Weźmy wzór z tradycji dawnych elit. Wszak w większości szlachecki my naród!
 

Księgarnia

Reklama
Reklama

W promocji - do końca maja 2010.

Logowanie



Jeśli chcesz się zarejestrować na naszej stronie, kliknij "Załóż swoje konto!" i wypełnij formularz.

Bloguj z Tradycją

Reklama

Liczba gości na stronie

Naszą witrynę przegląda teraz 4 gości 

Polecamy!

Reklama
Reklama
Reklama

Literatura

Socjopatria

Mój imiennik, Orwell trafił w dziesiątkę problemu, wieszcząc w powieści Rok 1984,nowomowa - tworzona w celu wpojenia w świadomość poddanych treści potrzebnych władcom - opanuje prędzej czy później wszelkie obszary ludzkiego myślenia. Umysły obywateli Wspólnoty Socjalistycznych Narodów odczuły na własnych zwojach mózgowych indoktrynację utrwalonymi w świadomości pokoleń pojęciami, którym specjaliści od socjotechniki nadali nowe znaczenie. Proceder ów przekroczył jednak określoną przez pisarza cezurę czasową obwieszczoną w tytule książki i rozwija się bez większych przeszkód również we Wspólnocie Narodów Demokratycznych.
Być może - jak to bywa z wielkimi odkryciami - władcy całego świata uznali, że  łatwiej panować nad świadomością społeczeństw, niż zwalczać  fanaberie niepokornych, którym marzyć się będzie niepodległość, honor i wiara w życie nadprzyrodzone.

Czytaj dalej
Niemi wśród wilków
Wtorek, 10 Luty 2009 08:55
Byłem zbudowany salonowym poziomem dyskusji na temat śmierci polskiego inżyniera w Pakistanie. Wątpię wprawdzie, czy supermani z elitarnej formacji “Łubudu” (czy jakoś tak) - która jak dotąd wsławiała się raczej w służbie dla zaprzyjaźnionego mocarstwa - rzeczywiście “dorwią” (ze słownika generała Polko) znanych z nazwiska porywaczy. Dobrze, że nasi władcy nie skorzystali chyba z pomocy zapracowanych agentów izraelskiego wywiadu, bo zaawansowane technicznie metody tych ostatnich prowadzą – mimo spektakularnych sukcesów – jedynie do eskalacji przemocy i zaognienia akcji terrorystycznych na całym świecie. Chcąc zwalczać terror z pewnością nie powinno się uprawiać tak intensywnie podglebia, na którym wzrasta, a tym bardziej rozsiewać samemu jego ziarna. Logicznie wnioskując, prędzej czy później, wektor reakcji dorówna sile wektora akcji. Dla słabej militarnie Polski, której racją stanu jest sojusz, wynika z tego nauka, że czym innym jest konieczność uczestniczenia w misji NATO podejmowanej m.in., dla zneutralizowania Afganistanu leżącego w sąsiedztwie jedynego islamskiego państwa (coraz mniej stabilnego) dysponującego bronią nuklearną, a co innego afiszowanie się żarliwą przyjaźnią z mordercami cywilnej ludności w Strefie Gazy. W pierwszym przypadku traktowani jesteśmy jako przeciwnicy, z którymi się walczy, ale których się szanuje (tak, jak tradycyjnie szanowano nas w Stambule jako honorowych, często zwycięskich, wrogów), a w drugim uważano by nas za znienawidzonych złoczyńców, którzy, aby podróżować bezpiecznie po świecie muszą zaopatrywać się w paszporty innych państw. Wydawałoby się, że w sprawie morderstwa polskiego inżyniera powiedziano i napisano już wszystko, co można, ale tak nie jest. Uderzyła mnie bowiem nieporadność mego rodaka w posługiwaniu się językiem angielskim. Przesłuchajcie jeszcze raz dostępne nagrania. Jak dotąd nikt zdaje się nie zwrócił na to uwagi. Uważam, że tego dzielnego - albo tylko nie zdającego sobie sprawy z niebezpieczeństwa - człowieka najpierw skuszono obietnicą dobrego zarobku, nie sprawdzając jego umiejętności porozumiewania się innym językiem niż rodzimy, a potem pozostawiono bez doraźnej pomocy. Trudno byłoby wymagać od ministra Radka Sikorskiego, żeby się oferował porywaczom w zamian za bezradnego polskiego obywatela. Ale można i trzeba było załatwić temu ostatniemu dwudziestogodzinną łączność z kimś biegłym w miejscowym języku i tłumaczącym symultanicznie na polski oraz angielski. Sami porywacze pewnie też byliby zainteresowani taką pomocą. Poza wszystkim, człowiekowi, który potrafi porozumieć się z otaczającymi go ludźmi, łatwiej samemu wynegocjować jakiś układ. Ktoś, kto ledwie składa słowa i do tego jeszcze w języku obcym dla miejscowych – nie ma szans podjęcia własnej inicjatywy. Chyba, że nasz rodak tylko dukał po angielsku to, co mu kazano, ale znał doskonale pasztuński. Skoro jednak znajomość języków obcych nie jest powszechną cnotą nawet wśród obecnej klasy politycznej w Polsce, skoro z małymi wyjątkami część europosłów, ministrowie, premier i prezydent nie są w stanie wydukać czegoś poprawnie w ogólnie znanym języku w obronie interesów całej Polski, to nie wymagajmy, aby skromny inżynier mógł to czynić w obronie samego siebie. Jednak ktoś wziął na siebie odpowiedzialność za niego, wysyłając go w niebezpieczny region świata i komuś – psia mać – płacimy wysokie pensje, aby otaczano nas opieką poza granicami naszego małego, niewiele znaczącego, ale ciągle jeszcze naszego kraju. Jeżeli ktoś jeszcze myśli, że w tej całej pisaninie idzie mi wyłącznie o zamordowanego rodaka, tak jak to pojęli moi szanowni koledzy - publicyści z Salonu Rzeczpospolitej - to się myli. Niema jest większość naszej tak zwanej - pożal się Boże – klasy politycznej i to jest  dopiero tragedia!. - Jerzy Terpiłowski
 
