/> Sofisteria – Tradycja – The Tradition
Go to ...

Tradycja - The Tradition

Pismo - Forum światopoglądowe

Sofisteria


Niemal dwa wieki temu Artur Schopenhauer napisał krótki poradnik dla tych, którzy chcieliby wygrywać dyskusje pomimo tego, że nie mają racji. Na licznych przykładach pokazał w przekonujący sposób, że akceptacja bądź odrzucenie wielu opinii bardzo często nie ma nic wspólnego z ich prawdziwością, a więc zgodnością z faktami. Najważniejszą rolę odgrywa tu forma, czyli pewien sposób podania informacji i wszelkie czynności temu towarzyszące, a wiec cała obrzędowość dialektyczna, jak to nazywa, za pomocą której nie tylko można skłonić słuchaczy do zaakceptowania dowolnej bzdury, ale również sprawić, aby głosili ją niczym prawdę objawioną. Oczywiście uwagi Schopenhauera nie są specjalnie odkrywcze, albowiem na istotną rolę manipulacji w kształtowaniu poglądów zwrócili już uwagę starożytni sofiści, a po nich tacy myśliciele, jak choćby Machiavelli, Hobbes czy Hume. Trudno jednak znaleźć kogoś, kto byłby na tyle brutalny i cyniczny, aby, z jednej strony, uznać, że duża część powszechnie akceptowanych twierdzeń to zwykłe nonsensy, do których przekonano ludzi za pomocą rozmaitych sprytnych sztuczek, z drugiej zaś, sporządzić krótką charakterystykę takich właśnie sztuczek na użytek nieuczciwych dyskutantów. Zapewne można potraktować ten projekt Schopenhauera jako efekt jego anegdotycznej już mizantropii, jawnie antydemokratycznej postawy i chęć załatwienia własnych porachunków z Heglem, którego pisarstwo uznawał za „lekarstwo trzymane w aptekach jako psychiczny środek wymiotny”[1]. Niezależnie od przyczyn, które kierowały gdańskim filozofem, jego zasługą jest to, że udało mu się przedstawić interesującą i wartościową systematykę, obejmującą niemal czterdzieści różnych sposobów nieuczciwego, ale za to skutecznego przekonywania innych do swoich racji. Co ważne, pokazał on, że sposoby te stosować można zarówno w bezpośredniej dyskusji, wykorzystując dodatkowo bogaty repertuar gestów, min i westchnień, jak też w sposób pośredni, a więc docierając do słuchaczy za pośrednictwem prasy czy książek. Dlatego też z erystycznych wzorców Schopenhauera korzystają – świadomie bądź nie – nie tylko politycy, ale również dziennikarze, naukowcy i wszyscy ci, którzy z jakichś względów zamiast myśleć tak, jak wszyscy, wolą, aby wszyscy myśleli tak, jak oni.

Na ile aktualne są zawarte w Erystyce rady? Na pierwszy rzut oka widać, że wiele z zaproponowanych sztuczek nie daje się dziś zastosować, choćby z uwagi na zbyt niski poziom wykształcenia. Czy moglibyśmy zwieść dziś kogoś za pomocą błędnie zacytowanego fragmentu Iliady albo jednej z mów Cycerona? Mało prawdopodobne, choć być może sam schemat dałoby się wykorzystać, wmawiając komuś, że jakaś z ikon popkultury tak a nie inaczej zapatruje się na dyskutowaną kwestię. Jednak biorąc pod uwagę bogactwo środków zaproponowanych przez Schopenhauera, a następnie spoglądając na możliwość użycia ich w dzisiejszych czasach, można dojść do niewesołych konstatacji. Przede wszystkim nietrudno dostrzec, że mimo dobrodziejstwa przymusowej edukacji, głupota jest tak samo powszechna, jak kiedyś, a przy tym jej dolny poziom znacznie się obniżył, czego dowodem jest choćby to, że dialektyczne narzędzia uznawane przez autora Erystyki za prymitywne, niczym cepy, dziś używane są w dyskusjach z intelektualistami, natomiast misterne sztuczki erystyczne obmyślone na użytek ludzi wykształconych obecnie w ogóle nie znajdują zastosowania. Gdyby zapytać o przyczyny takiego stanu rzeczy kogoś równie zgryźliwego i sarkastycznego jak sam Schopenhauer, zapewne usłyszelibyśmy, że winna temu jest dokonująca się w naszych społeczeństwach demokratyzacja, która już dawno przekroczyła sferę polityczną i wdarła się również w inne sfery życia, w których dotąd rządziła hierarchia. Być może da się znaleźć jakieś dodatnie strony tego zjawiska, trudno jednak ukryć fakt, że ta powszechna egalitaryzacja ma nieco prokrustowy charakter, to znaczy, że w efekcie owego „równania” – polegającego zwykle na „równaniu” w dół – powstaje społeczeństwo ludzi identycznych, łatwo zastępowalnych, a przy tym często niezdolnych do samodzielnego życia, dla których państwo opiekuńcze nie jest atrakcyjną możliwością, lecz smutną koniecznością. Za tą demokratyzacją, egalitaryzacją i opiekuńczym paternalizmem idzie zaś, jako ich naturalna konsekwencja, demagogia i populizm docierające wszędzie tam, gdzie usiłuje się realizować demokratyczne ideały. Oprócz zwykłej demagogii politycznej, mamy więc dziś do czynienia coraz częściej z demagogią artystyczną a nawet naukową, prawda bowiem, coraz częściej, traktowana jest jako wynik powszechnej zgody czy wręcz coś, co ustala się w drodze głosowania.

Aby wszakże demagogia była skuteczna, potrzeba pewnych narzędzi urabiania opinii.  Nie są one, jak wspomniałem, tak wyrafinowane, jak w czasach Schopenhauera, jednak obejmują swoim zasięgiem dużo szersze sfery, różniąc się od dziewiętnastowiecznych erystycznych trików w taki sam sposób, w jaki współczesna broń masowego rażenia różni się od sztucerów i szpad. I tu również dostrzegamy wpływ postępującej demokratyzacji: dopóki wojny toczone były przez nieliczne zawodowe armie, ginęło w nich stosunkowo niewielu cywili, jednak od czasów dwudziestowiecznej demokratyzacji wojny, szansę na to, aby polec, mają wszyscy. Deklaracja powszechnych praw człowieka oprócz prawa do szczęśliwego życia obejmuje również prawo do bezsensownej śmierci. To samo zjawisko można dostrzec w ramach dyskusji, będących ostatecznie pewnym rodzajem walk. Dopóki spory o kwestie zasadnicze rozgrywały się w gronie profesorów, ewentualne głupstwa wygadywali tylko oni, pozostała część ludzkości była zaś od nich wolna, ufając ignoranckiemu, ale skutecznemu zdrowemu rozsądkowi. Demokratyzacja całą tę sytuację zmieniła. Odtąd prawo do wygadywania uczonych głupstw przysługuje każdemu, bez względu na wiek, płeć i pochodzenie klasowe.

Jak widać, chociaż sofisteria towarzyszy ludzkości od początku dziejów, to jednak dopiero tam, gdzie zaczyna liczyć się głos mas, przybiera ona powszechną i często prostacką formę, dostosowaną do przeciętnego, masowego odbiorcy. A tacy, niezależnie od pozornej elitarności pewnych dziedzin, stanowią większość nie tylko w polityce, ale również w nauce czy sztuce. Można to akceptować, można z tym walczyć, jest to jednak faktem, który zasługuje na uwagę i – jako zjawisko w dużej mierze decydujące o charakterze naszej kultury – przynajmniej wstępną analizę. Niewątpliwie sposoby nieuczciwego przekonywania do swoich racji, pomimo szerszego zastosowania, są dziś dużo prostsze niż Schopenhauerowskie sztuczki, jednak warto im się przyjrzeć i zastanowić nad tym, czy wraz z postępem technicznym istnieje przynajmniej minimalny postęp w demagogii, czy też pod tym względem ludzkość stacza się po równi pochyłej. Proponuję zatem, w ramach skromnego uzupełnienia i uaktualnienia Schopenhauerowskiej systematyzacji, omówić kilka współczesnych chwytów erystycznych, którymi na co dzień raczą nas zarówno polityczni, jak i naukowi demagodzy.

