/> Jerzy Terpiłowski – Tradycja – The Tradition
Go to ...

Tradycja - The Tradition

Pismo - Forum światopoglądowe

O autorze: Jerzy Terpiłowski

Polski pisarz, eseista, dramaturg, tłumacz. Laureat Nagrody Ministra Kultury (2004) oraz Medalu Prymasa Tysiąclecia (2001). Organizator i prezes Stowarzyszenia "Pospolite Ruszenie" dla Ochrony Tradycji Polskiej, redaktor naczelny miesięcznika kulturalno-społecznego "Tradycja". Członek Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich i Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Posts by: Jerzy Terpiłowski

emigracja

Sanacja

Tak się zastanawiam. Historia zatacza koło? W końcu lat 30 ubiegłego wieku mieliśmy podobny polityczny zamęt i zacietrzewienie jak obecnie. Władzę sprawowała post piłsudczykowska elita, głównie urzędników z legionowego zaciągu herosów wojny 20 roku, którzy nigdy nie otrząsnęli się z kultu Marszałka. Fakt braku decydującego o wszystkim wodza paraliżował działania propaństwowe. Tzw. Sanacja koncentrowała się na zwalczaniu organizacji narodowych. Znamy osiągnięcia tego ugrupowania politycznego i pamiętamy, że fiaskiem jego działań była klęska 1939 roku. Przedtem państwo nie potrafiło zorganizować gospodarki na tyle, żeby ludzie mieli pracę i zamiast tego, II Rzeczpospolita załatwiła “eksportową” emigrację Polaków do Francji. W 1934 było już w tym kraju ponad pół miliona naszych Rodaków. Obecnie, w czasie rządów ugrupowania przeprowadzającego sanację państwa w ramach tzw Dobrej Zmiany wyemigrowało już ponad milion Polaków. Nie wiem, czy oceniano wpływ demografii na losy kraju. Wiemy jednak, że jeśli opuści Polskę kolejny milion, to – biorąc pod uwagę m.in. starzenie – nie będzie komu pracować. (Patrz: wykład dr Sławomira Mentzena w Wolnych Mediach) Pytam się zatem Państwa: czy to możliwe, żeby niezniszczalną ideą sanacji jako takiej było oczyszczenie kraju między Wisłą a Bugiem z miejscowej ludności? Czy sanatorzy uważają, że zmniejszanie bezrobocia wynikające z malejącej liczby obywateli zdolnych do pracy jest sukcesem? Może. Brak obywateli gwarantuje przecież zerowe bezrobocie!
Ale, czy naprawdę chcemy oddać polskie ziemie innym narodom?

cup-of-gold

Cup of gold

W powieści Johna Steinbecka “Cup of Gold” na wyspie piratów (Tortuga?) mają miejsce wybory władcy tego bractwa. Sławni korsarze popisują się siłą, zręcznością, odwagą, a każdy jest nadzwyczajny. Henry Morgan, mało jeszcze znany kapitan brygu spod bandery Wesołego Rogera, niewysoki blady chudzielec wynajmuje powóz, załadowuje nań kufer złotych talarów (należących do jego załogi) i przejeżdża ulicami, rzucając je garściami w tłum potencjalnego elektoratu. Oczywiście wygrywa wybory. Po paru latach pakuje zdobyte przez całe bractwo wielkie skarby na pokład swego okrętu i płynie do Anglii, gdzie poddaje się władczyni tego kraju. Wszyscy jego ludzie zawiśli na stryczkach, ale Morgan otrzymał tytuł szlachecki i dożywotnią pensję. Pirat żył długo i szczęśliwie, wiodąc życie statecznego dżentelmena…

