|
Opisując narodowe odrębności używamy na ogół stereotypów lub metafor. Uniknął tego Jerzy Terpiłowski w eseju Bagaż duszy (2002), a obiegowe terminy metafizyczne objaśnił naukową hipotezą. Szukając genius loci Warszawy (klucza do zrozumienia Polski), ujawnił między wierszami, i w kontekstach to, co złożyło się na swoją własną tożsamość. Nie mogło być inaczej: wszak antenaci autora „już pod Grunwaldem stawali”, później inni byli marszałkami szlachty. Rodzina straciła majątki za udział prapradziadka Mikołaja w Powstaniu Styczniowym, dziadek Józef był pierwszym dyrektorem policji II RP, brat dziadka, Marian – jednym z jej prokuratorów, a ich siostra, Julia – pisarką krzewiącą narodowe treści. Ojciec Terpiłowskiego, tuż przed wojną, zaczynał karierę państwowca. Wszyscy oni przekazali Jerzemu w spadku wzory myślenia i działania – ów tytułowy bagaż. Ze stron książki blisko do powszednich Polaków, chociaż pokazany w niej kształt tożsamości, niektórym może wydać się nieco staroświecki.
Rafał Ziemkiewicz w książce Polactwo (2004), nie operuje poetyckimi eufemizmami, zastrzega się także, iż nie pisze o narodowym charakterze Polaków i z pasją rzuca na papier coś, co ilustruje stan jego świadomości, nie dość jednak dojrzałej, żeby można ją było nazwać bagażem duszy. Nie do końca zdaje się być pewien duchowych wartości odziedziczonych po przodkach (nieco wstydzi się chłopskiego pochodzenia, dając jednak liczne dowody szacunku dla ojca i dziadka). Powtarza pod adresem Polaków wiele słusznych ostrzeżeń formułowanych przez klasyków endecji, ale robi to tak, jak inni zwalczają polskość, bo - ponoszony prawdopodobnie szlachetną emocją - nadużywa uogólnień, przekraczając zakreśloną przez się granicę. W medialnej dyskusji o pracy Ziemkiewicza podnoszono najróżniejsze argumenty za i przeciw. Co do mnie uważam tylko, że większość słusznej krytyki w Polactwie autor powinien adresować do tak zwanych elit.
Książką wprost odwołującą się w tytule do wspomnianej na wstępie metafory tożsamości narodowej, jest wydany w 2008 roku Esej o duszy polskiej, Ryszarda Legutki. Znajdujemy tu wiele słusznych i błyskotliwych spostrzeżeń, takich jak na przykład to o upowszechnianiu poglądu „iż komunizm był na tyle dobry, o ile walczył z nacjonalizmem, a o tyle zły, o ile mógł być połączony z nacjonalizmem”, że po uwolnieniu się od komuny „cały impet krytyczny i demaskatorski nowej władzy nie szedł przeciwko komunizmowi i komunistom lecz przeciwko narodowi”, że negowano rację istnienia narodu polskiego, zastanawiając się, czy nie zastąpić go społeczeństwem (najlepiej obywatelskim), że wykorzystywano tradycję węższą (małe ojczyzny) przeciw tożsamości szerszej – narodowej, że w warunkach wychowania klasycznego „dzieła były tymi, z których czytelnik się uczy i na których się wychowuje a (obecnie) ... są to dzieła, o których młody człowiek się uczy ale, które nie pozostają w żadnym związku z wychowaniem, o ile nie potwierdzają obowiązujących aktualnie poglądów”. Profesor przyznaje, że jego rodzina “nie miała wiele wspólnego z inteligencją”, a zatem wspomniane odcinanie się od nowohuckiej subkultury wynikało zatem bardziej z kompleksu niższości wobec krakowskiego środowiska niż z rozpoznania różnic w eschatologii. W reasumpcji eseju Profesor oświadcza, że „nie ma powodu sądzić, iż zatrzymaliśmy się jako naród na pewnym poziomie rozwoju i dalej nie ruszymy”.
Cieszę się z tego, ale muszę stwierdzić, że drogowskazy wytyczył mało czytelnie, ich fundamenty słabo osadził w podłożu, a cały esej traktuje bardziej o tożsamości samego Profesora oraz o środowisku, w którym pozostawał, niż o duszy narodu. Pisze właściwie o społeczeństwie, które - żeby funkcjonować - duszy mieć nie musi, a utożsamianie go z narodem dogadza na ogół elicie władzy.
