/> Czasy tuskie – Tradycja – The Tradition
Go to ...

Tradycja - The Tradition

Pismo - Forum światopoglądowe

Czasy tuskie


W związku z uhonorowaniem pana Donalda Tuska drugą kadencją Przewodniczącego Rady Europy przypominamy artykuł opublikowany m.in. w Tygodniku „Solidarność” autorstwa Jerzego Terpiłowskiego.

Obecne czasy jako żywo przywodzą na myśl kontrowersyjny rozdział z historii Polski lat 1697-1763, poprzedzający upadek Rzeczypospolitej. Niektórzy nazywają to, co się obecnie dzieje w Polsce – mimo upływu lat oraz odmiennego kształtu stosunków społecznych – „powtórką z XVIII wieku”. Mieliśmy podówczas unię personalną z Saksonią, której terytorium można porównać do Kaszub, a obszar jej stolicy, Drezna – do aglomeracji dzisiejszej Kościerzyny. Obie krainy zamieszkują potomkowie zachodnich Słowian. Serbołużyczanin Stanisław Tillich jest premierem Saksonii, a Kaszub Donald Tusk – Rzeczypospolitej Polskiej.

Saksończyka Augusta Wettyna wybrano Królem Polski w drodze wyborczych machinacji. Nie grał w piłkę nożną jak Donald Tusk, lecz świetnie jeździł konno i strzelał, a najsprawniej podbijał serca dam. Lubiono go i wróżono mu pomyślną przyszłość. W połączeniu pod swym berłem Saksonii i Polski upatrywał możliwości powstania europejskiego mocarstwa. Donald Tusk chce, aby Polska stała się regionem potężnej Europy.

Forsując Augusta na władcę, pogwałcono żelazną zasadę I RP, wedle której szlachta polska „aż do gardeł swoich nie chciała Niemca” (uważając, że traktować będzie Polaków po macoszemu). W początkach jego panowania odzyskano jednak Podole. Wyniszczone wojnami i najazdami Tatarów, prawie wyludnione, ale pamiętane jako niegdysiejszy polski „Nowy Świat”. Był to spektakularny sukces porównywalny do pierwszych dwu lat panowania Donalda Tuska, kiedy to Polska pozostawała „zieloną wyspą”, w morzu światowego kryzysu. Jednak wkrótce niepowodzenia zaczęły napływać lawinowo nad głowę Augusta oraz jego poddanych tak, jak rośnie obecnie dług publiczny nad głowami nas wszystkich.

Obaj władcy podobnie nie zrozumieli tradycji narodowej polskiej. Jakkolwiek August z zapałem rzucał się w objęcia polskich dam (ponoć najlepsza szkoła obcego języka), a Donald miał kilkuletni flirt z historią zakończony dyplomem – obaj uważali polskość za pojęcie puste, pozbawione mocy sprawczej kreowania swego image. Pierwszemu nie chciało się nawet nauczyć polskiego, a drugi za młodu pisywał wiersze wyłącznie po kaszubsku i niezmiennie daje wyraz swej niechęci do polskości. I jeden, i drugi pragnąłby narzucić poddanym rządy absolutystyczne. Za Sasa taki kanon obowiązywał powszechnie, więc żeby dorównać europejskim standardom król skłócał wzajemnie szlachtę polską i litewską. Kokietował Piotra I, a od Litwinów wyjednał zrzeczenie się „wszelkich na nikczemne wolności praw” i uznanie władzy nieograniczonej.[1] Donald zaś parł do stołka premiera, wdzięcząc się przed mass mediami (wyrażającymi interesy obcych potęg) w nadziei ich pozyskania i szczuł je na PiS. Obecna walka polityczna ma dla Rzeczypospolitej podobnie fatalne skutki, jak niegdyś poróżnienie braci w unii polsko-litewskiej

Donald z lenistwa (wakacje w Dolomitach) i z naiwnej wiary w pozytywne efekty gładzenia Angeli po łapkach oraz obłapywania się z Władymirem, zaniedbał starań o rzetelną relację z narodowej klęski pod Smoleńskiem. August, ufając w dobre intencje Fryderyka Pruskiego oraz Piotra I, oddał Polskę w strefę wpływów obydwu rosnących w siłę sąsiadów i tracił czas na bale i łowy.