promotor-i-autor

Misje Macierewicza

Na konferencji prasowej po premierowej promocji książki byłego wiceprezesa Zarządu Głównego SDP Jerzego Kłosińskiego Macierewicz – Człowiek do zadań niemożliwych, reklamowanej jako niezakłamana biografia, salka Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich przy ulicy Foksal w Warszawie była pełna, ale chociaż mógł tam przyjść każdy z ponad trzech tysięcy członków tej organizacji, znajomych twarzy widziałem zaledwie kilka. Nie było kamer, nie trzaskały flesze, a nieliczne wystąpienia na konferencji prasowej niezmiernie zasłużonego działacza niepodległościowego, posła i byłego ministra MON utrzymane były w tonie laudacji. Termin spotkania był naznaczony niefortunnie. Wszak tuż przed wyborami tzw. klasa polityczna jest zajęta własną promocją, trollowaniem przeciwników, albo szuka nor, z których po fakcie wyłania się z triumfem, sugerując, że tak właśnie głosowała. Tymczasem biografia Antoniego Macierewicza oraz jej – bardziej lub mniej – zamierzone przesłanie jest równie frapujące, jak ów demokratyczny sprawdzian inteligencji obywateli. Sprzedaż publikacji powinna przewyższyć wielkość dystrybucji tendencyjnie oszczerczej książki Tomasza Piątka („Macierewicz i jego tajemnice”), z którą zresztą autor polemizuje.
(Kliknij na tytuł i czytaj dalej…)

dobrostan

Dobrostan plus

Nareszcie! Kiedy nadejdzie pora, będę mógł spokojnie zamknąć oczy, nie martwiąc się o los moich i Waszych dziatek. Wysiłek wszystkich dramatycznie przeżytych lat zostanie ukoronowany w kształcie Polski, będącej jednym pasmem szczęśliwości społecznej, narodowej i religijnej. Zapowiada to program wyborczy Prawa i Sprawiedliwości. W oczekiwaniu na jego realizację będę mógł spokojnie zająć się hodowlą róż, beztroskimi wakacjami za trzynastą wypłatę emeryta, którego średnie świadczenia miesięczne wystarczają na życie, lekarstwa, opiekę zdrowotną wedle tzw. szybkiej ścieżki, bez kolejek, niepotrzebnego bólu i poniżenia. Przydała się na coś moja walka z okupacją, kiedy to jako pięcioletni szczeniak skopałem hitlerowskiego żandarma (a raczej cholewy jego buta – patrz: powieść „Ujrzanów”), plucie krwią z dziewięcioletniego gruźliczego płuca z okien sanatorium na stalinowskich ubeków, w czasach „kiedy to przez pewien czas po wojnie próbowano prowadzić niezależną działalność polityczną i wydawniczą”, a kultowi jednostki można było przeciwstawić już tylko honor, następnie piętnowanie nadużyć peerelowskiej władzy oraz osobista sekretna wojna o wolną Polskę w latach 1976-1989, wreszcie ośmieszanie tumiwisizmu liberalnych rządów PO i ich premiera w prasie, a także opłatkowe spotkania w gronie przyjaciół, tak jak ja oczekujących na szansę dla Polski, którą miał być PiS.
(Kliknij na tytuł i czytaj dalej…)

pieczec

Pieczęć trwałości

Bardziej dociekliwych z pewnością nie zadowoli słownikowe tłumaczenie, jakoby tradycją były po prostu – zasady postępowania, obyczaje, poglądy, wiadomości przekazywane z pokolenia na pokole­nie. Prędzej czy później będą musieli zadać sobie kilka pytań, które nieuchronnie spowodują wyjście z łatwo wytłumaczalnego związku przyczyn i skutków. Wreszcie dopracują się, mniej lub bardziej włas­nego, poglądu na temat tego, co choć na pozór oczywiste, okazuje się ciągiem nieskończonych zależności oraz tematem kontrowersyjnych opinii i sądów.
(Kliknij na tytuł i czytaj dalej…)

agent

PISIE NASZ

Z raportu agenta dalekowschodniego kraju: „Znana z okładek czasopism i ekranów telewizyjnych pani Beata zdobyła znaczną popularność w niektórych kręgach polskiego społeczeństwa, lansując hasło Polski Zwykłych Ludzi. Objawiła zamiłowanie do hazardu, obstawiając w Brukseli wyeliminowanie z władz UE zdolnego skądinąd futbolisty, pana Tuska. Obecnie, pomimo eksponowanego stanowiska w rządzie pana Mateusza, no wiecie, syna tego pana Kornela, nie bierze udziału w politycznym harmiderze. Uważa się jednak, że jeżeli zajdzie potrzeba, nie odmówi panu Jarosławowi i skoczy z bombą w rękach na krążownik wroga”. Kliknij i czytaj dalej…

