/> “Czarnoruska kronika trędowatych” (fragment) – Tradycja – Tradition
Go to ...

Tradycja - Tradition

Pismo - Forum światopoglądowe

“Czarnoruska kronika trędowatych” (fragment)


A pani powiada: “język podstylizowany na staropolszczyznę, inkrustowany “mową ruską”, taki ma być, “symulowany jako język pogranicza”. Szkopuł w tym, miła, droga pani, że w tej studni wspomnień wszystko jest już symulacją, nawet ta woda źródlana – jako powrót do źródeł; nie z podziemnej rzeki prawdy przecież. Jest tylko jedno wyjście z sytuacji, dać pokój prawdzie – pani, toż to chimera, myśl ją może doścignie, ale czy mowa zdoła wyrazić? Pójść drogą desymulacji, o łaskawa, trzeba, zakładając, że nie ma złych dróg, są tylko niewygodne, gdy cele niejasne. Swoisty “pejzaż semantyczny”, którego pani oczekujesz między trędowatymi, byłby oszukaństwem, zwykłą podróbką dla realności imaginacji, na której – jak na pijanym pegazie – galopują wszystkie skryby. A pani, że stylizacja, symulacja, kreacja … A jak ma być w tym teatrze?

Świeczka zgasła i zrobiło się zupełnie ciemno. Noc nie bywa tak gęstomroczna jak ta cela, w której utknąłem od pewnego czasu na dobre. Kilka słów jednak dopisałem, po omacku, pewnie będą jeszcze bardziej koślawe niż moje myśli; dłużej mazać nie mogę, nic już nie ma, nic gasi oczy i rozprasza nawet emocje serca. Ktoś przydzielił mi ten czas świec, bym spisywał rzeczy i sprawy, nie pytając mnie o zdanie, lecz i nie narzucając mi niczego, co miałbym w skryptorium znaleźć lub czego nie powinienem. Nie wypada, żebym w moim wieku był już zarozumiały, toteż od razu wyjaśniam, że nie o moje sprawy tu chodzi, lecz o problematy wuja Mikołaja. Dużo ich było i wydawały się wszystkie trudne i czemuś niepozamykane. Poczułem się nimi obarczony ponad moje siły, ale dźwigałem je jak muł, gdy doszedłem do przekonania, że znaczą o wiele więcej, niż byłem w stanie zrozumieć.

Dopiero gdy wuj nie wrócił z uwięzienia ani dnia następnego, ani po kilku innych, zajrzałem do jego torby i odkryłem te papiery przewiązane rzemieniem. Pewnie to o nie pytano mnie w kancelarii księżnej Matyldy, ale odkąd wuja przy mnie nie stało, nauczyłem się kluczyć w moich zeznaniach jak lis czujący niebezpieczeństwo. Jeżeli prawdą jest to, co wiedziałem, to nie musiałem dzielić się nią z nimi, gdyż oni mieli swoją własną prawdę, której, co mi się udało już wcześniej wywęszyć, nie zamierzali mi bynajmniej użyczać.

W dzieleniu się prawdą zawsze w końcu zostaje coś niejasnego. Czasem wydaje mi się, że prawda jest jak las, jak puszcza, im gęstsza, tym ciekawsza, ale dotrzeć do jej środka podobno nikomu się jeszcze nie udało, a gdyby się nawet udało, nie wiedzielibyśmy o tym, bo stamtąd, z prawdą, już się nie wraca. Gdy myślę wtedy o sobie, to jakbym widział się blisko jakiegoś najgęstszego środka, może w leprozorium właśnie, uwięziony bez prawa powrotu. Pewnie bym nigdy do tego nie doszedł, gdyby nie papiery wuja Mikołaja, w których jest wszystko.
– Co to znaczy wszystko? – pytam.
A wuj z gęstwiny słów:
– “Wszystko” to świadomość bez granic.
– Czy możliwa jest rzecz bez granic?
– Świadomość nie jest rzeczą, jest bytem. Byt jest wieczny.
– Piszesz, że świadomość umiera wraz z nami.
– Źle to przetłumaczyłeś …
Tłumaczę jego zapiski od niedawna. Z dużym wysiłkiem otwiera się te skrytki jego myśli. Źle otwieram? Nie tym kluczem? Pozostańmy przy lesie: poszedłem nie tą ścieżką? Trafiam nie w te ostępy?