Ani królowi, ani premierowi nie można odmówić wielu zalet. Jednak głupsi i słabsi od nich nie poczynili Polsce tyle szkód, co oni. Nie mówiąc już o mniejszych i nie tak przystojnych. Zrealizowaliby może część swych zamierzeń (Augusta były przynajmniej klarowne, a Donalda nie są oczywiste, bo wikła je przyjęta w naszych czasach przedziwna odmiana quasi demokracji, w której nic nie jest takie, jak być powinno, ani takie jak się wydaje, i w której można mówić i pisać o wszystkim, tylko nie o tym właśnie), gdyby nie to, że władcy ościennych krajów przerastali ich formatem. A – żeby zacytować współczesnego nam oksfordczyka – „władca może być niski, ale nie może być mały”. Piotr I i Władymir Putin, Fryderyk Pruski i Angela Merkel, Ludwik XIV i Nikolas Sarkosy, Karol XII, Ahmadineżad Irański oraz Beniamin Netaniahu (zapamiętajcie tę ostatnią trójcę) – wszyscy byli lub są, bez względu na swoje przywary, postaciami z najwyższej półki.

August ubrdał sobie na przykład, że nic prostszego, jak sprzymierzyć się z wielkim dla Rosji Piotrem I w celu pognębienia małej Szwecji. Ale królem tego kamienistego kraju był utalentowany wódz Karol XII, który zanim go w końcu po latach wyniszczającej (Polskę) wojny nie dopadnięto pod Połtawą[2] (gdzie Uppsala i Rzym a gdzie Połtawa i Krym!) – zafundował Polsce drugi szwedzki potop, ograbił Drezno i o mało nie zdruzgotał fundamentów rosyjskiego imperium. Ale najgorsze było to, że podczas gdy Gucio umknął, chwilowo abdykując, Litwa (a także część polskich elit) nabrała zwyczaju garnąć się pod chętne skrzydła Moskwy.

Donald natomiast dał się uwieść Angeli i w rezultacie port w Szczecinie zostanie zablokowany przez rosyjsko-niemiecką rurę. Bezgranicznie zaufał Władymirowi, w związku z czym ten, nie tylko wyciągnął wszystkie możliwe korzyści z naszej narodowej klęski pod Smoleńskiem, ale także zainscenizował spektakl ośmieszający Rzeczpospolitą, aby przekonać świat, że Polacy nie potrafią się sami rządzić. Kopiując postępowanie Katarzyny Wielkiej i jej następców, wykazał się w tym przypadku lepszą znajomością historii niż nasz kaszubski magister,

Wiemy ile złego wyrządziły Polsce rządy Augusta, ale nie wiadomo co nam jeszcze wywinie Donald. Ostatnio (24 lutego br.) zawarł przymierze wojskowe z Beniaminem Netaniahu. Nie znamy szczegółów tego porozumienia, ale nie można wykluczyć, że do wolnej elekcji uwikła nas w konflikt z Iranem. Nie mamy przyobiecanej tarczy, jednak mass media z GW na czele przypomną nam, że jesteśmy przedmurzem chrześcijaństwa. Polska zawłaszczy pospołu z żydowskimi braćmi irańską ropę! Na Teheran! Co tam Ahmadineżad!

Ten zaś, jak niegdyś Karol XII, skontruje słabszego z napastników. Donald będzie miał wprawdzie do dyspozycji ponad trzydzieści milionów patriotów, ale ani jednego, który mógłby przeciwdziałać irańskim rakietom.

Matko Boska! Co ja wieszczę?! Jeszcze znowu coś wywieszczę, jak to było z atakiem na wieżowce WTC[3]. Przecież prawie całe nasze wojsko jest już w sąsiadującym z Iranem Afganistanie!

   A skoro już o wojsku… Pod koniec wojny ze Szwecją w arsenale koronnym Polski było 6 dział obsługiwanych przez 42 oficerów i 90 szeregowców. Później – pomimo że wszystkie państwa sąsiadujące z Polską zbroiły stutysięczne armie, a Fryderyk Pruski, kiedy mu brakowało rekruta, porywał polskich chłopów – ograniczono środki budżetowe w armii koronnej na 18, a w litewskiej na 6 tys. żołnierzy. Obecnie psychoanalityk drużyny Donalda, obwołany „zaprzańcem”, puszy się zawodową armią, ale nikt nawet nie śmie pytać o jej liczebność.

