/> Dni Beethovena – cz. 2 (Opowieści “Z ubiegłego wieku”) – Tradycja – The Tradition
Go to ...

Tradycja - The Tradition

Pismo - Forum światopoglądowe

Dni Beethovena – cz. 2 (Opowieści “Z ubiegłego wieku”)


Kabriolet, dwoje ludzi. Pasażer wysiadł i wszedł do hotelu. “Znam go skądsiś, aha, boksował w tej samej klasie klubowej, co ja…” Dziewczyna za kierownicą patrzyła Westernowi prosto w oczy. Odwzajemnił jej spojrzenie i popatrywali tak na siebie dobrą chwilę, a potem ona wrzuciła wsteczny bieg, wyjechała pod kamienicę i z piskiem opon ruszyła ku śródmieściu. “Z filmu. Pewnie przyglądali się całemu zdarzeniu z Tumów. Tak, to ten, dwa lata temu trener poddał mu mnie walkowerem, bo tuż przed spotkaniem zwichnąłem nogę w kostce. Skąd on tutaj? A ta dziewczyna? Aktorka? Piękna!”. 
Wewnątrz kawiarni brydżyści siadali do stolika.
– Rio Bravo, jak Bozię kocham – w głosie Pajajka brzmiał podziw i odrobina kpiny. – A dziekan mówił, że Polska to nie western. Dobrze, że Sztaby nie ma, bo miałbyś znowu pod górę. 
– Co powiedziałeś temu blondynkowi, że się rozpłakał? – Spytał Kufcio.
– Nic takiego. Gnojki, jacyś harcerze? Czy ktoś taki. Dobra, wracajmy do brydża. – Western nie wyglądał na zadowolonego i patrzył na nich jakoś dziwnie.

 Co tak patrzysz? – Spytał Pajajek. – Zestrachałeś się?

Western jakby tego nie słyszał. – Widziałeś ją?

– Kogo?

– Tę dziewczynę w kabriolecie.

– Nie zwróciłem uwagi, zresztą przyglądałem się facetowi, który właśnie wszedł. To chyba reżyser tego filmu, co tu kręcą. A co?

– Nic, nieważne.

– No to wypij i gramy – powiedział Kufcio. – Ze mną i Reziem nie pójdzie ci tak łatwo, Western. 

Może zawsze powinien się tak nazywać? W zeszłym roku do dziekana dotarła informacja o bójce w knajpie Bałtyk w Niechorzu, w której uczestniczył. Przywalił komuś metalowym krzesełkiem w głowę. Miał akurat zajętą uwagę wymianą ciosów z dwoma chłopakami z orkiestry i naraz podsunął się ten ktoś z boku. I nic by nie było, gdyby nie to, że nazajutrz na plażę zajechały dwa motory z przyczepami. Do ratowników, ale od razu pod wieżę Westerna. Milicja z Gryfic. Skuli chłopaka, wsadzili w przyczepę i powieźli do powiatu. Po drodze traktowali go z szacunkiem, częstowali papierosami. 

– Poszalałeś pan. Ale tamten, którego walnąłeś krzesłem, wykorkował. Poważna sprawa. Czapa albo co najmniej dwadzieścia lat kibla. 
W nocy, w areszcie Western już się przyzwyczaił do tej prognozy i  układał sobie plan życia w więzieniu. Będzie się uczył języków, dużo czytał. Jak wyjdzie, będzie miał zawód. Może lepszy niż ten, do którego się uczy. 
Ale okazało się, że tamten facet wyżył i że nie wnosi… Nazajutrz milicjant zabrał Westerna z powrotem do Niechorza. Podjechali pod jakieś wczasowe osiedle drewnianych przyczep. Milicjant zapukał w drzwi jednej z nich. Nikt nie odpowiadał, ale chłopak zauważył, jak poruszyła się firanka w oknie. Milicjant uderzył w drzwi pięścią: Otwórz pan, milicja! 
Za chwilę na progu stanął tamten ktoś z knajpy.

