/> Dni Beethovena – cz. 1 (Opowieści “Z ubiegłego wieku”) – Tradycja – The Tradition
Go to ...

Tradycja - The Tradition

Pismo - Forum światopoglądowe

Dni Beethovena – cz. 1 (Opowieści “Z ubiegłego wieku”)


Polska, lata sześćdziesiąte XX wieku, Płock, jesień. Wisła rozlewa się szeroko, skręcając w prawo, a na skarpie jej wysokiego brzegu sterczy nowoczesny Hotel Turystyczny. W sali z piętrowymi łóżkami kwateruje kilkunastu studentów odbywających praktykę w okolicznych fermach drobiu. W osobnym pomieszczeniu raz na dwa tygodnie pojawia się Sztaba –  ich trzydziestokilkuletni kolega. Podejrzewają, że tylko pogrywa “żelaznego” studenta. I słusznie, bo Sztaba z obowiązku donosi do bezpieki, czy aby nie zajmują się polityką. Zresztą sam się specjalnie z tym nie chowa i czasem  pokazuje służbowy pistolet zwany tetetką.
– Ale ja te studia kiedyś skończę, jak kocham zeteserer – mówi. – I powiedzcie sami, czy ja wam w czymś przeszkadzam? Wolne łóżko do dymania chyba się przydaje, nie?
W tym samym hotelu zainstalowała się ekipa filmowa. Studenci i filmowcy nie wchodzą sobie w drogę. Aż do czasu kiedy na drzwiach kawiarni jeden ze studentów wywiesza anglojęzyczny program The Elite Club, w którym widnieje między innymi  punkt o naborze miejscowych piękności na role damskie. 
Scenariusz jest zapisem tego, co widział i w czym uczestniczył ów student. Nazywają go Westernem. Wiem o nim więcej niż on wtedy sam wiedział o sobie, a także i to, co pisano o nim w donosach.
***
Western wstaje  przed świtem. Ma jak zwykle porannego kaca. Mdłości i lekki ból głowy. Ale nie aż tak, żeby musiał zwracać. Myje się nad umywalką, pije wodę prosto z kranu, nakłada  przedwojenne bryczesy i buty do konnej jazdy, ceratowy nieprzemak bez podszewki na podkoszulkę, zabiera kilka jabłek z worka stojącego przy drzwiach sali i opuszcza hotel. Idzie tumskim parkiem do Mostowej i tam zatrzymuje auta podążające na drugą stronę Wisły. Trafia mu się warszawa jakiegoś dyrektora z okolic Łącka. Kierowca  manipuluje pokrętłem radia. “Nie ma nic do tańca, jakieś orkiestrowe rzępolenie”.