Z powszechnego obowiązku obrony zrezygnowano, bo nie ma pieniędzy na to, żeby każdy Polak umiał posługiwać się bronią. Natomiast w Rzeszy i w Federacji Rosyjskiej wszystkie roczniki odchodzą do rezerwy nie wcześniej, jak nauczą się organizować falę słabszym od siebie. Bundeswehra zaprasza polską młodzież (patrz: porywanie rekruta w XVIII wieku). Nadzieja, że przed kimś obronią nas Sasi, o pardon: Nasi – czyli   NATO, jest płonna. Testem na nią była klęska pod Smoleńskiem, w której – jak wiadomo – poległo prawie całe dowództwo polskiej flanki północnoatlantyckiego sojuszu. Czy ktoś z tej organizacji bąknął o dochodzeniu, bo przecie nie o odwecie?

August wprowadzał na terytorium kraju obce wojska. Donald modli się o symboliczną obecność amerykańskich wojskowych w Polsce. Jednak w tym samym czasie świadomość Polaków – w znacznym stopniu wypraną przez półwiecze komunistycznej propagandy – urabiają bezkarnie mass media podporządkowane obcym siłom. Czy działania Tuskie choćby w najmniejszym stopniu usiłowały kiedykolwiek ograniczać ich wpływy? Ależ skąd!

Panowanie obu opisywanych władców deprawowało i deprawuje poddanych, którzy obserwując swych panów, naśladują ich obyczaje i kopiują afery uchodzące we dworze na sucho. „Panowie biorą pieniądze na zapychanie własnych kieszeni, obywatele na pokrycie własnego niedostatku” – pisał Jarochowski o saskich czasach. – „Tylko tępi przywódcy nie krępują się niczym w polityce wewnętrznej. Łatwiej wyzyskiwać poddanych, niż rozumnie gospodarować i wdrażać reformy”. Czy pisarz wieszczył o tym, co dzieje się obecnie?

Wszak znowu obowiązuje u nas formuła saskich zapustów, podczas których każdy myśli wyłącznie o sobie, urządza się i kombinuje. Partyjni baronowie zaplątani są po uszy w aferach, samorządowi watażkowie tak skorumpowani, że ledwie trzymają się na nogach. Miastowi malwersanci wznoszą na wsi wykwintne rezydencje, ale szamba instalują w starych studniach, zanieczyszczając system wodny okolicy. Rolnicy nie przestrzegają ochronnej strefy przy opryskach i innych środków ostrożności. Truskawki opylają wieczorem pestycydem, a rano wiozą je na targ, bo przecież: „każdy chce zarobić”.

W żadnym okresie historii Polski nie zbudowano tyle świątyń i nie ofiarowano Kościołowi tyle dóbr i wotów, ile w epoce saskiej. Te ofiary nie ustrzegły nas wprawdzie od upadku państwowości, ale jesteśmy, a w części z nas żyje wolna Polska. Niedostatek materialny nie ogranicza naszej ofiarności dla Kościoła. Mamy kolosalną Bazylikę w Licheniu, gigantyczny pomnik Chrystusa Króla w Świebodzinie i monumentalną Świątynię Opatrzności Bożej w Warszawie. To dobrze. Jaka jednak – w razie nieszczęścia – będzie przetrwała reszta narodu i czy – z rozkazu władców – nie zamieni miejsc kultu w magazyny lub fermy przemysłowego tuczu, jak to miało miejsce na Kresach po utracie niepodległości?

Dobrze, gdy chrześcijański naród ufa w Opatrzność. Nie powinien jednak czuć się zwolniony od przeciwdziałania klęsce. W czasach saskiego bezhołowia uświadamiał to Polakom Stanisław Konarski, podkreślając wartość niepodległości, która była jeszcze czymś oczywistym. Postulował jednak, aby sprawy Polski były rozwiązywane przez samych Polaków. Jakkolwiek się z nim zgadzali, to zalecane postępowanie wydawało się im przedwczesne. Nasi osiemnastowieczni rodacy kierowali się bowiem potrzebą chwili, tak samo jak nam współcześni.

[1] fragm. Postanowienia wileńskiego z 1700 r.

[2] Obecnie środkowo-wschodnia Ukraina

[3] W powieści „Imperium obłudy”, Warszawa 1995.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

More Stories From Literatura

About Jerzy Terpiłowski

Polski pisarz, eseista, dramaturg, tłumacz. Laureat Nagrody Ministra Kultury (2004) oraz Medalu Prymasa Tysiąclecia (2001). Organizator i prezes Stowarzyszenia "Pospolite Ruszenie" dla Ochrony Tradycji Polskiej, redaktor naczelny miesięcznika kulturalno-społecznego "Tradycja". Członek Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich i Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.