/> Dni Beethovena – cz. 3 (Opowieści “Z ubiegłego wieku”) – Tradycja – The Tradition
Go to ...

Tradycja - The Tradition

Pismo - Forum światopoglądowe

Dni Beethovena – cz. 3 (Opowieści “Z ubiegłego wieku”)


W końcu Western nic nie powiedział, ale że nie chciało mu się samemu iść na drugi koniec miasta, odpuścił tę prywatkę i znowu poczuł niedosyt, bo nie wiedział, jak by było, gdyby poszedł. Przed samym zmierzchem zapowiadało się na jeszcze gorzej. Podszedł do nich w kawiarni kierownik hotelu, zaaferowany jakiś i czerwony na pysku z nakręcenia. Myśleli, że zakaże grać w brydża, ale nie.
– Panowie wywiesili to ogłoszenie na drzwiach?
“Będzie chryja!”
– A co tam napisano? – Zapytał Pajajek po chwili ciszy.
– Nie, nie. Może wisieć. Potrzeba mi kogoś, kto zna angielski, mam  gości, zgubili się i pytają o coś… a ja nie rozumiem.
– Mogę pogadać, jak pan chce – zgłosił się Western. – Moja babcia była… eee… 
– Amerykańską komunistką – wrzucił Pajajek.
– Dobrze, nieważne. Mnie to nie obchodzi. Chodź pan.
Okazało się, że para Szwedów urwała się dyżurnemu “opiekunowi” zagraniczników, żeby wymienić trochę koron po czarnogiełdowym kursie, bo bank płacił śmieszne cztery złote za jedną. Nauczyli się tego w Warszawie, w której było pełno cinkciarzy. Sami zagadywali: “częńć many?” A  tu: they are not. Western zreflektował się błyskawicznie: Certainly I can help – oświadczył. – Wait a moment. Zebrał od pozostałej trójki całą kasę, jaką mieli, i zaniósł Szwedom po dziesięć zetełpe za koronę. Kierownik natychmiast odkupił dewizy po piętnaście, więc studenci sporo zarobili. 
Gdyby poszli po prostu spać, to ten piątek jeszcze nie byłby taki najgorszy. Ale popili w dwójce we czterech. Kufcio, jakby z wdzięczności za korzystną transakcję dolewał Westernowi więcej niż innym. Potem okazało się, że wcześniej jakaś miejscowa zgłosiła się do Rezia na damską rolę. Ten umówił ją na wieczór i powiedział dwóm pozostałym. Nie mieli planu, więc nie mówiąc nic Westernowi, postanowili go upić w nadziei, że ten załatwi z nią sprawę, a i oni może coś skorzystają. Jak ta Ela przyszła, Western był już całkiem ubryngzdolony. Wyrzucił ją za drzwi, a sam padł i usnął. Rano nie wstał na zajęcia, tylko poszedł do ośrodka po coś na wymioty.
– Ma pan zawsze takie niskie ciśnienie? – dopytywał się lekarz.
Western nie wiedział.
– To może być początek czegoś poważnego – oświadczył ten ludzki lekarz. – Dam panu penicylinę w zastrzykach i tydzień zwolnienia.
***
Student całą sobotę był chory, ale do niedzieli mu przeszło. Z tym, że w ogóle było byle jak. Trochę grali w pokera na zapałki. Ale co to za gra! Obiadu nie było, jak to w święto. Za  kasę od kierownika nakupili gorącej kaszanki i siedem flaszek jarzębiaku na zapas, bo w spożywczym już się kończył. Wsioki chciały dołożyć się z domową kapustą ze słoików, ale ich przegnali. Po południu przyszła Paskuda i przyniosła płyty z Presleyem i z Buranem. Trochę potańczyli. “Love mi tender” kilka razy od początku. Hanka wychodziła z siebie. No, naprawdę. Powiedzieć, że reagowała na dotknięcie dłoni, to mało. A przecież to nie były jakieś przytuliska, tylko układy “na rękę”, w różnej kolejności albo improwizowane przez Westerna. Hanka jakimś dodatkowym zmysłem odgadywała jego intencje – to, kiedy zacznie, i kiedy chce skończyć. Western przymykał oczy i wyobrażał sobie, że tańczy z ulotną pięknością. Ale była to ciągle Paskuda. Została w hotelu, jednak nikt nie miał na nią ochoty. Nawet wsioki, choć niewykluczone, że bały się Westerna. Potem Lolek przyprowadził jakiegoś buraka z miasta.
– To jest miejscowy wirtuoz – powiedział.
– Jak się nazywasz, mistrzu? – Spytał Western na odczepnego.
– Karolek.
– To jak otworzą na górze, pójdziemy i zagrasz nam na fortepianie. A w brydża grasz?
