/> Rządzenie końmi – Tradycja – The Tradition
Go to ...

Tradycja - The Tradition

Pismo - Forum światopoglądowe

Rządzenie końmi


Stadniny sprzedawane za psi grosz. Pokątni pośrednicy wykupują ze stad angloaraby i wywożą je do rzeźni. Jeździectwo upada, profesjonalnych klubów zostało niewiele, a domorośli układacze i instruktorzy uczą “panowania” nad chorymi, niedożywionymi zwierzęta, “hotelującymi” w opustoszałych oborach. Polska młodzież, wiedziona narodową tradycją, w której mieścił się kontakt z końmi, napotyka na chamstwo, brud oraz draństwo. Stadninie arabów o dwustuletniej historii zagraża przerwanie ciągłości pracy hodowlanej. Umierają cenne klacze.

Roli koni w naszym życiu nie da się określić w kategoriach namacalnych korzyści. Ludzie od niepamiętnych czasów cenili te zwierzęta, malowali je, pisali o nich wiersze. Wiele tysięcy lat koegzystencji oraz przyjaźń, jaką potrafią nas obdarzyć wyróżnia je wśród innych gatunków. Kontakt z nimi uszlachetnia. Nie mają wcale przysłowiowego zdrowia i są gatunkiem skazanym na wymarcie. Odpowiednie utrzymanie i rozród opóźniają ten proces, jednak przy malejącym pogłowiu rezultaty owych działań słabną. 

I dlatego przystępując do poważnych rozmów i poczynań dotyczących gospodarowania końmi przyjmijmy ideę kryjącą się w tytule kultowej książki o wojennych losach polskich arabów ze stadniny w Janowie Podlaskim: “Z końmi między frontami”. Przypomniał mi ją ostatnio dr Antoni Pacyński, wicemistrz Europy i wielokrotny medalista mistrzostw Polski w jeździectwie, niegdyś dyrektor SK Liski. Koniarze stają murem dla dobra swych podopiecznych. Kiedy zrozumie się, o co w tym wszystkim chodzi, nie można inaczej.

Hodowcy, jeźdźcy i urzędnicy

Hodowlę prowadzi się dla utrzymania zwierząt i biologicznego postępu. W odróżnieniu od prywatnych przedsiębiorstw, stadniny państwowe nie muszą przynosić zysku. Ale kilkanaście z nich (m.in. Janów i Michałów), ma wykonywać swe zadania “niezależnie od rynkowej koniunktury”, bo jako spółki skarbu państwa mają teoretycznie większą swobodę działania. Stadniny (SK) oraz stada (SO) współdziałają w programie rozrodu koni prowadzonego w celu doskonalenia założonego użytkowania i pokroju (wygląd). Sprawdzianem powyższego są ich wyniki na torach wyścigowych, w rajdach długodystansowych, w zawodach jeździeckich oraz na pokazach. Dobre rezultaty pozwalają dyktować wyższe ceny zbytu. Postęp biologiczny ma zatem odpowiadać potrzebom rynku. Przychodami z ferm bydła i upraw polowych prowadzonych w stadninach wspomaga się chów koni, jako że ceny wołowiny, czy mleka są bardziej stabilne niż możliwości opłacalnego zbytu tych zwierząt.  

Ministerstwo i Agencja Nieruchomości Rolnych nadzorują państwowe SK i SO. Polski Związek Hodowców Koni winien stwarzać warunki, aby konie z polskimi paszportami występowały na prestiżowych konkursach, bo splendor zwycięstwa spływa na macierzyste stadniny. O organizację, popularyzację i rozwój sportów konnych dbać ma Polski Związek Jeździecki. Pracownicy stadnin nie muszą zajmować się sportem, ale niegdyś to spośród nich rekrutowali się najlepsi zawodnicy. Ów – zdawałoby się klarowny – system od wielu lat nie przynosi spodziewanych efektów, a hodowla państwowa szamocze się w wolnorynkowej dżungli globalizacji. Wprawdzie araby z Janowa i Michałowa, czempiony urody lub sprawności wciąż rywalizują ceną z najdroższymi jachtami jednakże inne stadniny nie mogą pochwalić się takimi wynikami.

A przecież podobnie kosztują na świecie także wierzchowce innych ras szlachetnych. Trzeba je “tylko” wyhodować, jeździć na nich i reklamować. Podobno gen. Władysław Anders (członek Towarzystwa Hodowli Konia Arabskiego) rozkazał, aby oficerowie dosiadali na zawodach wyłącznie polskich koni. I sypały się medale. Jeszcze w 1980 roku złoty medal olimpijski wygrał polski koń Artemor prowadzony przez Jana Kowalczyka z Legii. W 2015 roku w Lanaken mistrzostwo świata w skokach przez przeszkody wywalczył 7-letni ogier Nevados z polskiej hodowli prywatnej (!). To znaczy, że można. Ale to także sygnał, że czas zwołać okrągły stół hodowców, naukowców, jeźdźców oraz decydentów i radykalnie zmienić zasady (albo praktykę) gospodarowania naszymi końmi. 

Działania rządzącego obecnie ugrupowania politycznego, deklarującego powrót do tradycji I Rzeczypospolitej, są również szansą dla polskich wierzchowców. Jednakże w tumulcie przedstawianych opinii i politycznego rozhoworu uwijają się nieuczciwi pośrednicy, oszuści, ludzie pozbawieni narodowego instynktu, którzy nie chcą pogodzić się z werdyktem demokratycznych wyborów, krewni dopraszający się “lukratywnych” stanowisk i wszelaka oportunistyczna swołocz. W tych warunkach może zbłądzić nawet człowiek o najlepszych intencjach. Ale im wyżej postawiona jest taka osoba – tym większa szkodliwość błędu. 

