/> Literaturka – Tradycja – Tradition
Go to ...

Tradycja - Tradition

Pismo - Forum światopoglądowe

Literaturka


Czy naprawdę mamy jeszcze literaturę? A może pozostała nam tylko rzeczywistość i język, polski język, o ukształtowanej, ale coraz mniej pamiętanej tradycji?

W tej tradycji coś takiego z całą pewnością było: literatura, czyli rozmowa o świecie, która prowadzona jest w taki sposób, aby miało to zarazem znaczenie artystyczne. Podwójne wymaganie, podwójne przypisanie. Pomińmy kłopoty z pojęciem “rzeczywistość”, stosowanym wobec dzieł, z których jedne mogą opowiadać o snach, inne o mistycznych doświadczeniach, a jeszcze inne – sięgnijmy po klasyczny, Balzakowski pomysł – o przygodach młodego człowieka z prowincji, który postanowił zrobić karierę w stolicy. Załóżmy, że każdy utwór ma moc wskazywania takiego pola odniesień poza sobą, jakie jest mu właściwe. A nawet więcej – może je stwarzać, odkrywać nieznane światy. Te pola nie muszą być zbieżne, może łączyć je tylko to, że składają się na obszar ludzkiego doświadczenia.

Bardzo dziwny koncept: literatura. Czy nie za wiele oczekiwań? Znaczenie artystyczne – niejasna sprawa, która nie może być rozpatrywana bez odniesienia do ciągu tradycji, przeszłości języka i zarazem – współczesnej praktyki artystycznej. Czyli literatury. Zacznijmy więc od drugiej strony: rozmowa. Rozmowa wymaga uwagi dwóch stron, które pozostają ze sobą w kontakcie, darzą się zainteresowaniem, czegoś po sobie oczekują. Oczywiście, tak się dzieje w zwykłej rozmowie, a rozmowa przy pomocy literatury ma charakter nie bezpośredni i wymiar społeczny, wymaga instytucji pośredniczących, subtelnych sposobów komunikowania się. I o to chodzi: literatura to skomplikowany system, w którym uczestniczą dwie strony. A historia literatury nie jest po prostu zbiorem dzieł czy nawet arcydzieł, jest historią rozmowy, rozmowy o wymiarach ludzkiego doświadczenia, jaka toczyła się przy pomocy dzieł o artystycznym znaczeniu.

I naprawdę jest tak dobrze, że mamy wciąż polską literaturę? W tym języku, który tylko z grubsza pozostaje polski, a pełen jest przedziwnych angielskich słów, używanych w znaczeniach dalekich od tych, jakie podaje słownik angielski. To nie są słowa angielskie, to słowa polgielskie, poprzekręcane i nafaszerowane snobizmem. Polgielski, taki miejscowy dialekt, który, rzecz dziwna, woli słowa zapożyczone, ale poddaje je swoistej torturze, wykręcając końcówki podczas obrzędu deklinacji. To taka mania miejscowa i przybyszowi z innej strefy trudno zrozumieć, o co chodzi. – Ale dlaczego to robicie? – pyta zdziwiony, gdy już z grubsza pojmie. – I co wam to daje? Przecież to trudne! – wykrzykuje przecierając oczy.

Ano nic, taka obsesja. Lubimy sobie powykręcać formy. Głupio się bez tego czujemy. A czasem nie lubimy, idziemy na skróty. Ten język w wielu rejestrach składa się z, k…, odruchów, a nie zdań. I mamy w nim literaturę?

Od pewnego czasu trawi mnie zwątpienie. A potem ogarnia desperacja. Mieliśmy, tak, kiedyś mieliśmy całkiem poważną literaturę, i mamy, bo tego stracić się nie da, bogatą tradycję. Można o niej zapomnieć, ale nie da się całkiem utracić. Jednak teraz nie mamy już literatury, mamy literaturkę.

Trzeba powiedzieć sprawiedliwie, że część winy za to ponosi sama literatura. I jest to jednocześnie felix culpa, bezsprzeczna zasługa historyczna. W czasie, który zobowiązywał do radykalizacji postaw, literatura polska wielokrotnie popełniała harakiri. W najbardziej spektakularny sposób. Oto nie dzieło, oto trup dzieła, paskudny, niepozbierany i godzien litości – czyż takie wołanie nie rozlega się jeszcze nad “Miazgą” Andrzejewskiego? To nie klęska artystyczna, to spektakularne samobójstwo powieści. Trudno jednak, aby po takim geście nadal mieć się dobrze, a nawet oczekiwać dalszego twórczego rozwoju i wspaniałych osiągnięć.

W latach 80. podział na obieg cenzuralny i niecenzuralny, utrzymywany za zgodą obu stron dialogu, pisarzy i publiczności, jednocześnie działał rujnująco na samą rozmowę, doprowadzając do trwałego szczękościsku na tle politycznym. Jeśli przy okazji zdradzono wolność poszukiwań artystycznych, to stało się to w poczuciu wyższej konieczności dyktowanej chwilą. Literatura wyszła z tego procesu w kondycji złej, ale z ogromnymi zasługami i kapitałem moralnym, który w latach transformacji ustrojowej natychmiast pożarła inflacja.  

Nie chcę jednak rozpamiętywać tej sprawy, bo choć koszty były duże – pewnie innego wyjścia nie było. W Polsce jednocześnie zbiegło się kilka rzeczy: szok wolności, przyspieszona i powierzchowna asymilacja wzorów zachodnich, zwłaszcza amerykańskich, które nijak nie przystają do naszej tradycji, całkowita zmiana sposobu komunikacji społecznej, zmiana wartości, zmiana instytucji, zmiana pokoleń, która nie odbyła się naturalnie i płynnie. I wreszcie – głupota, arogancja i ignorancja.

