/> Monachijczycy – Tradycja – The Tradition
Go to ...

Tradycja - The Tradition

Pismo - Forum światopoglądowe

Monachijczycy



W fioletowej mgle, po rozmiękłej drodze pędzi trójka koni, chrapy się rozdymają, kopyta unoszą się nad ziemią, koła wozu miażdżą błoto, ono zaś nabrzmiewa od wilgoci, lśni kałużami wody, pęcznieje i ugina się, podczas gdy niebo zaciąga szaruga. Ciężkie zwały chmur, oszalałe szkapy, szerokie pole, wiatr, który w pustkowiu gna wóz z końmi, czy w ucieczce przed zmierzchem, czy prosto w jesienną ciemność? To Chełmoński, malarz polskiego krajobrazu – samotnych drzew, szybującego po niebie ptactwa, pastucha, który ptactwu temu się przygląda w ciszy poranka, w nadciągającym upale dnia w środku lata. Malarz stawu w Radziejowicach opodal Grodziska Mazowieckiego i Kuklówki, gdzie do dziś zachował się jego dworek, zatartego wodnymi oparami radziejowickiego pałacu, zastygłych w złotawej poświacie łabędzi.

Albo też inne obrazy: ruch i gwar, gra żydowska kapela. Kielichy wędrują w górę. Toast w pobliskim dworze, zdrowie starszego pana, właściciela dworu, którego rozbawieni goście unoszą na ramionach. Przewrócone w rozgardiaszu krzesło. Miejscowy pleban klaszcze w dłonie – bez niego nigdy nie odbywały się wesela, sylwestry, zabawy w karnawale. Tak bawiono się w polskich dworach na przełomie stuleci i jeszcze później, jeszcze przed kilkudziesięciu laty, gdyż później ów ziemiański świat bezpowrotnie zaginął. 

Malarzem, który stworzył tę scenę był Wojciech Piechowski, odgrywa się ona zaś albo w Nosarzewie Borowym pod Mławą, w jego rodzinnym dworze, albo raczej w Kuklówce u Chełmońskiego, gdzie wiele razy i na długo przebywał w gościnie. 

A wreszcie – Józef Brandt, przywódca plejady doskonałych rysowników i kolorystów: po śniegu idą i jadą na koniach postacie w polskich czamarach i deliach. Wąsate twarze. Śnieg tak puszysty – tak chciałoby się rzec – zmysłowo dotykalny, że niemal słychać jego skrzypienie pod butami. Jan III wyjeżdża z Wilanowa z Marysieńką w karocy. Rzeczpospolita XVII wieku bajecznie barwna i dostojna odżywa na płótnach, tym bardziej pełna potęgi i romantycznego rozmachu, że jest przecież rok 1897 i po Rzeczypospolitej z czasów Sobieskiego nie ma śladu na żadnej mapie świata. I Wojciech Kossak, malarz batalistycznych scen nasyconych dynamizmem ruchu: ułan na koniu tnący szablą rosyjskiego piechura, który zastawia się bagnetem, odwrót Wielkiej Armii spod Moskwy, rosyjska zima, śnieg, wychudłe konie, ściągnięta niepokojem twarz napoleońskiego kirasjera, który ogląda się za siebie, czy nie ściga go patrol Kozaków. 

Osobliwy to świat, polskie malarstwo końca XIX i początków XX wieku wyrosłe z monachijskiej szkoły! Tak je bowiem nazywano: szkołą monachijską, ponieważ Józef Brandt, Józef Chełmoński, Wojciech Piechowski, Wojciech Kossak oraz inni jej przedstawiciele byli uczniami słynnej Akademii w Monachium, która w swych murach kształciła wielu późniejszych mistrzów rysunku i koloru tworzących w Polsce oraz w innych krajach Europy – obrazy o zazwyczaj nieprzemijającej wartości. Jednak w pozbawionej własnej państwowości Polsce szkoła monachijska spełniła szczególną rolę, postawiła też przed sobą wyjątkowe w porównaniu z innymi krajami Europy cele.

Cały artykuł w numerze 1/2006 „Tradycji”, kontakt z redakcją: etradycja@gmail.com 

Tags:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

More Stories From Archiwum

About Jerzy Piechowski