– Przepraszam, panie władzo, zobaczyłem tego łobuza… Myślałem, że chce mnie dobić. 
Głowę miał obwiązaną bandażem, spod którego aż na policzek wypełzał rozległy siniec. 
– Pańska żona narobiła lamentu, że pan nie żyje – powiedział milicjant. – A to fałszywy alarm, okazuje się?
– To znajoma była. Tak samo schlana jak ja. Nie odpowiadam za nią?
– Ale organy ścigania poniosły wydatki, czterech funkcjonariuszy było zaangażowanych, dwa motory i doszły koszty hotelowania ratownika z Pogorzelic w komisariacie w Gryficach? Kto za to zapłaci?
– Panowie, dogadajmy się jakoś – wczasowicz zakręcił się w miejscu. – Chwila, coś się wymyśli. Mam właśnie wędzonego węgorzyka i flaszkę. Pan władza wejdzie… no i pan też, panie ratowniku. Ja nie zamierzałem uczestniczyć w… Chciałem sobie tylko skrócić drogę przez parkiet, a tam akurat…
– Składa pan skargę? – Przerwał milicjant
– A skąd, ja nie… Przepraszam tego pana. 
“Dobre sobie, mało mu łba nie rozwaliłem, a on mnie przeprasza?”
Trzech mężczyzn piło do późnej nocy. Przespali się w przyczepie, a następnego dnia Western przed ósmą był już na dyżurze na plaży. Niby wszystko się ułożyło. Ale gliny, jak to gliny. Kiedy wakacje się skończyły, poszła informacja do dziekanatu, że “student zakłócał ciszę nocną obywatelom oraz uniemożliwiał korzystającym w restauracji Bałtyk z wypoczynku z tytułu funduszu wczasów pracowniczych, uczestnicząc w bójce z udziałem orkiestry”. Daję słowo, tak było napisane. Sam widziałem.
– Polska Ludowa to nie western, proszę pana – powiedział dziekan przed wykładem z chemii. – Jeszcze raz dowiem się o czymś takim i releguję pana ze studiów. A do Ameryki i tak panu paszportu nie dadzą. 
Tylko on, ja i Western wiedzieliśmy, że profesor nie wyraził zgody – wymaganej przez władze paszportowe – na rodzinny wyjazd studenta do USA. Tak czy inaczej, kolega został od tej chwili Westernem. 
***
Zośka już nie przychodziła. Ale Irenka była prawie każdego popołudnia. Mieli więcej wygody, bo Sztaba zapowiedział, że do końca praktyki nie pojawi się już w Płocku, a Rezio, który teoretycznie dzielił z nim pomieszczenie, dyskretnie wynosił się z pokoju, jak tylko zobaczył dziewczynę. Więc nie trzeba było wypraszać wsioków. Nawet zrobiła się rozmowniejsza. 
– Dobrze, że pozbyłeś się Zośki – powiedziała kiedyś.
– Dlaczego dobrze?
– Bo mamy teraz więcej czasu.
– No to rozłóż je wreszcie, Irena – skonstatował Western.
– Niedobrze ci tak, jak do tej pory?
– Mam ochotę inaczej, co ci zależy?
– Aha, to Zośka tak ci dawała? 
– Nie twoja sprawa. Ma być, jak chcę, a nie, to nie przychodź.
– Dobrze, dobrze! Ale zapraszam cię z warszawiakami na prywatkę. W sobotę wieczorem. 
Western był zbyt napalony, by się zastanawiać, więc się zgodził.
Potem dziewczyna zapisała mu adres.
Pajajek, Kufcio i Rezio w zasadzie byli chętni. Ale…
***
Piątek, zresztą trzynastego, był dniem feralnym. Najpierw Western nie mógł pojechać do
Łącka, bo prowadzący studentów asystent ogłosił, że na szóstą będą uczestniczyć w obowiązkowych szczepieniach na fermie drobiu w Borowiczkach.
– Pajajajek! Wstawajajaj! – Rozdarł się Kufcio, jak tylko otworzył oczy – Do kur… wyjechać trzeba!!!
Drobiu było od cholery i ciut. Trudno było się oczyścić z pierza. Podczas obiadu z głośnika zawieszonego na ścianie rozlegało się jakieś orkiestrowe rzępolenie. “Pewnie znowu ten Beethoven!” Zjawił się  Witek Janitz, któremu Western winien był od dawna mordobicie. Ale, że w międzyczasie nauczył się boksu, więc perspektywa się zmieniła. “Nie ma boksowania poza ringiem” brzmiało mu w uszach przykazanie trenera. – Nie uczę bandytów tylko sportowców. No chyba, że w obronie kobiety albo jak was napadną w ciemnym zaułku.” No to teraz Western odpuścił, ale niedosyt pozostał. 
Potem, najpierw przyszła Hanka Paskuda. Niby tak w ogóle do hotelu, ale właściwie do Westerna. 
– Zośka się pyta, czy będzie mogła zabrać się z wami do Warszawy. Bo podobno w przyszłym tygodniu wyjeżdżacie? 
– Jak to zabrać? – Western lubił jasne sytuacje. – A kogo ona ma w Warszawie?
– No… – Paskuda przyglądała mu się, jakby nie chciała czegoś przegapić z jego reakcji  – ona mówi, że ma ciebie. 
Western poczuł, że za chwilę eksploduje.
– O psia! Hanka, wytłumacz jej, że to nie tak. Albo lepiej weź od niej adres, napiszę do niej. 
– Dobra, przyniosę jutro. A będę mogła zostać z tobą na tańce?