Rozmywanie znaczeń

Warto na początku zaznaczyć, że wiele z omówionych tu sposobów tak głęboko wniknęło we współczesną kulturę, że zarówno stosujący je, jak i ci, wobec których są one stosowane, często nie zdają sobie z tego sprawy. Wiele osób, w przekonaniu o własnej uczciwości intelektualnej, stale używa rozmaitych erystycznych chwytów, a na zwrócenie uwagi reaguje nerwowo i agresywnie. Również ci, wobec których stosuje się demagogię, na prośbę o spokojne uzasadnienie własnych przekonań często odpowiadają gwałtownym wzruszeniem ramion, mającym sugerować, że ktoś, kto takiego uzasadnienia wymaga musi być niespełna rozumu. Wynika to między innymi z pewnej ignorancji oraz niedbalstwa w myśleniu i mówieniu, czego skutkiem jest rozluźnianie związków między słowami i rzeczami, a więc doprowadzanie do sytuacji, którą Zbigniew Herbert określił mianem „zapaści semantycznej”. Sytuacja ta, z punktu widzenia demagogii i erystyki jest niezwykle korzystna, nic więc dziwnego, że dąży się do jej utrwalania i pogłębiania.

Jeden z najbardziej powszechnych chwytów, oparty na zerwaniu tradycyjnych relacji między słowami i rzeczami, polega na umiejętnym wykorzystaniu tego, że pewne terminy posiadające dotąd funkcję informatywną, a więc służące do opisu zjawisk, zaczynają funkcjonować jako określenia wartościujące (przy czym mogą one, zależnie od kontekstu, pełnić jedną bądź drugą funkcję lub też w ogóle stracić swój charakter informatywny, czy też asertywny, stwierdzający, poznawczy)[2]. Aby pokazać, o co chodzi, weźmy proste słówko „pies”. W pewnych warunkach pełni ono funkcję czysto opisową i aksjologicznie neutralną. Zdania: „na ulicy kręcą się dwa psy” czy: „pies merda ogonem” nie zawierają jakichś intuicji dotyczących naszego stosunku do owych psów czy też ich oceny. Jednak zwrócenie się do kogoś „ty psie” albo stwierdzenie: „zachowuje się jak pies” niesie za sobą oczywisty przekaz dotyczący oceny danej osoby, naszego o niej mniemania i sugerujący równocześnie rozmówcy pewne postawy. Biorąc zatem pod uwagę rozmaity charakter, jaki słówko to pełni (również będąc slangowym określeniem policji), stwierdzenie: „dwa psy przyszły pod dom” może być rozumiane w bardzo różny sposób, a użycie w argumentacji określenia „pies” w stosunku do kogoś może automatycznie wywołać u słuchaczy negatywne doń nastawienie (choćby naszym celem była jedynie obiektywna charakterystyka). Krótko mówiąc, termin typowo opisowy może – w wyniku pewnych okoliczności – zacząć pełnić zupełnie nieopisową funkcję.

Przykład, który podałem, jest bardzo elementarny, warto jednak zauważyć, że nasz język pełen jest określeń, które z uwagi na swoją podwójną funkcję, bądź też całkowite wyeliminowanie funkcji poznawczej, stosowane są (często nawet nieintencjonalnie) w celu nieuczciwego przekonania do swoich racji. Jako przykład weźmy tu, nader często pojawiające się w trakcie dyskusji politycznych czy społecznych, słowo „faszyzm”, które – jak zobaczymy – zupełnie zatraciło swój informatywny charakter i stało się doskonałym środkiem do nieuczciwego rozgrywania sporów. Z codziennego doświadczenia wiemy, że pewne zjawiska czy zachowania określane są czasem jako „faszystowskie”, że uważa się niektórych ludzi za „faszystów”, dostrzega się „faszystowskie” tendencje w czyjejś działalności, walczy się z „faszyzmem”, tworzy się „antyfaszystowskie” fronty i organizacje etc. Na podstawie takich wypowiedzi można by stwierdzić, że zjawisko faszyzmu jest dziś czymś powszechnym i spotykanym w różnych odcieniach i nasileniu. Kiedy jednak przyjrzymy się samemu terminowi „faszyzm” i kontekstom, w jakich się go stosuje, okaże się, iż słowo to ma wysoce niejasny charakter i nie służy do opisu, analizy czy klasyfikacji zjawisk, lecz przede wszystkim do wyrażania emocji, określania własnego stosunku do ludzi bądź idei i wywierania nacisku na postawy innych.

Zacznijmy od prostego uściślenia. Co oznacza słowo „faszyzm”, co jest jego desygnatem? Otóż, z historycznego punktu widzenia termin „faszyzm” odnosi się do pewnego ugrupowania politycznego powstałego we Włoszech w okresie międzywojennym i charakteryzującego się m.in. połączeniem socjalistycznego kolektywizmu, etatyzmu z nacjonalizmem i autorytaryzmem. Z systematycznego punktu widzenia natomiast słowo „faszyzm” mogłoby zostać sensownie użyte do określenia takich zjawisk politycznych czy kulturowych, które w jakiś sposób, pod względem formy czy treści nawiązywałyby do historycznego faszyzmu. Określanie kogoś mianem „faszysty” miałoby zatem, gdyby wypowiedź tą traktować literalnie, wskazywać na jakieś, mniejsze bądź większe, powinowactwo z ideami głoszonymi przez ruch Benito Mussoliniego. Brak takiego powinowactwa, zwłaszcza na poziomie idei, sugerowałby, że albo ktoś, kto używa tego słowa jest po prostu ignorantem i – nie znając jego znaczenia – zachowuje się jak ten, kto określa każde napotkane stworzenie mianem „psa”, albo że chodzi tu o inne niż informatywne użycie tego terminu. 

Jeśli z tej perspektywy przyjrzymy się dzisiejszej praktyce stosowania terminu „faszyzm”, okaże się, że niemal w każdym wypadku stosowany jest on błędnie: nazywa się np. faszystami niemieckich zwolenników Hitlera, mówi się o polskich rządach sanacyjnych jako o „faszystowskich”, co więcej, za faszystów uznaje się często liberalno-konserwatywnych przeciwników lewicowego kolektywizmu bądź socjalizmu. Ponieważ w ten sposób posługują się tym słowem osoby wykształcone, autorytety naukowe, artystyczne czy polityczne, argument o ignorancji nie jest tu specjalnie przekonujący i rodzi się podejrzenie, że mamy do czynienia z celową zmianą funkcji pełnionej przez to słowo, które obecnie służy jedynie do wyrażania pewnych emocji bądź ocen. Użycie pod czyimś adresem określenia „faszysta” charakteryzuje przede wszystkim osobę, która tego określenia używa. Wiemy od razu, że nie lubi ona tego kogoś, że jest mu wroga, pogardza nim, czy wręcz uznaje za zagrożenie dla ogółu, za wcielone zło etc. Termin „faszysta” pełni dziś mniej więcej taką rolę, jak niegdyś określenie „diabeł” i stał się po prostu synonimem „tego złego” nie potrzebującym dodatkowych wyjaśnień. Jeśli więc chcemy bardzo szybko przekonać rozmówcę o niesłuszności danych poglądów albo zniechęcić do wygłaszającej takie poglądy osoby, najlepiej od razu zakwalifikować je jako „faszystowskie” a osobę tą nazwać „faszystą”. Sprawiamy wówczas wrażenie, jakbyśmy nie tylko dokonali błyskotliwej i szybkiej systematyzacji czyjegoś stanowiska i momentalnie umieścili je na ideowej mapie, ale równocześnie w błyskawicznym tempie ocenili jego moralną wartość. Dla postronnego słuchacza, nie wnikającego w teoretyczne spory, wygląda to tak, jakbyśmy – wypowiadając się o kimś – stwierdzili: „to socjal-komunitariański-monarcho-liberał, co znaczy, że jego celem jest wymordować ludzkość”. Słuchacze mogą uznać to wystarczające i równocześnie głębokie merytorycznie uzasadnienie, w wyniku czego samą tę osobę uznają za „z oczywistych względów” złą i niemoralną, popieranie jej zaś na płaszczyźnie ideowej czy politycznej za naganne i po prostu głupie.