Nie grał, więc razem z Hanką Paskudą kibicował pozostałym. Przed zachodem słońca personel wietrzył świetlicę. Była to obszerna sala na piętrze przeznaczona na specjalne okazje, koncerty, spotkania władz, jakieś jubileusze. Było w niej trochę foteli, składane krzesła i czarny fortepian. Z dwu stron, wysoko, tylko wąskie okna, ale cała ściana wychodząca na zachód szklana. Poszli tam zaraz, jak tylko sprzątaczki odkurzyły podłogę, bo owo wietrzenie nigdy nie trwało dłużej niż godzinę, dwie.
– Siadaj Karolek i graj – powiedział Western.
– A co mam zagrać?
Sonatę Księżycową.
– A którą część, bo ona jest długa?
– Byle nie pierwszą, bo to rzępolenie.
– No to zagram taką część Rozłąka… Ale, że bez nut, to mogę się gdzieś…
– Graj.
I Karolek zagrał. Od razu pojęli, że pijaczek jest profesjonalistą. Rozmowy ucichły. Akurat sala wypełniła się czerwono-złotym poblaskiem słońca odbijającego się w tafli szeroko rozlanej w dole rzeki. Western pomyślał o rozbłyskach igrających w jarzębiaku kieliszka podniesionego ku światłu. ?Ta sonata niby księżycowa a dobrze te światło do niej pasowało?. Akustyczne wnętrze sali wyostrzało pojedyncze dźwięki i jakby skupiało gdzieś po kątach całe akordy wydostające się spod podniesionego wieka instrumentu. Z dołu przyszło kilka osób. Filmowcy – też młodzi. Skinęli głowami Westernowi. Jeden pogroził mu z uśmiechem palcem. ?To pewnie za ten casting? ? pomyślał jeszcze chłopak, a potem poddał się całkowicie muzyce i zrobiło mu się nagle żal samego siebie. Że jest taki biedny. “Jak ja wyglądam. Stare ekiertówy z pofarbowanego na czarno żaglowego płótna wpuszczane w długie do pół łydki kalosze. Koniec października, a ja po hotelu chodzę w japonkach. Żadnej piżamy, na goło śpię. Jedna i ta sama pasiasta koszula codziennie i slipki…  dobrze, że przez noc wysychają na suszarce. Brązowe, grube podbicie od nieprzemakalnej kurtki do pasa z rękawami na gumki, za szerokie w ramionach. Nawet skarpetek nie mam. I ani grosza, bo jak niby zarobić w tym Płocku? Sterczeć pod Petropolem, czekając na zagranicznych, żeby mnie tuż przed dyplomem mendy zwinęły? I co mi po angielskim? Nie dali paszportu, bo dziekan “Nyrek z wyrka” nie podpisał wniosku. Że niedobre pochodzenie… że Zachód zgniły. A tam czekała na mnie wolność, przestrzeń wielkiego kraju, preria, western. Kiedyś bym pewnie wrócił. A tu? Szkoda czasu traconego na chlanie i te głupie zajęcia z kurami. Tyle, że jeżdżę konno, tańczę i te dziewczyny. Prawie tak, jak wujek Janusz, który tuż przed wojną stawiał Młodzieszyn, grając w karty, zabawiał się z dziwkami, tańczył na balach i skakał na Demonie przez bramę dworskiej alei. Jak mu majątek zabrali komuniści, to umarł. Dobrze, że zostały po nim chociaż buty do jazdy i bryczesy… Nie jest jeszcze tak źle.” Potem chłopak przypomniał sobie nagle wyraz oczu tamtej filmówki z kabrioletu. “A mogło być jeszcze lepiej! Ale trzeba było od razu zagaić!! Drugi raz już tak nie spojrzy, nawet żebym jej drogę zastąpił. Wyminie cię i pójdzie. One tak mają. Nie wykazałem refleksu. A zresztą? Jak ją teraz znaleźć? Popytać ludzi z ekipy? Ale to przecież inny świat, rodzice wszystko na stanowiskach, ministrowie, dyrektorzy, sekretarze i tak dalej”. Był instruktorem na wczasach w siodle w Łobezie, to wie. Spojrzenie i wyraz oczu tamtej dziewczyny oddalały się wraz z jej wizerunkiem, jakby funkcjonowały gdzieś w innym wymiarze przepływającym obok świetlicy. Jeszcze trochę i odpłyną całkiem tak, jak Ameryka. Western zapragnął tamtej dziewczyny jak żadnej dotąd i szamotał się z myślami, a Karolek grał coś jeszcze i jeszcze, aż wreszcie w otwartych drzwiach stanął kierownik hotelu. 
– No, panowie studenci, sala się przewietrzyła. Będziemy zamykać.
Copyright by Jerzy Terpiłowski, 2016

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

More Stories From Literatura

About Jerzy Terpiłowski

Polski pisarz, eseista, dramaturg, tłumacz. Laureat Nagrody Ministra Kultury (2004) oraz Medalu Prymasa Tysiąclecia (2001). Organizator i prezes Stowarzyszenia "Pospolite Ruszenie" dla Ochrony Tradycji Polskiej, redaktor naczelny miesięcznika kulturalno-społecznego "Tradycja". Członek Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich i Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.