– W ramach dni Beethovena nadaliśmy fragment z pierwszej części Sonaty Księżycowej – oświadcza po chwili spiker. 
Przed szóstą student jest w stadzie ogierów w Łącku, idzie do stajni, wita się z koniuszym i pyta którego konia ma przejechać. Mężczyzna w niebieskim mundurze z funkcyjnymi dystynkcjami na wyłogach marynarki i w błyszczących czarnych oficerkach pociąga nosem. Stajenne zapachy nie tłumią odoru przetrawionego jarzębiaku.
– Ile było wczoraj, panie Western?
– A co tam było, panie koniuszy, dwie połówki na czterech.
– Najpierw przejedź pan ciężkiego flamanda i nie galopuj pan za dużo, bo się zatknie. Potem polatasz pan na Odwachu.
Odwach to sześcioletni angloarab – uosobienie tęsknoty za bieganiem, skokami, za przestrzenią od horyzontu po horyzont, za tchnieniem świata. Kiedy przychodzi nań pora, wita Westerna radosnym rżeniem i nie może się doczekać, aż ten nałoży mu czaprak, siodło i podciągnie popręg. Pochyla łeb, żeby chłopak wypiął go z kantaru i pozwala sobie nałożyć tręzlę. Miele językiem wędzidło, zawsze mu zawadzał ten kawał żelaza w pysku, ale trudno, jak tak być musi… Western dosiada Odwacha jeszcze w stajni i za chwilę kopyta konia uderzają po cementowej nawierzchni korytarza. Wysoki próg…  Koń patrzy pod nogi i przestępuje go uważnie, a  jeździec schyla się, aby nie zawadzić głową o framugę drzwi. Dołączają do kawalkady. Masztalerze pohukują, woleliby zostać w ciepłej stajni, ale praca to praca – kilkaset koni musi się wybiegać, bo inaczej będą się wzdymać. Oprócz swej funkcji hodowlanej są cenne dla sportu, więc przejeżdża się je codziennie, żeby nie zapomniały kontaktu z jeźdźcem. Podkoniuszowie z czerwonymi chorągiewkami w rękach, po obu stronach szosy powstrzymują ruch aut. Ogiery przekraczają ją w łoskocie podkutych kopyt. Po drugiej stronie szosy ujeżdżalnia. Wystrzyżona łąka ogrodzona drągowiną, przy której od wewnątrz widać szeroki pas wyjeżdżonego dokoła piachu. Odwach spogląda za siebie, jakby chciał się upewnić, że naprawdę dosiada go ulubiony jeździec. Będzie dużo ruchu. Najpierw trochę kłusa, potem wolny, ćwiczebny galop, a wreszcie jeździec pochyli się, obciążając przód siodła, popuści wolno wodze i wtedy koń będzie cwałował tak szybko, jak chce. Potem, po chwili uspokajającego stępa, skierują się na parkur – kilkanaście przeszkód wzniesionych po środku ujeżdżalni. Ogier wie, że Western nie ulęknie się żadnej, nie zawaha się kiedy on już spina się do skoku – więc wzlatuje lekko i wysoko nad drągami. Obaj tego pragną. Po drugiej stronie jeździec poklepuje go po karej szyi. Koń to uwielbia.
Po powrocie student zmienia mu tręzlę na kantar i przypina go nad żłobem do muru, wyciera  suchymi wiechciami słomy, poklepuje na pożegnanie, żegna się z masztalerzami i wychodzi na szosę, aby złapać okazję do Płocka. Przed dziesiątą będzie na studentów oczekiwała nyska, która zawiezie ich do prywatnej fermy kur. Będą tam szczepić ptaki przeciwko zarazie. Ale najpierw zasiądą do śniadania, bo wdzięczny właściciel przyszykował na ich przybycie gorące parówki z sałatką pomidorową i chleba z masłem ile wola.  Western, który na ujeżdżalni pozbył się kaca, zajada tego chleba więcej niż inni i bierze dokładkę parówek. O piętnastej – ta sama nyska zawiezie ich do stołówki w miejskiej rzeźni. Stamtąd pieszo wracają Tumską do hotelu. Ci ze wsi wkuwają z książek choroby drobiu, a  warszawiacy – Western, Pajajek, Kufcio i Reżyser (Rezio) po krótkiej drzemce schodzą do kawiarni.
– Jak tam było, Western? Nie lądowałeś? – pyta Pajajek.