I to było za dużo. Nie ma już rozmowy, nie ma literatury. Czasami zdarza się dzieło. Bywa nawet tak, że dzieło staje się sławne. Ale to nie wystarcza. Nie chodzi przecież o sławę i pieniądze, efekty medialnego sukcesu w kulturze obracającej się wokół celebrity. Rozmowy nie ma.    

Francuska literatura XIX wieku rozmawiała z mieszczaństwem. Polska w tym czasie wciąż jeszcze prowadziła spór ze szlachtą i rodzącą się inteligencją. Polska literatura adresowana była do inteligencji prawie do końca XX wieku. Wyjąwszy końcową dekadę tego stulecia. W Polsce po transformacji inteligent zawstydził się swojego istnienia. Bo jeśli nazywał sam siebie inteligentem, to znaczy, że wierzył w misję i odpowiedzialność, a to były wartości z poprzedniej epoki. Tu pachniało styropianem (podobno całkowicie bezwonny? a jednak!). Nowa epoka jakoby miała oprzeć się na czystych zasadach gry rynkowej, wierzyć w stan konta i profesjonalizm. Klasa średnia nie potrzebowała bibliotek; fatalnie prezentowały się w jednoprzestrzennych salonach. I mniejsza z tym, czy owa klasa średnia rzeczywiście powstała, czy nie. Jeśli jej nie ma, to tym bardziej godna jest podziwu, gdyż zdołała wiele zdziałać. Zapędziła inteligencję w kozi róg czy do mysiej dziury, dokładnie nie wiadomo, ale okazało się to skuteczne.

Polska literatura tuż po odzyskaniu niepodległości, w latach 20., udowodniła niesamowitą dojrzałość, proponując krytykę nowo powstałej rzeczywistości państwowej. “Przedwiośnie”, “Romans Teresy Hennert”, “Generał Barcz” – wszystko to są utwory dojrzałe artystycznie i jednocześnie żarliwie zaangażowane politycznie. Ich adresatem jest inteligent, dojrzały osobnik, który pojmie, że zachwyt z powodu odzyskania niepodległości i jednoczesna krytyka nowego państwa nie wykluczają się i nie są podcinaniem własnej gałęzi. W obecnej Polsce nawet cień poważniejszej krytyki kapitalizmu wywołuje popłoch. Jakbyśmy nie mówili do dorosłych ludzi. Bo nie mówimy. Inteligencji nie ma, intelektualiści abdykowali. Nawet pisarzy już nie ma (byli, ale wymarli). Są autorzy.

Nie ma krytyki literackiej. Miejscem naturalnym dla krytyki były przez cały wiek XX (poza ostatnią dekadą) tygodniki. A tygodników nie ma (poza “Powszechnym”). Są kolorowe magazyny. Jest dziennikarstwo. I dziennikarze działów kulturalnych. Ci prowadzą swoją polityczkę. Nie politykę, tylko polityczkę: temu laurkę, a o tamtym – ani słowa, bo nie nasz. Ten się naraził, a tamten niepotrzebnie się wypowiedział, więc ich nie zauważamy. To jest zgubna polityczka, bo gdybyśmy mieli mnóstwo świetnych nowych książek codziennie, może dałoby się ją prowadzić i nie byłoby to rujnujące. Ale mamy tylko literaturkę. Ponieważ nie ma krytyki literackiej – dziennikarstwo i działania promocyjne wydawców zazębiają się. Mamy kreacje medialne, nie dyskusję. I trendy. Na początku lat 90. był trend, że mówienie o rzeczywistości to sprawa staromodna i skończona. Ale nie narodziła się z tego wielka literatura kreacyjna. No bo nie ma literatury, mamy literaturkę. I autorów. Na przykład odkryciem lat 90. okazała się całkiem ciekawa autorka Olga Tokarczuk. Ma bogatą wyobraźnię i bardzo ubogi, wręcz toporny styl. W sam raz na te czasy. Poza tym mieliśmy w tym czasie prozę małych ojczyzn – bez małych ojczyzn, w dobie migracji i powszechnego wykorzenienia. I jeszcze dyskusję nad postmodernizmem i potrzebę powołania polskiego postmodernizmu, a także towarzyszącą jej bliźniaczą potrzebę zwalczania postmodernizmu. Bez postmodernizmu, bo to, co artystycznie można by uznać za jego realizację, należy do lat 60. i 70. (proza Kazimierza Brandysa) lub 80. (“Z” Mieczysława Porębskiego).

W nowym wieku trendy się odwróciły. Jak wcześniej podnoszenie relacji wobec rzeczywistości uznawano za nietakt dla literatury rzekomo uwolnionej od tak prostych i banalnych zobowiązań, tak teraz usiłuje się przy pomocy tego hasła odkryć na nowo może nie Amerykę, ale Polskę prowincjonalną. Proza, którą zaczęto właśnie zauważać, nie sięga horyzontem dalej niż mały realizm z lat 60. Ale że udało się dobrze zapomnieć historię ostatnich pięćdziesięciu lat, powracające widmo małego realizmu nie straszy. Jest po prostu typowym zjawiskiem literaturki. Bo jakiż realizm może ona z siebie wydać? Tylko malutki realizm.

Żyjemy w czymś, co przypomina nieco czasy saskie. Za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa, mówi przysłowie. Odpowiednie hasło na dziś brzmi: konsumuj więcej i schudnij. Tylko że literatura nie była dobrem do konsumpcji. Literaturka – jest nim. [1]

______________________________________________________________________________

1 Przedruk – za zgodą autorki, pierwodruk w Tygodniku Powszechnym, nr 37/2005.

Tags:

About Anna Nasiłowska