Nietrudno wskazać na historyczne przyczyny takiej sytuacji. Kiedy po fiasku sojuszu Stalina z Hitlerem sowieccy ideolodzy szukali dobrego określenia dla nowego wroga, nie mogli, rzecz jasna, mówić o nim tak, jak sam siebie nazywał, a więc mówić o „narodowych socjalistach”, zrzeszonych na dodatek w partii, która nosi miano „robotniczej”. Wojna socjalistów z socjalistami nijak nie mieściła się w ramach marksistowskiej ideologii i nawet „logika” dialektyczna, za pomocą której nietrudno było uzasadniać rozmaite nonsensy, okazałaby się w tym miejscu niewystarczająca. Władze sowieckie uznały zatem, że skutecznym rozwiązaniem będzie zmiana metki przyszywanej hitlerowskim Niemcom i nazwanie ich „faszystami”, w wyniku czego sama wojna stanie się po prostu wojną z „faszyzmem” (choć w istocie z prawdziwymi faszystami sowieckie oddziały ani raz nie miały okazji się spotkać). Ponieważ opowiedzenie się sowietów po stronie aliantów zostało z radością przywitane przez wielu zachodnich zwolenników komunizmu, określonych kiedyś przez Lenina mianem „pożytecznych idiotów”, stosowanie terminu „faszyzm” na określenie narodowego socjalizmu zaczęło się upowszechniać. Przy tym, skoro faszyści byli wrogami komunistów, a więc lewicowców, zaczęto uznawać, że w takim razie muszą być prawicowcami. Ponieważ zaś prawica była zwykle antykomunistyczna i – jako liberalna – antysocjalistyczna, zaczęto faszyzmem nazywać każdy niekomunistyczny czy niesocjalistyczny pogląd (sowieci zresztą używali od pewnego czasu terminu „faszyzm” zamiennie z „imperializm”, co od razu podchwycili ich zachodni wyznawcy). W ten sposób w głowach zarówno mas, jak i dużej części ich duchowych przewodników, utrwalił się prosty schemat: nazizm=faszyzm=prawica=antykomunizm. I tak zostało do dzisiaj[3].

Dlatego też nikt już właściwie nie przywiązuje specjalnej wagi do poprawności używania terminu „faszyzm” w znaczeniu opisowym: jest on jedynie środkiem w ramach jednego ze sposobów obrony swoich bardzo dyskusyjnych racji poprzez odwołanie się do emocji słuchaczy. Dochodzi czasem nawet do tego że jedynym uzasadnieniem pewnych poglądów jest to, że są „antyfaszystowskie”. W rezultacie wielu ludzi naiwnie popierających rozmaite „antyfaszystowskie” akcje i domagające się radykalnej walki z „faszystowskim” zagrożeniem (którego istnienie jest współczesnym odpowiednikiem apokaliptycznych plag, podobnie jak globalne ocieplenie i przeludnienie), popiera tym samym poglądy, których – gdyby przedstawiono im je wprost – nigdy by nie zaakceptowali. Ostatecznie stalinizm i cały sowiecki komunizm również od pewnego momentu miały charakter „antyfaszystowski”, jednak nikt przy zdrowych zmysłach nie uzna tego za wystarczający powód do tego, aby im sprzyjać.

Takich terminów, których funkcja informatywna i poznawcza została uzupełniona albo niemal całkowicie zastąpiona przez funkcję ekspresywną czy impresywną – a więc służącą do wyrażania uczuć bądź wywoływania u słuchaczy odpowiednich uczuć – można wskazać wiele. Obfituje w nie zwłaszcza język służący do opisu zjawisk politycznych, gdzie pozorna argumentacja na rzecz często szkodliwych i nonsensownych poglądów opiera się na wykorzystaniu emocjonalnego zabarwienia niektórych słów. Przykładem może być tu termin „demokracja”, który – podobnie jak omówiony wcześniej „faszyzm” – już dawno nie służy do opisywania zjawisk, lecz jedynie do odpowiedniego „nastawiania” do nich słuchaczy. Literalnie rzecz biorąc, „demokracja” oznacza pewną formę ustrojową charakteryzującą się tym, że rządzi lud, a więc, zależnie od rozumienia, całe społeczeństwo, cały naród, wszyscy mieszkańcy kraju etc. Gdyby zapytać, jak ów lud rządzi, można by odpowiedzieć, że rządzi podejmując decyzje większością głosów. Chcąc więc stosować w miarę poprawnie termin „demokracja”, należy być w zgodzie przynajmniej z tym ogólnym rozumieniem i wynikającymi z tego konsekwencjami. Jednak dziś, kiedy ktoś mówi o „zagrożeniu dla demokracji”, „obronie demokracji” czy krytykuje kogoś bądź chwali za jego wierność lub zaprzeczanie „demokratycznym procedurom”, zazwyczaj jedynie chce wyrazić swój emocjonalny stosunku i przekonać słuchaczy, bez odwoływania się do jakichkolwiek rzeczowych argumentów, o zasadności tego stosunku. Albowiem, tak jak „faszystowski” oznacza po prostu „zły”, tak „demokratyczny” oznacza „dobry” i nie ma tu nic do rzeczy, czy określane w ten sposób zjawisko lub osoba rzeczywiście ma coś wspólnego z historycznie bądź systematycznie rozumianą demokracją[4]. Dlatego też można np. mówić, że ograniczenie praw jakiejś mniejszości do przemarszu ulicami miasta ma charakter „niedemokratyczny”, choćby dokonywała tego władza wybrana większością głosów; można uznać, że wysokie progresywne opodatkowanie ma charakter „demokratyczny”, choć stojąca u podstaw demokracji idea równości sugerowałaby, że najsprawiedliwszym podatkiem byłby podatek pogłówny etc. To, czy dane zjawiska są faktycznie demokratyczne bądź niedemokratyczne nie ma żadnego znaczenia: chodzi tylko o wywołanie u odbiorców wrażenia, że się stoi po właściwej stronie i sprawienie, aby oni też tam stanęli. Większość odbiorców bowiem, z uwagi na to, że termin „demokratyczny” nabrał w naszej kulturze jednoznacznie pozytywnego wydźwięku, uznaje bez dalszych dociekań, że ktoś, kto reprezentuje stanowisko „demokratyczne” i broni demokracji, z pewnością musi mieć rację. Tak więc, oprócz mylnego i wprowadzającego w błąd używania terminu demokracja – ostatecznie w demokracji taka demagogia nie jest niczym dziwnym – istnieje również tendencja do przesadnego uwznioślania demokracji, do demolatrii, a wiec swego rodzaju demokratycznego kultu. Tymczasem jest bardzo prawdopodobne, że, tak jak w wypadku opartego na naiwności i braku rozeznania poparcia antyfaszyzmu, tak też bezwarunkowe opowiadanie się za demokracją wynika przede wszystkim z niedbałości i ulegania dość prostym, ale skutecznym sposobom erystycznej manipulacji. Zapewne, gdyby zapytać zwykłych zwolenników demokracji, czy zgodziliby się na to, aby o tym, czy coś jest bądź nie jest chorobą, decydować większością głosów, co więcej, gdyby zapytać ich, czy głos sutenera i pasera powinien liczyć się tak samo, jak głos porządnego obywatela, w obu wypadkach odpowiedzieliby przecząco. To wszakże wskazuje jedynie na fakt, że możliwość zastosowania środków erystycznych wymaga pewnego przyzwolenia drugiej strony. Jeśli dajemy się przekonać do wysoce dyskusyjnych poglądów za pomocą tak prymitywnych sposobów jak przedstawione tu manipulacje dokonywane na pojęciach, wynika to albo z naszej ignorancji, albo lekceważenia i niedbalstwa.