 

Szukaj w "Tradycji"

Reklama
Reklama

Reklama w "Tradycji"!

Promocja! Tylko do 31.05.2010. upust 30%!
Zobacz cennik reklam!
Reklama

Teatr "Demokracja"

Wybory

Od dawna, już sam nie wiem, jak wiele dziesiątek lat, jestem zaprzysięgłym zwolennikiem demokracji. Nie zmienia to faktu, że kiedy napotykam pokrytych pyłem dziejów monarchistów, którzy twierdzą, że dziedzic saksońskiej dynastii Wetlinów nie miałby nic przeciwko temu, żeby powtórzyć w Polsce saskie czasy nie mogę w pierwszej chwili powstrzymać się od miłego wrażenia.  Ależ się wtedy żyło moim przodkom!! (Przynajmniej tym z jednej linii, bo drudzy pachali w znoju ziemię). Takiego samego atawistycznego uczucia doznałem niedawno na zlocie absolwentów liceum numer 26 w Aninie, podczas - rutynowej przy takich spotkaniach - debaty politycznej. Narzekano, że  niema komu rządzić w tej Polsce. Nagle jeden z dawnych kolegów palnął się w czoło w nagłym olśnieniu. Przecież  Seweryn Czetwertyński z siódmej b jest podobno bezrobotny! Dawajcie go na króla! Nie z Piastów ci, ni z Jagiellonów ale krew dobra, słowiańska, polsko-ruska.
Na stolec go a potem, hajda na Ukrainę, odebrać Terpiłówkę!! – wrzeszczę bez namysłu.

Czytaj dalej

Galeria

Reklama

Karabela u boku

Kozik w kieszeni

Powiedzenie: “kozik mi się w kieszeni otwiera” wypiera tradycyjne: „krew mnie zalewa” i: „hej, Gerwazy, daj gwintówkę...” Tygodniami nosilem scyzoryk w kieszeni i bezskutecznie oczekiwałem, że się otworzy, kiedy ktoś wyczynia lub mówi bzdury. Aż tu nagle  chwytam się za lewy bok, tak jak moi przodkowie, którzy w podobnych sytuacjach sięgali po karabelę. Poćwiczcie Panowie! Wszak w większości szlachecki my naród! (Jotter)

 
Polukrowana trutka
Siedemdziesiąta rocznica wybuchu II wojny światowej. Powszedni Polak przegląda strony wielkonakładowej prasy, na poły świadomie poszukując uznania dla roli, jaką w historii odegrał jego naród. Ileż tu świetnych publikacji i komentarzy. Dobrze jest, można zająć się codzienną pracą, zarabiać na chleb z masłem. Ale bywalców salonów nawiedzają czarne wizje. Ich wytrawny polityczny węch pozwala zwietrzyć wredną intrygę, ładunek faktów spiętych spłonką o opóźnionym zapłonie i światopoglądową korupcję. O czymś się nie mówi, coś się przemilcza, znane słowa jakby co innego znaczą. Niedomówienia, szczucie, a może celowa prowokacja. "Wyborcza" zamieszcza tekst szefa Foreign Office, pana Dawida Milibanda. Radio i TV zachwycają się tym tekstem. Czytajcie, czytajcie. Jakże miło wypowiada się o nas brytyjski minister. Ale w owym "sprawiedliwym i propolskim" tekście czytamy między innymi, że było tak, iż w końcu „przytłoczeni Polacy poddali się, a ich kraj pogrążył się w koszmarze okupacji i zbrodni”. I żadnego w "Wyborczej" komentarza na ten temat. Tak jakby w tym medium nikt nie wiedział, że Polacy nigdy się nie poddali, że walczyli na wszystkich frontach, że stworzyli jedyne na świecie podziemne państwo, że ...
Czytaj dalej