/> Dzień Żołnierzy Wyklętych – Tradycja – The Tradition
Go to ...

Tradycja - The Tradition

Pismo - Forum światopoglądowe

źródło: Fronda

Dzień Żołnierzy Wyklętych


Czy to wojna domowa? Żołnierze Antysowieckiego Powstania, o których tak bardzo chciano zapomnieć, że w końcu awansowali do miana Wyklętych, walczyli przede wszystkim przeciwko terrorowi, jaki w latach 1944/56 na ziemiach polskich rozpętał sowiecki okupant przy współudziale swoich namiestników. Ta prawidłowość zaciera się w pojmowaniu przyczyn powstania oraz w jego ocenach. Wiedza o tym, która zaraz po wojnie była powszechna, rozmywa się w szczegółach. Niedawno pewna „młoda” na Twitterze pytała roztropnie, dlaczego właściwie żydowscy i pewnie rosyjscy namiestnicy Moskwy w latach przełomu okupacji niemieckiej na sowiecką (1944/56) przyjmowali polskie nazwiska. Prawdopodobnie wie sama, jakie były przyczyny nagłego uwielbienia polskości, wyrażającej się w brzmieniu na -ski (Borowski), – icz (Cimoszewicz) lub skromniej na –sik (Baksik) i tylko pragnie bezpiecznie (szelmutka!) skierować uwagę potencjalnego frajera na problem ukrywany skrzętnie przed gawiedzią przez ponad pół wieku PRL i prawie 30 lat średnio wolnej Polski. Jeżeli tak jest, to odpowiadając, wyjdę na prawdomównego idiotę, który koniecznie musi podzielić się z innymi wiedzą o tym, kto odkrył Amerykę. Jest jednak w każdym stwierdzeniu prawdy jakaś siła, „co mnie żywemu na nic, jeno czoło zdobi, lecz” […] taką młodą „po mojej śmierci będzie gniotła niewidzialna” [… ] aż ją z prześcipki „w anioła przerobi”.   Można by ją uświadomić jednym zdaniem, ale przyjemniej będzie przedłużyć takie uświadamianie i wobec tego, „żeby żądz moc móc wzmóc”, przywołam jeszcze kogoś doświadczonego, aby następnie dokonać czynu na pograniczu prawa (bo przecież nie wiadomo, ile lat ma obiekt uświadamiania oraz – czy uświadamianie w tym względzie nie podpada pod jakiś casus prawny, z powodu którego nadal nie wolno lub nie godzi się odkrywać publicznie tajemnicy Poliszynela). Tym drugim potencjalnym deprawatorem będzie Bohdan Urbankowski, niegdyś świetny poeta, potem autor cennych opracowań, z których przynajmniej jedno (Czerwona msza) powinno wejść na stałe do lektur obowiązkowych rozwijającej się humanistycznie młodzieży. Pisze Bohdan w artykule pt. Powstanie Antysowieckie (Tradycja nr 1/2006): „Polacy stawiali Sowietom opór porównywalny z walkami powstańczymi z czasów zaborów. Na określenie tych zmagań PRL-owscy historycy używali przez lata pogardliwego określenia – walka z bandami leśnymi. Podobnym określeniem posługiwali się jednak i lewicowi ideolodzy, na przykład Jacek Kuroń. W ostatnich latach upowszechnia się określenie wojna domowa. Jednak wojna domowa oznacza taki konflikt wewnętrzny, w którym siły zbrojne podlegają zwaśnionym, ale własnym suwerennym ośrodkom decyzyjnym. W uzależnionej od Kremla PRL władza ludowa miała charakter namiestniczy, siły zbrojne podlegały dowództwu sowieckiemu – początkowo bezpośrednio, następnie poprzez system tzw. doradców, włączenie do Paktu Warszawskiego. Przyjęcie określenia wojna domowa oznaczałoby nobilitację sowieckiej agentury.” Była to zatem wojna z Sowietami, którzy ani myśleli dochować zaleceń aliantów w sprawie demokracji w zagarniętym terenie Polski.    Być może młoda już rozumie, że określenie wojna domowa służyło przede wszystkim namiestnikom Moskwy, wśród których najbardziej aktywną stroną byli funkcjonariusze MBP i UB pochodzenia żydowskiego, wspierani przez niedobitki stalinowskiej czystki KPP z 1938 roku, nieliczne komunistyczne i chłopskie oddziały partyzanckie (w naturalny sposób odchylające się narodowo) oraz wszelką swołocz najróżniejszych mętów i pospolitych bandytów. Samą Moskwę to do dziś ani parzy, ani ziębi. Osadzona na warszawskim stolcu władza prosi o pomoc zbrojną, to dostaje trzy dywizje NKWD i ponad milion wojska na stałe obozującego w Polsce. Zwycięska (przecie nikt nie zaprzeczy) Armia Czerwona robi zresztą, co chce, aż po Łabę.