Kultura chrzanienia

Można wskazać wiele pojęć, które – w ramach dyskusji dotyczących kwestii politycznych czy ogólnie kulturowych – tracą swoją poznawczą i opisową funkcję, służąc jedynie do wyrażania emocji, wartościowania i uzasadnienia rozmaitych, czasem nonsensownych, a czasem groźnych opinii. Oprócz „faszyzmu” i „demokracji” można by przywołać tu takie słowa, jak „tolerancja”, „dyskryminacja”, „represja” czy „sprawiedliwość” (rozumiana jako „społeczna”). Istotą takiego działania jest oderwanie terminu od tego, co pierwotnie oznaczał i stosowanie go w sposób całkowicie dowolny, nie zważając, jak się to ma do sfery faktów. Tego rodzaju działanie stanowi element szerszej praktyki, którą za Harry G. Frankfurtem można określić potocznym terminem bullshit oznaczającym „chrzanienie”, „pieprzenie”, rozpowszechnianie „g…o prawdy”[5]. Frankfurt, zastanawiając się nad tym, czym owo „chrzanienie” różni się od typowego kłamstwa (a więc wypowiadania sądów niezgodnych z rzeczywistością w celu oszukania rozmówcy), blefowania czy humbugu, doszedł do wniosku, że jego istotą jest całkowity brak troski o prawdziwość tego, co się mówi. Nie chodzi tu więc o intencjonalne mylenie rozmówcy, lecz traktowanie wypowiadanych opinii o pewnych przedmiotach, zjawiskach czy ludziach nie jako próby ich opisu, charakterystyki, lecz jedynie jako środka do uzyskania określonego celu. Może chodzić o cel polityczny, np. zjednanie sobie zwolenników bądź pognębienie przeciwnika, ale może też być to chęć zwrócenia na siebie uwagi, próba przedstawienia się w pozytywnym świetle, chęć podniesienia własnego statusu bądź też dezawuowanie innych. Istotne jest to, że słowa, pozornie dotyczące pewnych stanów rzeczy, są tu użyte zupełnie bez związku z nimi, jedynie z uwagi na swój emocjonalny bądź wartościujący ładunek, który pozwala uzyskać takie bądź inne nastawienie słuchaczy.

Jako typowy przykład bullshitu można by przytoczyć wspomniane wcześniej opinie dotyczące zagrożenia faszyzmem bądź konieczności obrony demokracji. Gdyby traktować je poważnie, należałoby wnioskować z nich, że, z jednej strony, grozi nam przejęcie władzy przez partie czy ugrupowania związane w jakiś sposób w ideami Mussoliniego, z drugiej zaś, że istnieje groźba podważenia zasady powszechności wyborów bądź zasady mówiącej, że wygrywa to ugrupowanie, które zdobędzie większość głosów. Czy np. we współczesnej Polsce, w której tego rodzaju ostrzeżenia co jakiś czas słychać, istnieje takie zagrożenie? Fakty mówią, że nie. Czy zatem ci, którzy tak twierdzą, chcą nas okłamać? Również nie. Po prostu nie przykładają wagi do słów i pragnąc uzyskać pewien efekt – jak choćby nasze zaniepokojenie czy zwrócenie na siebie uwagi – po prostu „chrzanią”. Tak samo można potraktować opinie głoszące np., że Polska pod rządami prawicy stała się krajem bardziej totalitarnym niż PRL za czasów Gomułki bądź nawet stalinowska Rosja. Gdyby chodziło o twierdzenia o faktach, sugerowałoby to, że w naszym kraju więzi się ludzi za ich poglądy, zakazuje wyjazdu za granicę, zabija bez sądu i wyraźnego powodu, że nie istnieje prywatna własność, że państwo ma monopol na wolność słowa etc. Oczywiście nic takiego się nie dzieje, a rozmaite opinie mówiące np. o zagrożeniu wolności słowa są nieustannie powtarzane we wszystkich mediach i nikt nie dostrzega tu żadnej sprzeczności. Co więcej, istnieje wiele osób, które jest w stanie uwierzyć w takie stwierdzenia, nawet nie widząc potrzeby ich weryfikacji przez odniesienie do tego, czego sami na co dzień doświadczają. Wynika to stąd, że tak przywykli do „chrzanienia”, że sami uznają, iż brak związku słów z faktami nie ma żadnego znaczenia. W takiej sytuacji stosowanie manipulacji nie wymaga specjalnych nakładów sił: skoro istnieje popyt i przyzwolenie na „chrzanienie”, jego wytwarzanie nie napotyka na żadne ograniczenia.

Gdyby uważnie przyjrzeć się otaczającym nas ze wszystkich stron komunikatom i wypowiedziom, okazałoby się, że spora cześć z nich to nic innego, jak tylko pospolite „chrzanienie” pozostające w luźnym związku z rzeczywistością. Niemal cały tzw. dyskurs ekologiczny jest po prostu potokiem bullshitu wypowiadanym w celu wywołania u ludzi pewnego lęku, poczucia zaniepokojenia i przekonania ich do rozmaitych, mniej lub bardziej nonsensownych postulatów. Nikt już poważnie nie zastanawia się nad tym, czy istnieje rzeczywiście jakiś związek między stosowaniem dezodorantów a globalnymi zmianami klimatycznymi, nikt również nie zastanawia się nad nonsensownym – z punktu widzenia prawa Archimedesa – twierdzeniem, że topnienie pływających po oceanach gór lodowych przyczynia się do podniesienia poziomu mórz. Wszyscy na tyle przywykli do tego rodzaju „chrzanienia”, że uznali je za pełnoprawny środek komunikacji. Zarówno jego nadawcy, jak i odbiorcy jako zupełnie normalne traktują to, że ich wypowiedzi mają nadzwyczaj luźny związek ze sferą faktów. Co więcej, mało kto uważa, że związek taki powinien istnieć. Nikt wiec nie przedstawia żadnych racjonalnych czy empirycznych dowodów nie tylko dlatego, że nie jest ich w stanie przedstawić, ale dlatego, że po prostu nikt już ich nie wymaga. Zaczęliśmy naprawdę wierzyć w to, że zamiana żarówek na energooszczędne opóźni ocieplanie się ziemskiego klimatu, że używanie wolnych od freonu dezodorantów ma jakikolwiek wpływ na nasze losy. Gdyby spojrzeć na to z dalszej perspektywy, być może dostrzeglibyśmy typowe zachowania magiczne w rodzaju spluwania przez lewe ramię albo rzucania uroków, różniące się od klasycznych zabobonów jedynie tym, że podparto je niby-naukowymi argumentami. Nie powinniśmy jednak zapominać, że dowody na istnienie czarownic i strzyg również miały kiedyś naukowe uzasadnienie.

W każdym razie „chrzanienie” jako sposób przekonania słuchaczy do swoich, czasem zupełnie nonsensownych, poglądów jest czymś powszechnym. Stosują je z powodzeniem politycy, co akurat w ich wypadku nie jest niczym dziwnym, ale również dziennikarze, uczeni bądź pseudouczeni, artyści i zwykli ludzie, którzy w ten sposób załatwiają najzwyklejsze interesy. Bullshit znajdujemy zarówno w przemówieniach sejmowych, jak i w publicystyce, artykułach naukowych, katalogach wystaw, recenzjach książek, diagnozach i prognozach specjalistów od geopolityki. Solidna porcja „chrzanienia”, wypowiedziana w sposób bezczelny i pewnym siebie tonem, jest w stanie na tyle otumanić i zdezorientować rozmówcę, że zgadza się on na wszystko choćby dla świętego spokoju. Dlatego też nie byłoby przesadą twierdzenie, że nasza kultura w dużej mierze jest kulturą „chrzanienia”.

Ucieczka do autorytetów

 Innym, starym i skutecznym sposobem uzasadniania twierdzeń, jest oparcie argumentacji na jakimś autorytecie. „Wygramy łatwo – pisze Schopenhauer – mając po swojej stronie jakiś autorytet, który jest szanowany przez przeciwnika; dla niego zaś istnieje tym więcej ważnych autorytetów, im bardziej ograniczone są jego wiadomości”[6]. Autorytety, do których można się odwoływać są różnego rodzaju. Ojciec Józef Bocheński wyróżnił dwa podstawowe typy autorytetu: epistemiczny oraz deontyczny[7]. Pierwszy posiadać może ktoś, kto jest po prostu specjalistą w danej dziedzinie teoretycznej, w pewnej nauce, drugi wiąże się z umiejętnością właściwego postępowania, która niekoniecznie musi być oparta na szerokiej i wnikliwej wiedzy teoretycznej. Precyzyjne rozróżnienie między tymi typami autorytetów oraz świadomość tego, że w dziedzinach takich, jak moralność czy praktyczna polityka nie ma uzasadnionych autorytetów epistemicznych, pozwala uniknąć wielu intelektualnych pułapek. Zazwyczaj jednak owe niuanse pomijane są zarówno przez tych, którzy korzystają z argumentacji opartej na autorytecie, jak też tych, którzy jej ulegają.

