącymi do narodowych imponderabiliów. Ceniono je znacznie mniej i poświęcano dla idei wolności. Nasuwają się porównania trzech tradycji narodowych i kulturowych: naszej, angielskiej i pruskiej, wyrażających w różny sposób afirmację wolności - i ładu, wolności - i porządku. Stosunkowo duże dowartościowanie ładu i porządku nastąpiło w ideologii państwa pruskiego, relatywnie największa absolutyzacja idei wolności w tradycji polskiej. Utylitarny wzorzec angielski miał wszak w naszym kręgu wielu adoratorów, a zasada wolności i zabezpieczany przez władzę porządek postrzegane były nie tylko jako równowaga między naszym własnym dziedzictwem a sukcesami polityki anglosaskiej. W tym ostatnim dostrzegano remedium na przerost “złotej wolności”.
Warto może przypomnieć charakterystyczny element pozwalający na pewne analogie między narodem sarmackim a społeczeństwem amerykańskim; widomym znakiem wolności w obu było prawo posiadania i noszenia broni. W Rzeczypospolitej szabla u boku odróżniała szlachcica od nieszlachcica. Staropolska demokracja równowagę między władzą a narodem widziała obok siły prawa również w prawie siły.
We people - “My, naród”; tak zaczął swoje wielkie przemówienie w amerykańskim Kongresie Lech Wałęsa. Są to też pierwsze słowa Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych. Sięgnięcie do tego hasła-symbolu przywoływało wspólne imponderabilia kultury polityczno-społecznej obywateli amerykańskich i Rzeczypospolitej. Osiemnastowieczne konstytucje - amerykańska i polska “trzeciomajowa” - wyrastają z tego samego podglebia aksjologii politycznej: wolność i prawo.
Globalizacja, jako modne znamię naszych czasów, polską wrażliwość historyczną zbliża do kręgu anglosaskiego dziedzictwa. Ta konfrontacja ma wielkie szanse przynieść nam profity, wszak pod warunkiem, że wyzbędziemy się kompleksów kulturowej obcości. Trzeba jednakże znać narodu swojego przeszłość.
Profesor dr hab. Wiesław Jan Wysocki
|