Kiedyś wybrali się razem do Łącka. Kufcio odważył się dosiąść flamanda, a Pajajek i Rezio tylko kibicowali. Traf chciał, że Westernowi przypadła kolejka, aby pojechać na Nemrodzie. Masztalerze zakładali się, ile razy ten koń zrzuci studenta podczas godzinnej przejażdżki. Koniuszy z poważną miną zaręczał, że znarowiony ogier, który potrafił wysadzać z siodła jeźdźców kilka razy z rzędu, nie zrobi mu tego.
– Nie odważy się – zapewniał. –  Pan Western nie jest jakimś tam masztalerzem jak wy, bierze udział w zawodach i będzie doktorem.
Western dosiadł ogiera, ale ani przez chwilę nie wierzył koniuszemu. “Byle mnie tylko nie zrzucił zaraz w stajni albo na szosie, bo szpital pewny.” Przez pierwsze pół godziny nic nie wskazywało, że wierzchowiec zamierza wywinąć jakiś numer. Lądowało natomiast dwóch masztalerzy, bo ich ogiery zwietrzyły chłopskie klacze za ogrodzeniem i – nie bacząc na jeźdźców – poszły za głosem instynktu i powołania. Zleciał też Kufcio z flamanda, który zatrzymał się, aby zobaczyć, do czego zabierają się jego gorącokrwiści kuzyni. Zostało jeszcze kilkanaście minut do końca przejażdżki, Nemrod jakby się zmęczył, otępiał, słabo reagował na podniety do zmiany chodu lub kierunku. Western cisnął go piętami, aż mu łydki drętwiały. I nagle ogier – bez wstępnych oznak niezadowolenia – rozluźnił go w siodle mocnym uderzeniem lędźwi, skręcił susem poza wydeptane koło ujeżdżalni i poprawił zadem. Jeździec wyleciał jak z procy, przeleciał nad schylonym łbem konia i prasnął plecami o twardą darń. Przez kilka sekund nie bardzo wiedział, gdzie jest, ale zaraz zobaczył nad sobą pysk Nemroda, który przyglądał mu się, jak gdyby nigdy nic. Koniuszy trzymał go jedną ręką za tręzlę, a drugą podawał Westernowi wodze.
– Patrz pan – powiedział. – Widać nie robi mu różnicy. Ale wie, że źle się zachował, bo nie poleciał pobiegać, tylko stał w miejscu. Wsiada pan?
– Wsiadam – odparł student – nie zdążyłem przytrzymać się łęku!
– Ale… – koniuszy machnął ręką – gdzie tam. Nie ma takich, co by się na nim utrzymali. Znarowił się, jak go wycofali ze sportu.
Western z trudem zebrał się w sobie, żeby wleźć na siodło i czekał na powtórne wybryki złośliwego wierzchowca. Ale ten – teraz jakiś taki rozluźniony – zdawał się być wzorem posłuszeństwa. “Popisuje się jak na konkursie” – myślał Western. I w końcu w zgodzie dojechali razem do stajni.
– Aleś leciał! – skomentował Pajajek, kiedy wracali do Płocka. – Wykonałeś pełne salto ze trzy metry nad ziemią. Chyba cię te konie nie lubią, Western.
W jego głosie czuć było satysfakcję. “Na cholerę tak ryzykować? Nie lepiej wolniutko, a do celu? Tak jak ja. Brydż, wizyty, kontakty, dobre towarzystwo, posażna panna. Posadę już mi ojciec załatwia.” Więc zostało zakarbowane w pamięci pozostałych, że Western wariat i ryzykant. Kufcio miał jakby nieco inne zdanie, ale się nie odzywał, żeby sobie nie przypomnieli, jak się zsuwał z flamanda.
***
Do Westerna przychodziły dziewczyny z miasta. W parzyste dni blondyneczka Zosia, zgrabna, wysoka, trochę flądra. Najpierw radośnie flirtowała, a potem wdzięcznie rozkładała nogi. W nieparzyste – pojawiała się Irena, skoncentrowana i elegancka, zawsze ta sama ciemna sukienka i śnieżnobiały kołnierzyk bluzki. Szatynka, na opalonych udach jasne pończochy bez podwiązek trzymające się na elastycznej koronce. “Przedwojenne czy jakiś prezent z Zachodu?” Irenka bez zbędnych słów rozbierała się sama, a następnie nurkowała pod kołdrę i wprowadzała chłopaka w stan graniczący z ekstazą. Obie zaspokajały Westerna, więc co wieczór mógł w spokoju oddawać się tańcom lub grze w brydża zakrapianej jarzębiakiem. Akurat tego dnia była Zosia. Tylko co Western wyprosił wsioków z kojek, żeby pobaraszkować z dziewczyną. Na ogół sami wychodzili, żeby nie przeszkadzać, “no bo jakże to tak kibicować?”. Ale jeden… Poświński… bywa, że zakopie się w pościeli i udaje, że go nie ma. Western na wszelki wypadek zawsze sprawdzał jego kojkę. Teraz Zosia już ubrana, zaróżowiona, odrobinę zażenowana ale i dumna jakby, a on lekko senny, schodzą na dół. Dziewczyna przesiaduje zwykle trochę przy brydżystach, patrząc, jak jej kochanek zręcznie rozrzuca przetasowane karty. Po godzince wraca do domu. Czasem wypije kieliszeczek. Ale tego dnia było inaczej. Ledwie rozpoczęli rundkę, gdy Zosia pobladła, wskazała na zewnątrz przez szklaną ścianę hotelu i wyjąkała:
– Mój chłopak z kumplami? Jak on się dowiedział?! Ojej!
Przy murze narożnej kamienicy przy Piekarskiej, naprzeciw wyjścia z hotelu zgromadziło się kilku mężczyzn. Western odwrócił się i przez chwilę przyglądał się im uważnie.
– Który to?
– Ten najniższy, sięga mi do ramienia, wstydzę się go i…
– I jest blondynem, faktycznie nie pasujecie do siebie.
– Co masz do blondynów?! – To jasnowłosy Pajajek – vis a vis Westerna – wykładał “dziadka”, a  teraz jego ręka z kartą zawisła nad stolikiem.
– Nic, ale jakbym był blondynką, to bym ci nie dał.
– Rasistą jesteś? Ale faktycznie, bardziej mnie chcą brunetki.
– E tam! Powtarza co jakiś fryzjer nagadał.
Łysawy Kufcio, druh Pajajka, zawsze za nim, co wkurzało Westerna. .
– To jest chemia, frajerze, ale ciebie nie dotyczy, bo zanim ci któraś da, to całkiem wyłysiejesz od tego?
– Spokojnie chłopaki – Pajajek rozłożył karty i polał po kieliszku. – Napijmy się. A ty lepiej myśl, co robić.
– Co mam myśleć? Odprowadzę Zośkę.
– Ty, przecież ich jest… – Rezio, czyli Reżyser, zwany tak dla swoich okularów w grubych rogowych okularach, policzył palcem grupkę naprzeciw hotelu – sześciu. Nawet, gdybyśmy wyszli z wami, to i tak ci wleją, a nam przy okazji. Boksowałeś w klubie, a ja się nigdy nie biłem, nawet w przedszkolu. Pajajek? Co radzisz?
– Mama mi mówiła, żebym unikał przemocy. Niech idzie Kufcio. Jest wyszczekany i z Pruszkowa.
– O już! Akurat wyszczekanie pomoże, jak mi skopią chrupawę? Trzeba wezwać milicję – powiedział Kufcio.
Western podniósł kieliszek pod światło i przez chwilę przyglądał się bursztynowym rozbłyskom w jarzębiaku. – Słońce zachodzi – powiedział. – Idziemy, Zośka.
Wpatrzyła się w niego jak w święty obraz: – Wyjdziesz ze mną do nich? Naprawdę?
– Przecież mówię. Idziemy. – Wstał i postawił pełny kieliszek na stoliku. Zaraz wracam – dodał. – A ty, Pajajek, nie daj im zajrzeć w moje karty.
Otworzył szklane drzwi hotelu i przepuścił dziewczynę przodem. Zeszli wolno po schodkach na żwir przed budynkiem. Potem w parkowej ciszy płockich tumów rozszeleściły się Westernowi pod nogami opadłe liście kasztanów. Para podążała wolno w kierunku narożnej kamienicy. Brydżyści powstali z krzeseł i patrzyli za nią przez szybę, aby nie przegapić niczego ze spodziewanego widowiska.
– Powinien przejść na drugą stronę ulicy – powiedział Rezio. – Miałby?
– Przegraną sprawę – przerwał Pajajek. – Gra pewniaka.
Na zewnątrz Western potrząsnął przegubami, rozluźniając ręce i uśmiechnął się do dziewczyny.
– Jakby coś się działo, to stój po mojej prawej, plecami do muru, O.K.?
– Okej, ale uważaj, on nie rozstaje się z nożem.
– Jaki ma nóż?
– Finka, z harcerstwa jeszcze.
– Gdzie ją nosi?
– W lewej wewnętrznej kieszeni bluzy.
Szli prosto na grupkę chłopaków. Western wziął dziewczynę za rękę.
– Dacie nam przejść? – Powiedział takim tonem, jakby pytał o drogę.
Tamci stali milcząco, bez ruchu. Western spostrzegł, że najwięcej miejsca jest pod murem. Wprowadził tam partnerkę i stanął oparty plecami o zwietrzałe cegły. Puścił jej rękę i przyglądał się tamtym. Nie wyglądali na zgraną bandę. – O co chodzi, panowie?