Najbardziej powszechnym sposobem korzystania z autorytetu jest argumentacja typu ad personam – w celu uzasadnienia własnego poglądu, odwołujemy się do pewnej powszechnie szanowanej jednostki, która również taki pogląd głosi. Jeśli ktoś np. nie jest w stanie podać sensownego argumentu przeciwko karze śmierci, może wówczas próbować ratować się powołaniem na autorytet, mówiąc np. „Przecież również papież jest przeciw karze śmierci”. I nie ma tu znaczenia fakt, że osoba ta może we wszystkich innych kwestiach mieć inne zdanie od papieża, że choć sprzeciwia się karze śmierci, to jest zarazem sodomitą, zwolennikiem dożywotniej aborcji i eutanazji od urodzenia. Ważne jest, że w danym momencie jest w stanie przywołać na uzasadnienie swojej opinii jakiś powszechnie uznany autorytet bądź choćby taki, który cieszy się uznaniem w grupie, do której przemawia. Z punktu widzenia poprawności dowodzenia argumenty oparte na autorytecie są jednymi z najsłabszych, jednak w praktyce okazują się bardzo skuteczne i działają nie tylko, jak się błędnie uważa, na tzw. prostych ludzi, ale również na ludzi wykształconych, u których powoływanie się na autorytety często skrywa zwykłe niedostatki w używaniu rozumu i pospolite kołtuństwo. Zwłaszcza współcześni tzw. intelektualiści, a więc osoby przekonane z różnych względów o swojej misyjnej funkcji w społeczeństwie, przyczyniają się do upowszechniania tej metody. Czynią to zresztą w dwojaki sposób: po pierwsze, uprawiając kult autorytetów i tępiąc wszelkie próby samodzielnego myślenia w ramach własnego towarzystwa czy kasty, po drugie, próbując tego rodzaju metody stosować na zewnątrz, wobec innych, zazwyczaj łącząc to z jakąś formą paternalizmu bądź środowiskowego ostracyzmu. Rolę autorytetów dla intelektualistów pełnią zazwyczaj artyści bądź uczeni (rzadziej politycy), których zazwyczaj obnosi się z namaszczeniem niczym Arkę Przymierza, mającą swymi promieniami oświecić tępy i skłonny do nadmiernego zaufania zdrowemu rozsądkowi lud. Przed autorytetami wypada padać na kolana, nie wypada z nimi dyskutować. To ostatnie zresztą traktowane jest jako pewnego rodzaju faux pas i świadectwo prymitywizmu, prowadzące często do wykluczenia z salonu.

Autorytety czczone przez intelektualistów mają jednak dość niewielką siłę przekonywania poza salonowymi koteriami, przede wszystkim właśnie z uwagi na swój, nazwijmy to, „klasowy” charakter. Obrona jakiejś opinii powołaniem się na to, że jakiś poeta czy reżyser również tak myśli, zazwyczaj nie jest traktowana poważnie przez ogół tzw. prostych ludzi, choć z pewnością trafia do dużej części parweniuszy i inteligentów z awansu społecznego, którzy w ten sposób mogą potwierdzić swoją więź z grupą, do uczestnictwa w której pretendują. Z pewnością takie zachowania są dość powszechne wraz z dokonującą się demokratyzacją życia, kiedy coraz więcej osób aspiruje do bycia „inteligencją”. W takiej sytuacji argumenty oparte na osobowym autorytecie okazują się dość skuteczne, pozwalając nawet na budowę pewnego zaplecza politycznego – czego przykładem mogła być w Polsce popularność środowiska Unii Wolności w sferach urzędniczych. W normalnych warunkach jednak tego rodzaju sztuczki erystyczne zazwyczaj nie są skuteczne, albowiem autorytety osobowe zwykle ustępują miejsca autorytetom opartym na bardziej trwałych (przynajmniej tak się wydaje) fundamentach.

Przykładem takiego pozornie trwałego autorytetu jest tzw. autorytet nauki. Jest on bardzo skuteczny z tego względu, że większość ludzi ma kiepskie pojęcie o aktualnym stanie nauk, sami zaś naukowcy, w wyniku specjalizacji, nie za bardzo wiedzą, co się dzieje w dziedzinach sąsiednich. Oczywiście autorytet nauki może być też stosowany w formie osobowej, a więc jako autorytet uczonego, którego dowolne opinie, zazwyczaj niezwiązane nawet z dziedziną, w której jest autorytetem, traktowane są jako objawienie (w tym wypadku mamy do czynienia z typowym „nadużyciem autorytetu” opisywanym przez wspomnianego już Bocheńskiego). Prościej jednak odwoływać się do bardziej abstrakcyjnie rozumianej „nauki” jako takiej, mniej więcej tak, jak robili to marksiści, powtarzając na każdym kroku, że wszelkie twierdzenia materializmu dialektycznego mają charakter tak bardzo naukowy, że bardziej naukowej nauki już być nie może. Oczywiście dziś wywody takie mogą brzmieć zabawnie, jednak wciąż spotykamy ludzi, uważających, że wystarczającym uzasadnieniem ich poglądów jest rzekoma zgodność ze „światopoglądem naukowym”, przy czym ten ostatni traktowany jest jako coś raz na zawsze ustalonego, niezmiennego i niepodlegąjącego wpływom dziejów. Co prawda, jeszcze nie tak dawno zgodne ze światopoglądem naukowym było twierdzenie, że myszy rodzą się ze starych szmat i kurzu, ale takimi drobiazgami jak ewolucja teorii naukowych nikt tu sobie głowy nie zaprząta.

Innym ciekawym typem argumentacji opartej na autorytecie jest powoływanie się na opinię ogółu. Jak powiada Schopenhauer: „Doprawdy nie ma tak absurdalnego poglądu, którego ludzie by nie przyjęli jako własny, o ile tylko potrafi im się wmówić, że pogląd ten został przyjęty przez ogół”[8]. Taki sposób dowodzenia swoich racji i obalania racji przeciwnych często połączony jest z pewną teatralną przesadą, wyrażającą się w klasycznym żachnięciu: „Jak możesz w ogóle tak myśleć? Przecież wszyscy wiedzą, że… Przecież cały świat wie, że ….”. Owe „wszyscy wiedzą” i „cały świat” odgrywają tu decydującą rolę i są pewnym sposobem wywarcia emocjonalnej presji. Pomimo deklarowanego indywidualizmu, w dzisiejszych demokratycznych czasach niewielu ludzi chciałoby być po stronie mniejszości, która na dodatek nie ma racji z tego choćby powodu, że właśnie jest mniejszością. Stąd też argumenty w rodzaju „co sobie o nas pomyśli świat?” tak łatwo są dziś formułowane i tak chętnie kupowane przez opinię publiczną. Lęk związany z tym, że będzie się myśleć inaczej niż ogół, jest zazwyczaj największy u tych, którzy z walki o prawo jednostki do odmienności uczynili swój sztandar. W polskich warunkach ten erystyczny chwyt, polegający na odwołaniu się do opinii ogółu, często przybiera formę tzw. brzozowszczyzny, która zawiera się w formule „Co też o nas pomyśli postępowa Europa?” W ten sposób można próbować uzasadniać każdy nonsens i jest to o tyle skuteczne, że część ludzi, nawet jeśli odrzuca typowe autorytety osobowe, nie jest w stanie oprzeć się przed tego rodzaju autorytetem zbiorowym. I nie chodzi tu nawet o to, że uznają takie argumenty za przekonujące, ale że w ogóle traktują je jako godne uwagi i rozpatrzenia. Skoro „Europa” coś postanowiła albo „Europa”, ustami członków parlamentu bądź jakiejś komisji, wygłosiła pewne mniej lub bardziej sensowne twierdzenie, to my, o ile od razu nie powinniśmy się ze wszystkim tym zgodzić, musimy chociaż wciąż to pod rozwagę. Wygląda na to, że gdyby „Europa” od jutra postanowiła nadać czynne i bierne prawo wyborcze kurom, znalazłaby się całkiem spora grupa intelektualistów, która uznałaby, że temat wart jest przynajmniej dyskusji.

Jak widać, uzasadnianie rozmaitych opinii w oparciu o autorytety jest łatwe, powszechne i skuteczne. Jeśli autorytet osobowy jest mało przekonujący, zawsze można odwołać się do autorytetu nauki albo poglądów jakiejś zbiorowości. W dzisiejszych czasach, z uwagi na tempo życia, przyrost wiedzy i  ograniczone możliwości ludzkiego intelektu rzecz jasna uciec się od takiej argumentacji nie da: byłoby nonsensem np. odrzucać autorytet podręcznika geografii i na własnej skórze przekonywać się, czy rzeczywiście Rów Mariański jest tak głęboki, jak uczą. Jednak zasada ograniczonego zaufania i zdrowy, czy też zdroworozsądkowy, sceptycyzm nie zaszkodzi, zwłaszcza kiedy autorytety przywoływane są w celu uzasadnienia zwykłego „chrzanienia”.