Rozumiem to, wszak Ryszard Legutko jest sekretarzem stanu w kancelarii prezydenta RP (popularyzującego ostatnio „patriotyzm nie nacjonalistyczny”), był senatorem, ministrem. Nie sądzę, że porzucił katedrę dla polityki aby - jako miłośnik Platona - sprawdzić, jak funkcjonuje państwo. Klasyczny humanista wie, że apoteoza ludzkich wartości ma niewiele wspólnego z praktyką rządzenia, więc szukanie tam duszy narodu jest nieco ryzykowne.
Autor Eseju o duszy polskiej nie nawiązuje do książek Terpiłowskiego i Ziemkiewicza (pomimo, wyraźnej inspiracji) ani do tego, co należy do kanonu tematu, jak na przykład prorocze oświadczenie Becka z roku 1939. (Polska... w sojuszu z Moskwą może stracić duszę.), albo wciąż „niepoprawne politycznie” prace krakowskich kolegów: Feliksa Konecznego i Andrzeja Szyszko–Bohusza.
Narodowa kontynuacja Nie zgadzam się z Ryszardem Legutką, że Polska jest krajem zerwanej ciągłości. Nie zna on z autopsji społeczeństwa II RP, a polski naród z czasów Międzywojnia wyobraża sobie na podstawie tego, co wywnioskował z naukowego, a nie artystycznego lub rodzinnego przekazu i porównuje ze środowiskiem, które w znacznym stopniu tożsamość polską (czytaj: duszę) straciło. W rzeczywistości ciągłość narodowa istnieje wciąż we wzorach myślenia i działania, zaś Polska jest jak Itaka, w której Polacy (niby mityczna Penelopa) oczekują przywódcy (władcy) z prawdziwego zdarzenia a niechcianych konkurentów oszukują, nie wierząc w ich dobre intencje. Odrzuciwszy skłamane sondaże – pogadajmy z prostymi ludźmi (wpierw zaskarbiwszy sobie ich zaufanie). Czyż nie mają ani odrobiny racji, twierdząc, że wciąż się nimi manipuluje?
Zastrzeżenie - że ciągłość tożsamości uświadamiają sobie potomkowie starej polskiej inteligencji oraz zamożniejszego chłopstwa, a nie ludzie bez zakorzenienia w tradycji - wydaje mi się, po lekturze trzech przywołanych prac, zasadne.
Wadliwa ocena podłoża
Uogólnienia przywołane w eseju przypominają piętnowanie tzw. „narodowych wad”, a przecież nauka wypowiada się jednoznacznie negatywnie na temat ich istnienia.
Pisze Profesor m.in.: - „Nabraliśmy przekonania, że historia nasza była przekleństwem...” - „Przekonanie, że Polacy są nieuleczalnymi narodowymi megalomanami trwa do tej pory i stanowi bodaj najmocniejszy przesąd, jaki udało się komunistom wtłoczyć w nasze głowy”. - „Gdyby poprosić dowolnego Polaka by opisał miejsce i rolę Polski w świecie ... to z pewnością powiedziałby, że (m.in.)... u źródeł polskich kłopotów leżą anarchia i warcholstwo”. - „... Polaków wśród innych narodów wyróżnia to, iż chętnie przyznają, że bycie przeciętniakiem jest właśnie aspiracją na miarę posiadanych możliwości”.
Czy możesz w jakikolwiek sposób przyjąć te uogólnienia do siebie, drogi czytelniku? Nie do jakichś tam innych Polaków, tylko do siebie?