“Pięści zaciśnięte ale ramiona luźno opuszczone, nie podnoś gardy. Zdążysz. Trochę lewym bokiem. Ten jej chłopak, lewa kieszeń bluzy. Jeżeli sięgnie do niej, kopię go między nogi, a potem nokautuje tego, który stoi najbliżej. Jak trafię na punkt, to powalę jeszcze jednego i wtedy reszta odpuści, albo nie i wtedy wezmą mnie pod obcasy. Zośka będzie się drzeć. Może ludzie podbiegną?”
Szczupły, niski blondynek podniósł do góry obie ręce.
– Chwila – powiedział. – Dwu moich chłopaków zaprowadzi Zośkę do domu, a my pogadamy.
Western dostrzegł po drugiej stronie ulicy Hankę Paskudę, najlepszą tanecznicę w Płocku. Urodziła się, by tańczyć, ale Bóg nie dał jej ani urody, ani figury. Zbieg okoliczności, że szwenda się akurat tu i teraz? Nie, nie ma takich przypadków. Pewnie nakablowała na Zośkę. 
– Dużo masz tych chłopaków – powiedział. – Ale jak ci zostanie trzech, to nie będę miał z kim gadać. Zawołaj Hankę, niech odprowadzi Zosię.  
– Dobrze. – Tamten skrzyknął Paskudę. Prawą rękę włożył do wewnętrznej lewej kieszeni bluzy i coś tam obmacywał. Dziewczyny pocałowały się na przywitanie, a potem poszły Piekarską w stronę Tumskiej.
– Nie wiedziałem, że tańczysz z chłopakami, Western – rzuciła na odchodnym Paskuda.
“No tak? Zazdrosna o Zosię, choć ta nie tańczy”.
Blondynek wrócił pod mur i stanął tak blisko, że Western postanowił zacząć pierwszy, nie czekając, aż chłopak sięgnie znów do kieszeni. Jednak tamten zapytał cicho, jakby nie chciał, żeby go słyszeli kompani.
– Co ona robiła w hotelu?
Western parsknął śmiechem. Nie spodziewał się takiego pytania.  
– A kto ty jesteś u ojca chuja, że przepytujesz mnie o znajomą dziewczynę?
Chłopak skinął na towarzyszy:
– Poczekajcie przy Tumskiej.
Kiedy tamci odeszli, powiedział:
– To moja narzeczona, proszę, powiedz mi, dlaczego ona do ciebie przychodzi. Ja ją kocham i mieliśmy się żenić. Ja muszę wiedzieć.
– Uczy się grać w brydża. Tak jak dzisiaj, widziałeś, chyba masz oczy?
– Naprawdę? Nie chodzi do ciebie do pokoju?
– Człowieku! Czyś ty ocipiał?! Do jakiego pokoju? Mieszkam w czternastoosobowej sali. Tam bez przerwy ktoś jest? Chyba, że nas w ogóle nie ma, ale wtedy ona nie przychodzi. Coś ty sobie we łbie nakręcił?!
Blondyn poczerwieniał.
– Jeżeli to prawda… Ale proszę cię, mogę przed tobą klęknąć? Zostaw ją. Ty wyjedziesz, a ona zostanie? Już zaczynają o niej mówić.. Tak jak o Hiszpańskich, że dziwki. Ja ją kocham i mieszkamy tu, i będziemy mieszkać, bo gdzie?
Western nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Niechby tamten wyjął ten nóż. Kocka to kocka. Ale takie rozmowy?
– Nie moja sprawa. Ją proś, a nie mnie… Masz się żenić, to się żeń.
Tamten wyciągnął rękę, że niby na zgodę, ale Western tylko machnął swoją, odwrócił się i odszedł w kierunku hotelu. “Może zaatakuje z tyłu… cztery kroki… nie… siedem, osiem? Rzuci nożem? Też nie?” Przez chwilę przemknął mu w myślach obraz torreadora odwracającego się plecami do byka ogłupiałego bieganiem za muletą. “Zośka go spódnicą ogłupiła?” Obejrzał się dopiero przed samymi drzwiami. Blondynek stał przodem do muru kamienicy i chlipał, wycierając oczy i nos chustką. Przed samymi schodami Western odwrócił się znowu tym razem prawdziwie zestrachany, bo usłyszał za sobą jakiś łoskot. “Petardę rzucił?!” Ale nie, to hamowały na żwirze koła samochodu.

Ciąg dalszy w kolejnych numerach pisma.
Copyright by Jerzy Terpiłowski, 2016

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

More Stories From Literatura

About Jerzy Terpiłowski

Polski pisarz, eseista, dramaturg, tłumacz. Laureat Nagrody Ministra Kultury (2004) oraz Medalu Prymasa Tysiąclecia (2001). Organizator i prezes Stowarzyszenia "Pospolite Ruszenie" dla Ochrony Tradycji Polskiej, redaktor naczelny miesięcznika kulturalno-społecznego "Tradycja". Członek Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich i Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.