Nauki społeczne jako współczesne czarnoksięstwo[9]

Omówione sposoby uzasadniania swoich racji oparte na niemerytorycznych przesłankach i sztuczkach mogą być z powodzeniem stosowane we wszystkich dziedzinach, gdzie z uzasadnianiem takim w ogóle mamy do czynienia. Doskonale sprawdzają się w polityce, publicystyce, ale również w działalności naukowej, a dokładnie, w próbach przedstawiania własnej aktywności pisarskiej i oratorskiej oraz jej efektów jako czegoś, co różni się od zwykłych opinii wypowiadanych przez zwykłych ludzi, gdyż dokonywane jest w sposób metodyczny, ścisły, a więc naukowy – w szerokim znaczeniu tego słowa. O autorytecie, jaki ma nauka, już mówiłem: jest on tym większy, im większa jest ignorancja słuchacza i im mniej rozumie on z tego, co się do niego mówi. Szacunek jest tu odwrotnie proporcjonalny do zrozumiałości. Wiąże się to z wciąż istniejącym kultem tego, co hermetyczne, trudne do pojęcia, niedostępne zwykłemu zdroworozsądkowemu oglądowi. Nie tylko dla wielu ludzi odległych od istoty pracy naukowej niezrozumiałość jest synonimem naukowości: przekonanie takie często mają osoby aspirujące do miana uczonych, które z różnych względów nie są w stanie osiągnąć owej „uczoności” zwykłą droga, czy to z uwagi na brak talentu, niedostatki wiedzy czy też po prostu lenistwo. Wykorzystując więc to dość powszechne utożsamianie tego, co naukowe z tym, co niezrozumiałe – i odwrotnie – mogą one dojść do perfekcji w formułowaniu i rozpowszechnianiu rzekomo „naukowych” teorii i prezentowaniu się jako autorytet w kwestiach naukowych, pomimo tego, iż większość z twierdzeń, które głoszą sprowadza się do formuły trzech „B”: bełkot, banały i bzdury. Praktyka ta widoczna jest zwłaszcza w tych naukach, w których niejako z natury brak ścisłych narzędzi formułowania twierdzeń i ich weryfikacji, a takimi są nauki społeczne czy humanistyczne, rozwijające się bujnie w ostatnich latach i w wielu wypadkach przybierające formę świeckich religii, których twierdzenia traktowane są niczym objawione aksjomaty. Ten nadzwyczajny rozrost i popularność owych nauk ma wiele przyczyn, tutaj chciałbym jedynie zwrócić uwagę na dwie kwestie.

Po pierwsze, w wyniku demokratyzacji coraz więcej ludzi pragnie osiągnąć to, co dotąd mieli nieliczni. W wyniku rozmaitych zabiegów o charakterze interwencyjnym niektóre z tych pragnień da się zrealizować, niektóre zaś nie, albowiem oprócz materialnych ograniczeń, które można zrównoważyć bądź wyeliminować za pomocą redystrybucji, istnieją również uwarunkowania duchowe czy mentalne. Te ostatnie zaś ściśle wiążą się z możliwością realizacji pewnych intelektualnych aspiracji, które pojawiają się w ramach procesu demokratyzacji i czasem są równie silne, jak te związane z majątkiem. Problem w tym, że o ile majątek można rozdawać wszystkim po równo (choć z miernym skutkiem), o tyle rozumu, zdolności i talentu rozdawać się nie da. W tej sytuacji, skoro tak wielu chce być uczonymi, a tak niewielu się do tego nadaje z uwagi na to, że tzw. twarde i powszechnie szanowane nauki wymagają wyjątkowych predyspozycji, jedynym sposobem jest obniżenie poziomu i pozwolenie ludziom na to, by zajmując się rozmaitymi zbędnymi, lecz prostymi czynnościami intelektualnymi, trwali w przekonaniu, że zajmują się „prawdziwą” nauką. W ten sposób dochodzi do mnożenia się rozmaitych kierunków humanistycznych, zazwyczaj o charakterze interdyscyplinarnym, które stanowią eklektyczny zlepek informacji na poziomie internetowej wiedzy, rozpowszechnianych i przerabianych przez osoby, dla których jest to górną granicą intelektualnych możliwości. Informacyjny szum, jaki wytwarzają, nie tylko nie przynosi specjalnego pożytku, ale wręcz powoduje wielkie szkody z uwagi na wykorzystywanie nauk społecznych czy humanistycznych jako narzędzi w walce politycznej.

I w ten sposób docieramy do drugiej przyczyny rozplenienia się tych nauk. Zgodnie z twierdzeniem Marksa, filozofia nie ma na celu opisywać świata, lecz go zmieniać, a ponieważ, jak nietrudno pokazać, wszystkie owe interdyscyplinarne hybrydy stanowią pochodne klasycznych dyscyplin filozoficznych, wielu niespełnionych polityków postanawia wzorem Marksa uczynić z nich broń w walce ideologicznej. Tego rodzaju teorie, stanowiące dziś prawdziwą plagę i przyczyniające się do pogłębiania i tak już głębokiej ignorancji, pojawiają się bardzo często w ramach erystycznych sposobów uzasadniania rozmaitych nonsensów, pełniąc rolę „prawd” popartych autorytetem nauki. W taki sposób wykorzystuje się np. „postępowe” twierdzenia Kinseya na temat homoseksualizmu, „teorie” Margaret Mead, Herberta Marcuse’a czy Michela Foucaulta dotyczące relacji miedzy seksualnością a kulturą, bądź też mętne dywagacje Jeana Baudrillarda i Paula Virillio na temat współczesnego społeczeństwa. Ich poznawcza wartość jest mniej więcej taka, jak wartość astrologicznych prognoz, jednak z uwagi na opatrzenie ich etykietą „naukowe” wielu ludzi, nie zadając sobie trudu prześledzenia argumentacji autorów, wierzy w formułowane przez nich wnioski. Na szczęście, tego rodzaju sztuczki i erystyczne zabiegi dość łatwo jest wykryć i zneutralizować, o ile zachowamy zdrowy rozsądek i wyzbędziemy się naiwnego szacunku do wszystkiego, co niezrozumiałe.

O uzasadnieniu rozmaitych tez nie tyle poprzez odwołanie się do samego autorytetu nauki, ile raczej poprzez podparcie ich wywodami pozornie wyglądającymi na ścisły i naukowy wywód pisał już Schopenhauer. Najłatwiej zaimponować słabo wykształconemu bądź mało pewnemu siebie rozmówcy „plotąc z poważną miną jakieś uczone i głębokie nonsensy, przy których wszystko w głowie mu się miesza; podajemy je właśnie za niezaprzeczalny dowód naszej tezy”[10]. W ten sposób można przekonać go do każdego, najbardziej dyskusyjnego twierdzenia, podobnie jak zrobił to słynny matematyk Euler, który w trakcie jakiejś dyskusji z poważną miną przedstawił następujące „rozumowanie”: (x+y)2 = x2 + 2xy + y2, a więc Bóg istnieje. Za pomocą podobnych sztuczek dzisiejsi przedstawiciele nauk społecznych dowodzą dużo bardziej dyskusyjnych twierdzeń.