stalin

Chichot z piekła

Było wiadomo, że w 1944 roku mocarstwa Zachodu nie sprzeciwią się temu, że wojska radzieckie, wkraczając w granice II Rzeczypospolitej, zawłaszczą jej terytorium. Rosja Stalina – licząc się z późniejszą zmianą takiego stanowiska – dokładała starań, aby przy okazji pochodu na Berlin podporządkować sobie na zawsze Polskę, bo ta wpadała jej w ręce bezbronna jak nigdy. Pozostawało tylko pomyśleć o takim wytłumaczeniu postępującej dominacji, które spotkałoby się z akceptacją rządów, a nade wszystko prasy i opinii publicznej krajów koalicji antyhitlerowskiej, do której Polska, bądź co bądź, ciągle należała. Dlatego – antycypując niejako postanowienia konferencji jałtańskiej (luty 1945) i poczdamskiej (lipiec-sierpień 1945) – think tanki Kremla (a może sam Stalin?) wymyśliły strategię, opartą na genialnym manewrze, oddania władzy w „wyzwalanej” Polsce jej żydowskim obywatelom (a także własnym tego pochodzenia i rdzennym Rosjanom), którzy przeżyli zagładę, ewakuując się w 1941 roku w ślad za armią radziecką w głąb Rosji.
Przez tereny II Rzeczypospolitej przetaczały się jeszcze największe armie świata, a już w ślad za nimi rozpoczynał się pierwszy akt oszukańczej inscenizacji moskiewskiej megaprodukcji odgrywanej według dokładnie przemyślanego i precyzyjnie realizowanego scenariusza.
(Kliknij na tytuł i czytaj dalej…)

Praying Woman

„Imperium obłudy” (fragment)

Niedzielny ranek w El Paradiso był prawdziwie odświętny. Lekki wiaterek rozwiał mgłę i słońce przygrzewało akurat na tyle, aby zachęcić rozespanych ludzi do życia. Pachniały kwiaty otrząsające się z kropel rosy, a ptaki ,,głosiły chwałę Pana” radośniej niż zwykle. George O`Connor obejmował zachwyconym spojrzeniem twarz Beatrice siedzącej po drugiej stronie stolika zastawionego śniadaniem. Odwzajemniła spojrzenie uśmiechem.
– Mamy tu kościół, może chcesz być dzisiaj bliżej Boga? – spytała.
– Bóg jest wszędzie, gdzie pięknie – oświadczył pisarz. – Nie ma tam zbyt wielu ludzi. W twoim towarzystwie także odczuwam jego obecność…
Na twarzy dziewczyny odmalowało się zakłopotanie.
– …ale oczywiście chętnie pójdę z tobą – dodał pośpiesznie George.
– Trzeba chodzić do kościoła – stwierdziła Beatrice. – Jeżeli chcesz iść ze mną, to zróbmy to zaraz po śniadaniu. Będzie El Padre.

(Kliknij na tytuł i czytaj dalej…)

prezes-czerwinski-w-dybach

Zbigniew Czerwiński

W czasie trwania tegorocznych Warszawskich Targów Książki rozmawiam „na koronie” Stadionu Narodowego ze Zbigniewem Czerwińskim – prezesem wydawnictw Bellona i Świat Książki oraz szefem rady nadzorczej spółki „Targi Książki”

To człowiek-dynamit. Obdarzony niesamowitą energią działania, a zwłaszcza zmysłem organizacji. Przejął jedno z wydawnictw, kiedy na skutek błędnych posunięć poprzedniego kierownictwa, było na skraju bankructwa. Nie myśli jednak o sobie jako o mężu opatrznościowym polskiego edytorstwa i – kiedy trzeba – potrafi okazać wiele ujmującego i dowcipnego dystansu do samego siebie. Nie znosi atmosfery koturnu, zwłaszcza tam gdzie ocieramy się o bardzo przyziemne sprawy, jak polityka czy tzw. wyścig szczurów. Określa się jako buntownik, który bez oglądania się na stosunki i układy proponuje i wdraża skuteczne metody zarządzania i polityki przedsiębiorstw. Cieszy się z sukcesu, jakim okazało się przejęcie Targów Książki od Ars Polony, a następnie zlokalizowanie ich na Stadionie Narodowym.
– Tyle tu miejsca – mówi.
– Ale czy akustyka stadionu piłkarskiego, te potężne nagłośnienia i echa rozchodzące się z różnych stron, spotęgowane wrzaski, nie mówiąc już o paraliżującej – moje przynajmniej wrażenia słuchowe – muzyce bitowej, sprzyjają sztuce, którą jest z pewnością literatura? Może potencjalny czytelnik chciałby zaszyć się gdzieś w ciszy i posmakować treść książki?
– Może, ale z drugiej strony przychodzi tu mnóstwo młodych ludzi, chcemy ich przyciągnąć, a oni przywykli do wrzawy i tak naprawdę nie wiemy, czego słuchają, czytając nawet poważną literaturę.