Autor Eseju o duszy polskiej nie pisze o roli, jaką spełniają w kształtowaniu świadomości Polaków opinie puszczane w obieg przez mass-media. Tymczasem odśrodkowe opluwanie polskości rozpoczęło się już w czasie zaborów i kontynuowano je w II RP. To, co niektórzy nazywają „chorobą duszy polskiej” jest jedynie efektem konsekwentnego zatruwania świadomości poszczególnych ludzi, a jeszcze bardziej samym truciem. Stańczycy i Ochorowicz, większość tych krytycznych uwag – wypowiadanych niby to z miłości do narodu - którymi kupuje się łaskawość władców. W Międzywojniu w rywalizacji systemów wartości szczególnie aktywne były w niej państwa sąsiedzkie oraz mniejszości narodowe. Za wzór zaangażowania tych ostatnich wystarcza Irena Krzywicka. W PRL, obok piętnowania nacjonalizmu, walczono z kulturą pańską, rezerwuarem tradycji narodowej. Obecnie stałymi fragmentami zaciekłego ataku na polskość są m.in. takie medialne wydarzenia jak niedawne tkanie polskiej flagi w psie odchody w programie Jakuba Wojewódzkiego, książki Tomasza Grossa, albo to, co stwierdzał Witold Gadomski w Gazecie Wyborczej :
„Spoiwo polskiego narodu jest dość słabe: język, którym nie można się porozumieć w żadnym innym kraju, historia, w której więcej jest klęsk niż sukcesów. ... polska kuchnia jest mało atrakcyjna i chętnie zastępowana przez kuchnie innych narodów... Polacy zwykle w drugim pokoleniu odcinają się od swych korzeni (bo)... polskość jest mało atrakcyjna... nie będzie ... nic złego, nawet jeśli ma to oznaczać osłabienie więzi z własną historią i tradycją... powstanie kultura ponadnarodowa.”
Tego, jaką kulturę zaproponuje nam GW dowiemy się, gdy jak kazał Skarga: „ tam gdzie was wcześniej ważono, nogami popychać was będą”.
Niewyraźne wskazania Profesor nie ujawnia wszystkich winnych deprawacji „polskiej duszy”. Pisze, iż ... część opozycji przyjęła milcząco, że narodu już nie ma, że: sama sobie nie udzieliła odpowiedzi do czego finalnie dąży ani w czyim imieniu występuje, że: mówiono, pewne elity, pewne ośrodki, pewne grupy (patrz: art. Gadomskiego w GW.)
To „Salon” nienawidzi tych, którym przypisywano połączenie komunizmu z nacjonalizmem. Autor eseju uchyla się nawet od tak oczywistego adresu i twierdzi, że po upadku PRL nie wiadomo było czy mieszkańcy Polski to: Naród, społeczeństwo, czy społeczeństwo obywatelskie? W rzeczywistości nie szło o identyfikację ale wybór odpowiedniej metody przejęcia władzy. Marzec 68 był wprawdzie symptomatyczny dla tego zjawiska, ale dotyczyło ono tylko działaczy, którzy go rozgrywali. Bohdan Urbankowski wspomina, że w Marcu: „my śpiewaliśmy Jeszcze Polskę, a tamci Międzynarodówkę”. Adam Michnik, że „raz śpiewaliśmy Międzynarodówkę, a raz hymn narodowy”. Tej istotnej różnicy profesor Legutko nie akcentuje. Czytając esej, można mieć wątpliwości, o czyją duszę Profesorowi idzie. Unika pojęcia etnosu, nie powołuje definicji narodu i wylicza aż trzy hipotetyczne: peerelowski, przykościelny i stary z II RP.
„Narodu peerelowskiego” nie było, chociaż sowieccy patrioci sprawujący władzę z nadania Moskwy (zwłaszcza w latach 1944-1956) z pewnością o czymś takim przemyśliwali. Naród polski w PRL składał się głównie z przytajonej opozycji większości Polaków, bezustannie zmiękczających presję komunistycznej ideologii w praktyce i wykorzystujących każdą możliwość, aby „robić swoje” wbrew władzy. Była przy tym znaczna grupa ludzi - wyznających inny system wartości niż polski lub nie posiadających żadnego - którzy wpierw uzyskiwali pokaźne korzyści w zarządzaniu systemem i współpracy z nim (to ostatnie zwłaszcza w kulturze i nauce), a kiedy osłabł, zaplanowali przejęcie władzy.
„Narodem przykościelnym” są obecnie starzy, biedni i chorzy ale godni Polacy, którzy nie wytrzymując obłudy cechującej zarówno władzę, jak opozycję, gromadzą się tam, gdzie przynajmniej się ich szanuje lub udaje, że się szanuje. W agendach Radia Maryja przynajmniej słyszą część prawdy, choćby była wypowiadana nieporadnie. Karmią się jej resztkami tak, jak w azylu Kościoła podczas rządów komuny. Ale wtedy żyli nadzieją, a teraz boją się nie doczekać wymarzonego kształtu Rzeczypospolitej.