Bełkot, banały, bzdury

Jak wspomniałem, pseudonaukowa erystyka może zostać scharakteryzowana z pomocą trzech słów: bełkot, banały, bzdury. Omówmy je po kolei, posiłkując się przykładami z dzieł popularnych i poważanych autorów z kręgu nauk społecznych. Bełkot, zgodnie ze słownikową definicją, to po prostu wypowiedź niezrozumiała nie ze względu na to, że wymaga jakiejś specjalistycznej wiedzy, lecz z uwagi na sposób wypowiedzenia. Bełkot naukowy pod wieloma względami nie różni się od bełkotu pijackiego, o ile jednak ten ostatni jest efektem pewnej spontanicznej aktywności twórczej, prowadzącej często do niepowtarzalnych i interesujących z artystycznego punktu widzenia eksperymentów, ten pierwszy zazwyczaj stosowany jest metodycznie i polega zazwyczaj na formułowaniu wypowiedzi poprawnych (choć nie zawsze) pod względem gramatycznym, których niezrozumiałość wynika stąd, że wykorzystane w nich terminy połączone zostały albo niejasno, albo bez sensu. Naukowy bełkot (który w zależności od dyscypliny może przybierać formę psychobełkotu, socjobełkotu etc.) czasem bywa celem samym w sobie, zazwyczaj jednak stosowany jest on zgodnie z zaleceniem Schopenhauera, a więc jako element poprzedzający i uwiarygodniający pewne dyskusyjne twierdzenia. Oto klasyczny przykład:

„Rozliczne internaty albo przestrzenie zamknięcia, przez które przechodzi jednostka, są zmiennymi niezależnymi – za każdym razem trzeba zaczynać od zera. Istnieje jednak język analogiczny, wspólny dla wszystkich tych przestrzeni. Z kolei różnorakie ośrodki kontroli to powiązane ze sobą wariacje, tworzące system o zmiennej geometrii, której język jest numeryczny(co niekoniecznie znaczy: binarny). Zamknięcia to odrębne formy odlewnicze, podczas gdy mechanizmy kontroli są modulacją, czymś w rodzaju samoczynnie odkształcającej się formy, podlegającej ciągłym przemianom, albo sita, którego dziurki stale zmieniałyby wielkość. Doskonale ilustruje to kwestia płac: fabryka była ciałem, które utrzymywało swe wewnętrzne siły w stanie równowagi […] W społeczeństwach kontroli miejsce fabryki zajmuje jednak przedsiębiorstwo, ono zaś nie jest ciałem, lecz dusza, substancją lotną. Niewątpliwie w fabryce istniał system premii, ale dopiero przedsiębiorstwo dąży do narzucenia systemu modulacji wszystkich pensji, do stanu permanentnej metastabilności…”[11]

a oto inny przykład:

„Nie uważam języka poetyckiego za system ogarniający inne systemy, lecz za klasę A o mocy równej mocy funkcji j(x1….xn) nieskończoności systemu lingwistycznego […], a wszystkie ‘inne języki’ (‘język potoczny’, ‘metajęzyki’ etc.) są wynikiem podziału A na pomniejsze zakresy (ograniczone na przykład regułami konstrukcji podmiotowo-predykatowej, służącej za podstawę logiki formalnej), tym ograniczeniem ukrywające morfologię funkcji j(x1….xn). Język poetycki (który odtąd będziemy oznaczali skrótem jp) zawiera system logiki linearnej. Co więcej, możemy w nim odnaleźć wszystkie figury, jakie kombinatoryka algebraiczna sformalizowała w sztucznym systemie znaków i które nie uzewnętrzniają się na poziomie wyrażeń języka potocznego”[12].

i jeszcze jeden:

„Formuła ‘To dziewczynka/chłopiec’ jest performatywem – nadaje jednostce status społeczny i rozpoczyna proces ‘dziewczęcenia’ dziewczynki czy ‘chłopięcenia’ chłopca. Ta pierwotna, inicjacyjna interpelacja powołuje ‘ja’, wyznacza mu miejsce w mowie. Mogę mówić ‘ja’ i jestem jako ‘ja’ rozpoznana pod warunkiem, że zostałam już nazwana, mam imię. Inwokacja, poprzedzając podmiot, sprawia też, że nie będzie on nigdy w pełni zamieszkiwał imienia, które zaingerowało jego społeczną tożsamość, implikuje niestabilność i niezupełność podmiotowej formacji. Zmusza go do tego, by całe życie odgrywał i powtarzał odgrywanie norm potwierdzających jego pozycję, stwarzając efekt spójnej tożsamości […] W odniesieniu do seksualności udana reprodukcja systemu władzy zakłada materializowanie ‘przymusu heteroseksualności’, który idealizuje więzi heteroseksualne…”[13].

Doszukiwanie się w tych, noszących pozory naukowej analizy, wywodach jakiegokolwiek sensu jest bezcelowe. Nawet biegłe opanowanie hermetycznego języka, jakim posługują się autorzy, a więc próba udziału w ich grze językowej nic nie daje, nie można bowiem mówić o żadnej grze, tam gdzie brak reguł. Można mieć pewne przeczucia i intuicje dotyczące tego, z czym się zgadzają i z czym walczą, jednak wprost z tych fragmentów nic nie wynika. Są jedynie zlepkiem słów, wypowiedzianych w celu oszołomienia czytelnika i utwierdzenia go w przekonaniu, że ma do czynienia z bardzo skomplikowanym, ścisłym i naukowym dowodzeniem.

Po to jednak, aby osiągnąć zamierzony efekt, nie można czytelnika karmić samym bełkotem. Należy dać mu od czasu do czasu odetchnąć. W tym celu zazwyczaj pomiędzy wypowiedzi niezrozumiałe wtyka się wypowiedzi banalne, dla zwiększenia efektu ubrane  w taki sam, hermetyczny i skomplikowany żargon. Dzięki temu czytelnik, od czasu do czasu natrafiając na takie zdanie i z zadowoleniem stwierdzając, że jednak w tym wypadku wie, o co chodzi, po pierwsze, pozbywa się kompleksu kompletnego ignoranta, po drugie, czuje się podbudowany tym, że ostatecznie udało mu się przedrzeć przez trudności i dotrzeć do ukrytej „prawdy”, po trzecie, nabiera przekonania, że również pozostałe, niezrozumiałe fragmenty muszą kryć jakąś głęboką myśl, do której wyłowienia potrzeba głębszych studiów i lepszego przygotowania hermeneutycznego. Można powiedzieć, że w ten sposób czytelnik daje bełkoczącemu autorowi pewien kredyt zaufania. Jako przykład pseudonaukowego banału, sięgnijmy po taki oto fragment:

„Racjonalizacja rozpatrywana z perspektywy pojęciowej działania ukierunkowanego na porozumienie jawi się więc przede wszystkim jako zmiana ustrukturowania świata życia, jako proces, który w drodze wykształcania i różnicowania systemów wiedzy oddziałuje na codzienną komunikację systemów wiedzy oddziałuje na codzienną komunikację i w ten sposób wciąga w swoją orbitę zarówno formy reprodukcji kulturowej, jak i integracji społeczeństwa oraz socjalizacji”[14].

W tym fragmencie, zaczerpniętym z podstawowego dzieła Jurgena Habermasa, jednego z najczęściej cytowanych filozofów współczesnych, w istocie nie zostało powiedziane nic prócz banalnej prawdy, że pewne działanie doprowadza w pewnej sferze do pewnych zmian. Ogólnikowe, ale uczenie brzmiące słowa, takie jak: „zmiana ustrukturyzowania”, „różnicowanie”, „oddziaływanie”, „reprodukcja” i „integracja” służą do splecenia równie ogólnikowych nazw w rodzaju: „świat życia”, „systemy wiedzy” czy „społeczeństwo”. Czytelnik Habermasa, pragnący znaleźć jakieś konkretne rozwinięcie tych pseudonaukowych banałów, może bez końca przedzierać się przez ponad tysiąc dwieście stron dwóch tomów Teorii działania komunikacyjnego, nie znajdując tam nic prócz hektolitrów wylanego socjobełkotu. Podobnie zresztą, jak w pracach Zygmunta Baumana, jednego z najbardziej płodnych twórców publikującego regularnie tomy pełne trywializmu, któremu nieudolnie próbuje nadać pozory głębi. Wszystkie właściwie książki Baumana, nawet te, w których dowodził on konieczności uzgodnienia teorii socjologicznych z aktualną linią komunistycznej partii, nie wykraczały poza „mądrości” podobne tym, którymi karmią publiczność prozaicy w rodzaju Paolo Coehlo: „Moce mogą się dziś poruszać z szybkością sygnału elektronicznego – a więc czas potrzebny do przemieszczenia ich zasadniczych składników i rekwizytów zbliżył się praktycznie do zera. Moc stała się więc w zasadzie eksterytorialna, obojętna na opór przestrzeni, który nie wstrzyma ani nie spowolni jej impetu (nastanie ery telefonów komórkowych można uznać za symboliczny ‘ostatni cios’ zadany naszej zależności od przestrzeni’) […] Dysponenci mocy stają tym samym przed bezprecedensową szansą pozbycia się niewygodnych i irytujących aspektów panoptycznej techniki sprawowania władzy”[15].

W ten oto sposób dziecinna fascynacja „komórką”, ubrana w noszący pozory naukowości żargon, może być sprzedawana jako intelektualne odkrycie.

