/> Ujrzanów – Tradycja – The Tradition
Go to ...

Tradycja - The Tradition

Pismo - Forum światopoglądowe

Ujrzanów


Wkrótce po pierwszej, nieudanej próbie instalacji ma miejsce następna i chłopiec zaczyna rozumieć siebie samego na tak zwane ?zawsze?. W umyśle dziecka ulokowały się już aktualizowane pliki świadomości wszystkich przodków, wzbogacone o doświadczenia nabyte w okresie dwu lat niemowlęcego życia. Teraz poznaje czas i przestrzeń, otwierając zmysły na dopływ informacji ze wszystkich stron i źródeł. Jego ?Ja? nabiera znaczenia. Patrzy i opowiada sobie sam to, co widzi i co wokół niego się dzieje. (…) 

Dom jest wielki i ma sto pięćdziesiąt lat. Pradziadek – Marcin Socha, kupił zrujnowaną karczmę, która już wtedy miała lat dwieście. Potem rozebrał ją na cegły, wypalone w średniowieczu na kościoły oraz zamki, i zbudował z nich Dom. Ściany Domu są grube na metr, żeby ani upał, ani zimno, deszcz i wiatr, ani Zło – nie przedostawały się do środka. 

Jeżeli chcecie wejść do Domu – a zaproszeni, macie prawo wchodzić do niego bez pukania – to musicie z ganku otworzyć sobie ciężkie drzwi z grubych kłód drzewa, w których sterczą wielkie łby stalowych hufnali. Ogromna, żelazna klamka ustępuje lekko i widać ciemną sień z czarną uklepaną ziemią zamiast podłogi. Z sieni drewniane schody wiodą na strych, gdzie w okutych kufrach spoczywają skarby zgromadzone przez pradziadków i prababcie, nieużywane lub odłożone na czarną godzinę. Ale nie wolno chodzić samemu na strych! W tym tajemniczym miejscu – strzeżonym przez czarne nietoperze, których unika nawet kocur Babciwiktorii, pożeracz myszy – jest tak ciemno, że choć oko wykol i też nic nie widać. 

Mieszkają tam duchy i Panbóg wie, co jeszcze. Dzieciom rozzłoszczone gacki mogłyby wkręcić się we włosy. Te gacki, choć pożyteczne, kumają się z Diabłem, który jest tak samo czarny i pokraczny jak one, tylko o wiele większy i jeszcze bardziej niedobry. 

Z sieni można wejść do kuchni, której strzegą również grube drzwi. Na wprost nich panoszy się, świadomy swej przydatności, wielki chlebowy piec z tarasem żeliwnej płyty, w której żarem buchają paleniska przykryte zachodzącymi na siebie, spopielałymi od ognia fajerkami. 

Obok pieca, za kotarą z samodziałowej szaroniebieskiej narzuty, czai się ciemna komórka, a w niej miednice, miski i kubły. Jest tam lustro w brązowych ramach, skład mydła oraz białe, szorstkie kostki pumeksu. 

Pod oknem stoi długa drewniana ława, do połysku wyślizgana siadaniem I zaparty w podłogę stół – tak ciężki, że nie sposób go przesunąć. Towarzyszą mu zydle, na które w ogóle nie zwraca uwagi. Bo na nich się siada, więc są mniej ważne. 

Dom w Ujrzanowie jest rodzinnym domem mojego Taty. Mam cztery lata, a jak się urodziłem, to zaraz wybuchła wojna. Jestem Polak mały, z polskiej ziemi, między swymi, znak mój to Orzeł Biały. Jestem z tego dumny, więc wierzę w Polskę i w Boga. Ale całkowicie różnię się od innych. To dziwne, że ja, to ja. Kiedy tylko zamknę oczy, to potrafię sobie stworzyć wszystko, co zechcę. Widzę to, mogę tego dotykać, czuję zapach. Wszystko znika, jeśli otworzę oczy. Kiedy zapada wieczór, to mi się same zamykają i wtedy, czy chcę, czy nie, pojawiają się różne rzeczy i ludzie. Podobno to są sny, ale inni chyba nie mają takich snów. 

Sam nie rozumiem, dlaczego widzę takie rzeczy, które pojawiają się, kiedy tylko przestaję czuć, że jestem. To tak, jakby we mnie ktoś siedział. Siedzi sobie w środku, a w nim mieści się ktoś jeszcze, tyle że mniejszy i w tym kimś jeszcze ktoś i tak bez końca, bardzo wiele osób, które powodują, że widzę lub robię to czy tamto, patrzą przez moje oczy i nagle martwią się lub cieszą. a ja płaczę lub śmieję się nie wiadomo dlaczego. 

Najgorsze jest to, że nikomu nie mogę o tym powiedzieć. Mamie się wstydzę. Babciamaria kazałaby mi się modlić, a Tata nakrzyczałby na mnie, że nie uczę się dodawania i dzielenia. W końcu oddaliby mnie do czubków, tak jak panią Pękartową, która rozmawiała ze sobą w nocy, a nikt nie wiedział, że mówi do swego solitera, wielkiego długiego robaka, którego jej dopiero ci czubkowie wykryli, posadzili ją na surowym mięsie, o mało nie umarła, ale soliter wyszedł, a pani Pękartowa wyzdrowiała, wróciła do domu i teraz nie ma do kogo gadać. Bardzo jestem ciekaw, jak wyglądają czubki, ale za nic nie chciałbym siedzieć na surowym mięsie ani mieć solitera.

Fragment powieści Jerzego Terpiłowskiego, Ujrzanów, Warszawa 1998.

Tags: ,

More Stories From Archiwum

About Jerzy Terpiłowski

Polski pisarz, eseista, dramaturg, tłumacz. Laureat Nagrody Ministra Kultury (2004) oraz Medalu Prymasa Tysiąclecia (2001). Organizator i prezes Stowarzyszenia "Pospolite Ruszenie" dla Ochrony Tradycji Polskiej, redaktor naczelny miesięcznika kulturalno-społecznego "Tradycja". Członek Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich i Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.