Jak nazywają obecnie zmagania Żołnierzy Wyklętych ideowi spadkobiercy namiestników Moskwy z lat 1944/56? Pisze Cezary Michalski w Newsweeku z 1 marca (W Dniu, w którym Polacy obnoszą obrazy ich walki, męczeństwa i śmierci), że prawica ich zawłaszczyła, a „Wybór jako historycznej i pedagogicznej matrycy wydarzeń najbardziej dzielących Polaków, mających najwięcej cech autentycznej wojny domowej, jest uzasadnieniem dla radykalizowania konfliktu politycznego dzisiaj.” A co, Zuziu (bo młoda już kwili), stwarza, że ciągle jeszcze ktoś  może dywagować, jakoby owe zmagania miały najwięcej cech wojny domowej? Ano to, że przeważająca większość namiestników Moskwy w owych latach najpierw głównie donosząca do NKWD, a później – w miarę krzepnięcia w siłę – dyrygująca mordowaniem tych, którzy przeciwstawiali się zbrojnie wywózkom ujawniających się akowców oraz partyzantów różnych ugrupowań patriotycznego podziemia – wedle rozumnej dyrektywy swych przywódców (np. Jakuba Bermana) zmieniła potajemnie nazwiska na polskie. Do opinii publicznej Zachodu, a także znękanego 5 latami wojny społeczeństwa Polski –  miało dotrzeć, że jacy by to nie byli ci funkcjonariusze  bezpieczeństwa, to przecież zawsze to Polacy, którzy walczą z Polakami o względy polityczne. Czcimy dzisiaj tych, którzy ginęli w nierównej walce w lasach, a później katowniach UB, a tamtym – żyjącym jeszcze lub zgasłych ze starości  należy się wieczna infamia.    Jeżeli ktoś sobie w Pisie wyobraża, że ustawa dezubekizacyjna załatwia ów problem, to albo brak mu wyobraźni, albo jest głupcem. Cała para tego zarajania poszła w gwizdek, od którego co najwyżej zirytował się jakiś odsetek szczerze oddanych Polsce, emerytowanych funkcjonariuszy, tropicieli przestępstw gospodarczych, Straży Granicznej czy BOR-u. Ogólnie rzecz biorąc, finansowo więcej Polacy na owej ustawie stracą niż zyskają, zważywszy długotrwałe procedury sądownicze dotyczące rozpatrywania odwołań w warunkach, w których ustawodawcy jawnie zakpili sobie z prawa, obejmując np. ustawą ludzi, których zweryfikowano pozytywnie i następnie służyli po 1990 roku ileś tam lat w wolnej Polsce. Nadto, nie słyszałem, żeby państwo polskie zmniejszało ustawowo kwoty emerytur wypłacanych swym byłym obywatelom, którzy w latach 1956–1968 i później wyjechali z Polski na przykład do Izraela. Co prawda, nie słyszałem także, żeby nie zmniejszało, ale znając naszych drogich kuzynów (wszak jak powiada Dominika Wielowieyska, wyjeżdżali także ludzie żydowskiego pochodzenia, a nie tylko Żydzi) pewnie byłbym usłyszał jakąś międzynarodową wrzawę z powodu tej emerytalnej dyskryminacji lub po prostu finansowego antysemityzmu.  Tym kilkudziesięciu tysiącom namiestników Moskwy z lat 1944/56 należy się ustalenie prawdziwych nazwisk i proces bez indywidualnego dochodzenia za samo uczestnictwo w zbrodni przeciw narodowi polskiemu. Czekamy!!!   Chyba że dyrektywa nowelizacji ustawy o IPN miała na celu wyłącznie zmobilizowanie reszty możliwego elektoratu PiS-u na zbliżające się wybory samorządowe. A to ja, proszę Zuzi, na takiej polityce się nie znam, więc pannę przepraszam. Co złego, to nie ja.

O autorze: Jan Kantemir

Polski pisarz, spadkobierca tradycji wielkiego szlacheckiego rodu, samodzielny badacz literacki i polityczny.