„Stary naród” to dla mnie ten, którego wartości przysporzyły chwały Rzeczypospolitej Renesansu i który trwa w świadomości większości Polaków bez względu na to, jak by nie byli zwodzeni i opluwani.
Dwa narody Dobrze, że prominentny myśliciel wzywa (podobnie jak Terpiłowski i Ziemkiewicz) do zastanowienia się nad psychiczną kondycją polskiego narodu. Jest ona mizerna i fakt ten ma odbicie w aktualnym kształcie świadomości Polaków. Ale ważniejsze od opisu status praesens jest określenie jego przyczyn. Kiedy przegląda się w Polsce wielkonakładową prasę, ogląda telewizyjne programy lub słucha radia, trudno oprzeć się wrażeniu, że istnieje jakiś drugi naród, dysponujący tymi mediami a często cieszący się poparciem władz. Jego członkowie wypowiadają się wprawdzie po polsku, dogadza im naturalne środowisko ale ich stosunek do tradycji polskiej, czyli do esencji polskości, jest odmienny od wzorców, które obecnie znajdziemy głównie w prasie kościelnej i w tzw. niszowych, narodowych wydawnictwach świeckich. Wygląda na to, że istnieje w społeczeństwie polskim znaczna i wpływowa grupa, która chce, żeby Polacy wyzbyli się swej tożsamości, a stosowane w stosunku do niej eufemizmy są tylko zasłoną dymną. W miarę jak Polska z wolna odzyskuje swój głos, coraz więcej wskazuje na to, że grupa owa wywodzi się przede wszystkim od moskiewskich namiestników sprawujących w Polsce władzę w latach 1945-1956 i od późniejszych funkcjonariuszy komunistycznego systemu. Ludzie ci nie wynieśli z domu wiedzy o polskości, ani tym bardziej przywiązania do niej, a tylko przywykli od dziecka do przywilejów, jakie daje władza, walczą obecnie o jej utrzymanie, tworząc wspierającą się intuicyjnie mafię. Kukułcze pisklaki, karmione zarówno przez Zachód jak przez komunę wypchnęły z gniazda nowo-formowanej władzy opozycję niepodległościową, stając się faktycznymi beneficjentami polskiej „transformacji ustrojowej”. Wykorzystują obecnie warunki ustrojowe oraz przechwycone środki. Ciąży do nich Polactwo oszukane propagandą, którą ów „naród” uprawia w większości mas mediów.
Na pytanie, dlaczego owi spadkobiercy dawnych elit tak zaciekle zwalczają polską tradycję narodową odpowiada charakteryzujący polski naród - monolog Piotra Wysockiego w III części Dziadów (którą A.M. umiejscawia proroczo w warszawskim salonie). Słuszność stwierdzenia, że wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi, udowadniają zrywy Polaków w latach 1918, 1920, 1944 i 1980-1981, a także nośność patriotycznych haseł obserwowana w kampaniach wyborczych. Tę siłę wzorów myślenia i działania tkwiących pod plugawą skorupą chcą zniszczyć bezprawni konkurenci do władzy na Polakami.
Państwo Polskie - wypełniając konstytucyjne zobowiązania – powinno skuteczniej przeciwdziałać atakom na jego tradycję i wzmacniać system wartości odróżniający Polaków od innych narodów. Jest to szczególnie ważne w czasie łączenia się krajów Europy w jeden społeczno-gospodarczy organizm.
Zaś członkowie społeczeństwa mają prawo dowolnie kształtować swą świadomość narodową. Ma je m.in. środowisko Agory oraz mniejszości narodowe. Ma je także twórca alarmującego Eseju o duszy polskiej – filozof Ryszard Legutko oraz publicysta Rafał Ziemkiewicz biczujący nieco na oślep swych rodaków, aby wykorzenić z nich Polactwo. W trudniejszej sytuacji znajduje się pisarz Jerzy Terpiłowski. Bagaż (jego) duszy jest zbyt mocno osadzony w polskości, żeby ten siedemdziesięcioletni już człowiek mógł pomyśleć o zmianie. Zwłaszcza, że Polska w której tkwi jego świadomość odpływa w dal dziejów pod naporem politycznego chamstwa, jak wiele innych tworów ludzkiego esprit, kształtowanych żarliwie przez pokolenia ludzi motywowanych jedną i tą samą szlachetną ideą. - Jan Kantemir
|