Afera

Ironią losu jest, że chodzi o stadniny koni arabskich. Wiodące w świecie, wzór dla innych ośrodków. Wizytówka otwierająca światowe salony. Zarzuty postawione ich dyrektorom wynikają pewnie z nieporozumienia. Być może należałoby się raczej upewnić, czy cenne zwierzęta są dostatecznie chronione przed możliwą dywersją. Ogólnego braku obeznania w sprawie dowodzi np. enuncjacja “Faktu” o tanim użytkowaniu “prawie dwustumetrowej willi”. “To mieszkanie funkcyjne” pełni również funkcje reprezentacyjne, przyjmuję tutaj gości… – mówi dyrektor Jerzy Białobok, skonfundowany, że reporter nie ma pojęcia o savoir vivre wielkiego biznesu. 

Stadniny arabów od lat najmowały wyspecjalizowane przedsiębiorstwa marketingowe, aby organizowały aukcje. Nie wiem, co przyjęto za dowód  zarzucanej niegospodarności, ale warto pamiętać, że koszty ogłoszeń zamieszczanych w czołowych mediach świata są gigantyczne. Bez intensywnej reklamy nie da się obecnie wprowadzić do światowego obrotu niczego, a co dopiero luksusowych koni. Minęły czasy, kiedy prezentowali je sami hodowcy – tak, jak na przykład w SK Rzeczna, w której w 1964 roku masztalerze biegali z wierzchowcami przed gośćmi (miał być sam Konstantyn, król Grecji) po posypanym trocinami błocie, a w czasie pokazu piszący te słowa wjechał w strategiczną alejkę bryczką ciągnioną przez kłusaka umazanego po brzuch szlamem. 

W PRL pogoń za zyskiem była sprzeczna z zasadami ideowymi państwa. Obecny trend cywilizacyjny stawia go na piedestale, a tym samym nakręca koniunkturę dla łatwego zarobku. To problem ogólny, którego nie da się tego rozwiązać z poziomu dwu stadnin. Wychodzą zresztą na swoje podczas gdy państwo ponosi często miliardowe straty, np. wydając setki milionów na wadliwe systemy informatyczne.

Charaktery

Prawie do końca ubiegłego wieku w stadach i stadninach koni panował duch II Rzeczypospolitej. Obowiązywała wojskowa dyscyplina, bo dyrektorzy rekrutowali się spośród oficerów lub byli ich wychowankami. Lawirując między bzdurnymi poleceniami władz, a racją – nie charakteryzowali się miękkością obyczajów.

Doświadczyłem tego na własnej skórze, kiedy to w SK Rzeczna, ośmielony niezłym miejscem w Akademickich Mistrzostwach Polski, napraszałem się, żeby pojechać na św. Huberta. Pani, tytułowana obecnie pierwszą damą polskiego jeździectwa, zraziła się była do skoków przez przeszkody, a po kontuzji pozostało jej mimowolne potrząsanie głową. 
– Niech najpierw przejedzie parkur na Eliaszu – zadecydowała. – Jak skończy, to niech jeszcze raz przejedzie. 
Ogier pomocniczy Eliasz nie był koniem sportowym. Wymiękł pod koniec drugiego przejazdu. Drżały mu nogi, przewrócił się za przeszkodą, a ja złamałem kości śródręcza. 
– No coś takiego! – prychała pani Wanda kiedy czekałem w sekretariacie na karetkę. – Tyle razy spadałam i nigdy sobie nic nie złamałam. 
Tak trzęsła głową, że mimo bólu parsknąłem śmiechem. 

Nie odegrałem się za ten “sprawdzian”, chociaż miałem okazję. Wiedziałem, że jest oddana pracy z końmi i zajmuje się nimi o wiele częściej niż ja mogłem sobie na to pozwolić w późniejszych etapach życia. Ale wołałbym pisać o ogierze Odwachu z SO w Łącku, którego przejeżdżałem każdego ranka, a po latach przerwy witał mnie radosnym rżeniem, o 17-letnim, niegdyś mistrzowskim wierzchowcu Dziadzie z SO w Bogusławicach, na którym jeździłem strzemię w strzemię, parkur po parkurze z Wiesiem Dziadczykiem uczącym mnie wyczynowej jazdy, o klaczy z pierwszego Ludowego Klubu Jeździeckiego (Kampinos), która na popasie chodziła za mną luzem jak pies oraz o kasztanie Feniksie z Legii i innych czworonożnych przyjaciołach. Nie czas i nie miejsce ku temu, choć byli dla mnie prawdziwym darem niebios.

I dlatego zabieram głos w sprawie, w którą niepotrzebnie miesza się politykę. 

Tags: , ,

More Stories From Artykuły

About Jerzy Terpiłowski

Polski pisarz, eseista, dramaturg, tłumacz. Laureat Nagrody Ministra Kultury (2004) oraz Medalu Prymasa Tysiąclecia (2001). Organizator i prezes Stowarzyszenia "Pospolite Ruszenie" dla Ochrony Tradycji Polskiej, redaktor naczelny miesięcznika kulturalno-społecznego "Tradycja". Członek Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich i Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.