Pan Zbigniew to także historyk akademicki. Chyba jedyny cywil, który po zatrudnieniu się w przedsiębiorstwie państwowym wystąpił o przyjęcie do armii. Było to posunięcie taktyczne, bo jako oficera WP lepiej tolerowali go pułkownicy niemrawo zarządzający MON-owską Belloną. W obu kierowanych przez siebie wydawnictwach, oprócz prężnego zarządzania niekierowanego na finansowe zyski, poświęca wiele uwagi współpracy z tymi, z których praktycznie – zważywszy na specyfikę edytorstwa jako takiego – owe przedsiębiorstwa żyją i na których zarabiają.

(Kliknij na tytuł i czytaj dalej…)

swiderek

Dorota Świderek

Podczas Warszawskich Targów Książki rozmawiam z p. Dorotą Świderek – prezes Oficyny Wydawniczej RYTM. Niewielkie stoisko usytuowane w doskonałym miejscu, niedaleko wejścia na główny krąg targowy, jest oblężone przez tłum czytelników wyrywających sobie dosłownie z rąk egzemplarze mało dotychczas znanych prac Dołęgi-Mostowicza, jedyną w swoim rodzaju opowieść o Rozalii Lubomirskiej, Polce zgilotynowanej w czasie rewolucji francuskiej oraz inne tytuły wydane w tym roku przez wydawnictwo. Pani Dorota powitała z ulgą moje punktualne przyjście na umówione spotkanie i zaprosiła „na koronę” Stadionu Narodowego, jedyne miejsce podczas tegorocznych targów, w którym można było posiedzieć tête-à-tête, na widoku wszakże, bo jakkolwiek owych wmontowanych rzędami fotelików jest tam dziesiątki tysięcy, to jednak dzięki rozproszeniu pośród nich nie za dużej liczby odpoczywających gości oraz konferującego personelu targów, można było uzyskać tam jaką taką prywatność.

Rozmawialiśmy wpierw o Władysławie Kopalińskim, którego opasłe dzieło Słownik mitów i tradycji kultury towarzyszy mi w mojej literackiej pracy od kilku dekad. Ileż to razy ta świetna książka ratowała mnie od kompromitacji, kiedy chcąc odwołać się do znanego mi wydarzenia z przeszłości Europy, nie byłem pewien, czy dobrze zapamiętałem jego znaczenie. Okazało się, że Rytm opublikował 11 z 14 napisanych dzieł tego erudyty w jednej serii. I od razu jakoś tak wyszło, że zaczęliśmy rozmawiać o ulubionych książkach jak dwoje dobrych znajomych. Pamiętacie, jak się kiedyś rozmawiało z kimś, kto wie, co czytać i pochłania literaturę jak wyborne dania serwowane na różne okazje? Przecież te wszystkie cudowne serie wydawnicze były wtedy jak odwiedziny innego świata, do którego przez kuratelę Moskwy nie mieliśmy na żywo dostępu, kiedy nie było jeszcze w Polsce Internetu, a reżimowa TVP dawała ci głównie to, co służyło propagandzie?

– Zaczęłam czytać w wieku 4 lat – mówi pani Dorota.
– A co to była za lektura? – Pytam.
– Lokomotywa Tuwima, ale zaraz potem Chata wuja Toma.
– U mnie było podobnie, tylko że rozczytałem się chyba na lekturze Ogniem i mieczem. Ale wie pani co? Mój czterdziestoletni siostrzeniec twierdzi, że to trudna powieść, bo jest w niej wiele wątków, na których trzeba skupiać uwagę.
– Takie opinie i takie rozeznanie w literaturze jest niestety dość powszechne… Z jednej strony Internet sugerujący łatwe odpowiedzi, a z drugiej – przytłaczający indywidualność walec komercjalizacji.

(Kliknij na tytuł i czytaj dalej…)

Older Posts››