– Tak, ale zaraz… na jutro jestem z chłopakami umówiony do Ireny na prywatkę. Więc przyjdź w poniedziałek.
– Ale w poniedziałek nie ma orkiestry. 
– O matko! Hanka. Potańczymy przy radiu.
– Ostatnio tylko Beethovena nadają?
– No to przy płytach z adapteru w sali. 
– A wsioki!? 
– Mnie nie przeszkadzają. Miejsca jest dosyć.
– Ale? – Hanka nie wiedziała sama co chce. 
– Co, ale?
– Nie, nic.
Jakby trochę posmutniała. Western zaś znacząco puknął się w czoło. 
“Chyba zgłupiała, chłopaków będę wypraszał, żeby potańczyć?” 
Następnie przypałętał się Lolek, chłopak z miasta. Jak Kufcio wyjeżdżał na niedzielę do domu, to robił za czwartego do brydża, 
– Mam syfilisa – powtarzał. – Nie wierzycie? Dotknijcie mojego nosa. O, jaka miękka chrząstka. Na ogół każdy sutener ma. A ja przecież stręczę dziewczyny, nie? 
– Lepiej je odstręczać,  jak ja – rzucił ni stąd ni zowąd Western. 
Lolek był bardzo “friendly” i zawsze wiedział, kto z kim i za ile. A w brydża przegrywał tyle, że zawsze na flaszkę się uzbierało. 
– Co? Irena was prosi na prywatkę?!! – Zdziwił się. – A gdzie niby? Przecież ona mieszka w sierocińcu. Wychowała się w nim. Ma tam kojkę ze starszymi jako pomoc wychowawcza. A jaki adres dała?
Rezio znalazł kartkę i pokazał Lolkowi.
– Ludzie! Koło nowego ZOO? To przecież pułapka. Jak nic pracuje dla tych, co załatwiają dziewczyny Francuzom do Petropolu. Nie zapłacicie, to was brzytwami pochlastają. 
– To ja nie idę – mówi Pajajek.
– Ja też nie – dodaje Kufcio.
– W tej sytuacji ja… ja chyba też nie – jąka się Rezio.
Patrzą na Westerna.
– Nie wiem, zastanowię się. Na brzytwy nic nie poradzę, ale wolałbym sprawdzić. A co tam będę robił sam, jeżeli  dziewczyny będą jednak czekały… Jebał to pies!
– Western, czy ja cię kiedyś okłamałem? – Lolek uderza się w czoło. – A jak było z Hiszpańskimi? Dała ci która za darmo? Nie ma takiej możliwości. One pracują w Petropolu. Przecież gadałeś z młodszą. I co ci powiedziała?
Akurat z Hiszpańskimi nie było tak, jak sobie Lolek wyobrażał. Western któregoś dnia podszedł do młodszej w tekstylnym na Kolegialnej. 
– Powiedz mi… powiedz mi – zagadnął. – Czy Hiszpańska to twoje prawdziwe nazwisko, czy tylko tak cię nazywają?
– A twoje, Western? – Odparła jakby wcale niezaskoczona. 
– Moje to ksywa.
– Moje prawdziwe. Co chcesz?
– Chodź ze mną do hotelu, Hiszpańska.
– Dobrze, od razu teraz? Czy później?
Western poczuł się niepewnie. “Kpi sobie ze mnie?”
– Chodźmy teraz – wybąkał.
– To idziemy.
Odłożyła jakieś pudełko na miejsce i poszła ku wyjściu, a Western za nią. Nie bardzo wiedział, co mówić i prawie bez słowa doszli do hotelu. Zaprowadził ją do sali. Nie było nikogo. Usiedli na dole piętrowej kojki i chłopak wyciągnął rękę, żeby objąć dziewczynę. 
– Chwila – powiedziała. –  Zdejmę bluzkę, bo mi się wygniecie. 
Zabłysły szczupłe, smagłe ramiona i biały pasek na nieopalonym biuście. 
Już zaczęli się całować, kiedy z kojki obok rozległo się stłumione kaszlnięcie. 
– Poświński!!!
Hiszpańska poderwała się na równe nogi, schwyciła bluzkę, wrzuciła ją na siebie i bez słowa wybiegła z sali. Western nie zdążył zareagować, więc całą uwagę skupił na Poświńskim.
– Aż ty, kurwo jedna, znowu się zasadziłeś?! 
– No co? No co? Mam migdałki? Leżę. 
– Migdałki?! Ty branzlotechniku jeden, powinienem ci mordę obić, to by ci odeszła ochota na podglądanie!
Western wyszedł w poszukiwaniu dziewczyny, ale gdzie tam, nie było jej już w hotelu.
Nie było sensu opowiadać tej historii Lolkowi. Zresztą, o czym niby miałaby świadczyć? Że Hiszpańska dziwka, bo łatwo daje? I, że za forsę? No, ale nie dała i nie wiadomo, czy by dała i co by chciała, gdyby nie Poświński. Są takie, rozhajcują człowieka, a potem – “nie, nie dzisiaj… ja tylko chciałam się przytulić, buzi tak, ale nic więcej”. 

Ciąg dalszy w kolejnych numerach pisma. 
Copyright by Jerzy Terpiłowski, 2016

More Stories From Literatura

About Jerzy Terpiłowski

Polski pisarz, eseista, dramaturg, tłumacz. Laureat Nagrody Ministra Kultury (2004) oraz Medalu Prymasa Tysiąclecia (2001). Organizator i prezes Stowarzyszenia "Pospolite Ruszenie" dla Ochrony Tradycji Polskiej, redaktor naczelny miesięcznika kulturalno-społecznego "Tradycja". Członek Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich i Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.