Z bełkotu i banałów trudno zbudować jakieś spójne rozumowanie oparte na wynikaniu wniosków z przesłanek. Prawda jednak jest taka, że nikt takich rozumowań budować nie chce. Wnioski są zupełnie arbitralne i bzdurne w tym sensie, że w żaden sposób nie łączą się z poprzedzającym je wywodem. W gruncie rzeczy nie ma sensu nazywać ich w ogóle wnioskami. Jednak przyjmowane są przez czytelnika jako żelazna konsekwencja wypływająca z wcześniejszych stwierdzeń, ponieważ autor umiejętnie wymusił na nim kredyt zaufania. Czytelnik część zrozumiał i nawet zgodził się z tym (zresztą trudno nie zgodzić się z banałami albo tautologiami), części zaś nie zrozumiał, ale w tym wypadku po prostu uznał, że to przerasta jego możliwości intelektualne. Kiedy teraz przechodzi do wniosków, nie jest w stanie przyjrzeć się całemu łańcuchowi argumentów, który rzekomo do nich doprowadził: ma przed sobą chaos, jednak zakłada, że niezrozumiałe dlań miejsca pełnią rolę instancji porządkujących. Uważa, że gdyby wiedział, o co tam chodzi, zapewne zrozumiałby, w jaki sposób dochodzi się do prezentowanych jako ścisłe i konieczne wniosków. Ponieważ jednak na razie nie rozumie, a jakąś konkluzję pragnie z przeczytanego artykułu czy książki wynieść, zgadza się – znów na kredyt – zaakceptować wnioski, obiecując sobie, że będzie nadal badał dzieła mrocznego mędrca w nadziei na przyszłe oświecenie.

Oczywiście to, co przedstawiłem powyżej, jest tylko pewnym ogólnym schematem, za pomocą którego można przekonać czytelnika o dowolnej bzdurze; fakt, że da się go znaleźć w wielu książkach nie świadczy jeszcze o tym, że autorzy świadomie z niego korzystają. Można jednak podejrzewać, że kieruje nimi pewien specyficzny instynkt erystyczny, podobnie jak tymi, którzy umiejętnie posługują się argumentami opartymi na autorytecie nieświadomi tego, że w ten sposób dokonują nadużycia. Tak czy owak, można zaryzykować twierdzenie, że, po pierwsze, duża część płodów współczesnej humanistyki tworzona jest wedle takiego właśnie schematu, po drugie zaś, istnieje pokaźne grono czytelników zdolnych zaakceptować rozmaite nonsensy tylko dlatego, że z uwagi na własne kompleksy czy brak wnikliwości obdarzają autorów nieuzasadnionym kredytem zaufania.

Odrobina odwagi

Nieuczciwe sposoby uzasadniania rozmaitych twierdzeń są dziś, jak mogliśmy zobaczyć, czymś powszechnym i to nie tylko w polityce, będącej ich naturalnym środowiskiem, ale również w sferze publicystyki a nawet nauki. „Z czego to pochodzi?” – pytał Schopenhauer, aby od razu podać prostą odpowiedź – „Z tego, że człowiek jest zły z natury”. Do tego dochodzi wrodzona próżność, a poza tym „u większości ludzi do wrodzonej próżności dołącza się jeszcze gadatliwość i wrodzona nieuczciwość. Ludzie gadają, zanim pomyślą”[16]. Należałoby to tego dodać jeszcze, że wbrew temu, co głoszą niektórzy, człowiek nie jest istotą z natury racjonalną i logiczną, a jego działaniem kierują rozmaite i zmienne emocje. Krótko mówiąc, człowiek jest, jaki jest, a jaki jest – każdy widzi. Oczywiście zawsze znajdą się tacy, którzy w obliczu tych wszystkich negatywnych cech dojdą do wniosku, że jedynym sposobem na uratowanie człowieka przed nim samym byłoby narzucenie mu odpowiednio skonstruowanego gorsetu ograniczeń, dzięki którym, nie mając okazji do popełniania złych uczynków, stałby się dobry, skromny, uczciwy i rozumny. Być może na rzecz tego twierdzenia można przedstawić mocne teoretyczne argumenty, jednak doświadczenie pokazuje, że przynajmniej do tej pory wszelkie starannie opracowane i zakrojone na szeroką skalę próby ulepszenia człowieka kończyły się powszechnym cierpieniem, zgryzotą i ujawnieniem tak podłych i niskich pokładów ludzkiej natury, których istnienia nikt wcześniej nie podejrzewał. Rozsądnie więc być pod tym względem ostrożnym.

Czy w takim razie nieuczciwe sposoby argumentacji i erystyczne manipulacje są czymś nieuchronnym – jak wojny albo podatki? To bardzo prawdopodobne. A skoro tak, to podobnie jak w wypadku wojny, chcąc uniknąć niespodziewanego ataku dobrze jest być uzbrojonym i znać strategię i taktykę przeciwnika, tak też w wypadku dyskusji czy sporu dobrze wiedzieć, jakie argumenty może zastosować adwersarz. W tym celu, między innymi, napisał Schopenhauer swoją Erystykę. To po pierwsze, a po drugie, potrzebna jest „odrobina koniecznej odwagi” po to, aby nazywać rzeczy po imieniu – bełkot bełkotem, a bzdurę bzdurą. Jeśli zdefiniujemy Herbertowskie określenie „zapaść semantyczna” jako sytuację, w której słowa tracą swoje tradycyjne znaczenia i odrywają się od rzeczy, to być może tego rodzaju jednoznaczność jest dziś jedynym sposobem, aby zapaści tej nie pogłębiać. 

____________________________________________________________________________________

[1] Arthur Schopenhauer, W poszukiwaniu mądrości życia, Warszawa 2002.

[2] Na temat nieumiejętności rozróżnienia asertywnej i ekspresywnej funkcji języka – zwłaszcza biorąc pod uwagę język filozofii – pisał m.in. R. Carnap, por. Filozofia jako analiza języka nauki, Warszawa 1969.

[3] Interesującą analizę współczesnego użycia terminu „faszyzm” przeprowadza E. von Kuehnelt-Leddihn w książce Ślepy tor, Wrocław 2007.

[4] Można by zresztą pokazać, w jaki sposób współczesne użycie terminu „demokracja” ukształtowane jest przez ideologię komunistyczną. Jak pamiętamy – wszystkie kraje bloku wschodniego określane były mianem „demokracji” i to na dodatek „ludowych” (przy czym „ludowa demokracja” jest zwykłym pleonazmem), a władcy tacy jak Stalin czy Breżniew – podobnie jak dziś Putin – uchodzili za „szczerych demokratów”.

[5] Por. H.G. Frankfurt, On Bullshit, Princeton 2005. Mój przekład fragmentów tego eseju, wraz z komentarzem, znaleźć można w miesięczniku “Odra” 2007, nr 10.

[6] A. Schopenhauer, Erystyka czyli sztuka prowadzenia sporów, Kraków 1976.

[7] Por. J. Bocheński, Co to jest autorytet, [w:] Logika i filozofia, Warszawa 1993.

[8] Schopenhauer, Erystyka.

[9] Takiego określenia użył w tytule swojej książki S. Andreski: Czarnoksięstwo w naukach społecznych, Warszawa 2002.

[10] Ibid., s. 86.

[11] Gilles Deleuze, Negocjacje, Wrocław 2007.

[12] Julia Kristeva, Sèméiotikè: Recherches pour une sémanalyse, Paris 1969,  cyt. za: Alan Sokal, Jean Bricmont, Modne bzdury, Warszawa 2004.

[13] Przez litość pominę nazwisko autorki tego fragmentu wydobytego z jednego z tekstów zawartych w tomie Lektury strukturalistyczne, Wrocław 2007.

[14] Jürgen Habermas, Teoria działania komunikacyjnego, Warszawa 1999. Na temat intelektualnej pustki całej „teorii” Hebramasa por. S. Andreski, Czarnoksięstwo w naukach społecznych; R. Scruton, Intelektualiści nowej lewicy, Poznań 1999; J. Łoziński, Apologia myśli Jurgena Habermasa uzupełniona o jej refutację, w: L. Witkowski (red.), Dyskursy rozumu: między przemocą i emancypacją, Toruń 1990.

[15] Z. Bauman, Płynna nowoczesność, tłum. T. Kunz, Warszawa 2006.

[16] Schopenhauer, Erystyka.

Tags: , , , ,

O autorze: Damian Leszczyński