“Kręgi, jakimi dziś biegną wydarzenia, niczego nie otwierają. To proste, trzeba by je przełamać, żeby wyjść ku nowym rubieżom. Granic jest bez liku i z każdej strony zaciskają się one wokół nas niemal fizycznie, mają gęstość czasu. Opowiadał mi Piotr umierając, jak na jego oczach podkładano kamienie pod koła wydarzeń w Carogradzie. jak jedne zastępowano innymi. I działo się coś, co przypominało toczenie się do tyłu. Łacinnicy wypłynęli z Apulii jako krzyżowcy, a dotarli do Bosforu jako Krzyżacy. Piotr, który chciał być Piotrem jak skała, powiedział wtedy: Oto jest początek końca. I powtórzył mi w innym czasie: To był początek końca. On już bardzo stary, ja jeszcze bardzo młody, razem przeżyliśmy wtedy trochę czasu i przygód, żeby zrozumieć te słowa”.

Ile miał lat wuj Mikołaj, kiedy go straciłem, nie wiem. Nie był już młody, to pewne: miał białe włosy na głowie i siwą brodę, ale czy oznaczało to prawdziwą starość? Był silny, zwarty jak żubr, choć nie taki zwalisty jak te, co chodzą między Wołkowyskiem i Białowieżą, choć i te były takie dawniej, gdy byłem mały, kiedy podrosłem, zrobiły się mniejsze – jak wuj. Każdy z nich pozostał jednak mocny jak dąb i pozbawiony lęku – jak wuj … To dziwne, wuj nauczył się odwagi i nabrał siły wędrując po świecie, ja byłem taki w dzieciństwie (przynajmniej wedle mojego mniemania), teraz, gdy dorastam, tracę pewność siebie, boję się, że nigdy do końca nie zrozumiem tego miejsca, w którym się urodziłem i dokąd powróciłem jako obcy.

Wciąż czegoś nie wiedziałem, choć wiedziałem o wszystkim za dużo. Teraz nie mogę tego zapisać, bo czarno wokół. Ale mieszka ze mną ptak pamięci, któremu powierzam czasem swoje myśli, a innym razem odbieram mu je – jak dziś. Tamtego wieczoru w łaźni – przypomina w ciszy mroku – otworzyły ci się oczy na wiele spraw naraz. Kiedy ujrzałeś siostrę Serafinę bez habitu i bandaży, w całej jej gładkiej, cielesnej okazałości, najpierw pomyślałeś, że to nie ona, że nastąpiła jakaś pomyłka – ona wśród trędowatych nie mogła być taka, tak biała bez skazy, w kłębach pary niczym w obłokach płynących do nieba. Pomyślałeś wtedy jeszcze wiele innych rzeczy, niektóre tłumiła temperatura bani, inne rodziły się w głowie z minuty na minutę jaskrawsze, iskrząc nowinami objawień. Na chwilę zapatrzyłeś się na to ciemne znamię, jakie pozostało jej na podbrzuszu po uderzeniu kamieniem wyrzuconym w dzieciństwie twoją ręką – nawet nie zastanowiłeś się, że to był owoc dojrzewania, nabrzmiewał w twoich oczach bezwstydnie, aż się zarumieniłeś w niewinności doznań nieletnich – potem białe płótno osłoniło jej piersi, ramiona, ale nim się odwróciła, zdążyłeś zapamiętać jeszcze wypolerowany marmur pleców, pośladków, ud i to porównanie do kamiennego posągu, ożywionego nagle w gorącej parówce, przypomniało ci, gdzie jesteś, zaprzeczyło prawdzie. Pomyślałeś, że to być nie może, zimny dreszcz przeszedł ci po krzyżu, nic się tu już nie zgadzało, wycofałeś się w kąt, na najwyższą półkę.

Okienko celi zarysowało się w niebycie, za nim zamarzała granatowa noc, świat powracał do jakich takich wymiarów. A jednak ktoś tu tęgo nakłamał. To tak, jakby w to litewskie ościeże usiłowano wstawić weneckie okno. Ilekroć pomyślę o tym, serce zaczyna mi bić silniej. Nigdy nie zapiszę tego, o czym rozmawiała księżna Matylda z wujem Mikołajem ostatniej przed katastrofą nocy. Jest jakaś miara dopuszczalności wiarygodnych wydarzeń, której nie da się bezkarnie przekroczyć. Jeśli on nie żyje … Nie może być tak, że jeśli ktoś nie żyje, to nie ma już przeszkód do snucia przypuszczeń, do dowolnej kanwy możliwości. Pewnie też nie ma powodów: swoboda to świadomość potrzeby, powiedziałby wuj Mikołaj, który mądrości boskich nie tylko na naszej ziemi się uczył. Wracam myślami do jego papierów.

“To był początek końca, powtarzam. Chrześcijaństwo pękło na pół nie wtedy, gdy podczas wielkiej schizmy Kościół rzymski odstąpił był od prawd wiary Chrystusowej, lecz gdy to odstąpienie potwierdził orężem. Nie da się opisać okrucieństwa, opowiadał mi mój stary Piotr, z jakim łacinnicy znęcali się nad pokonanym ludem Carogrodu. Mieli iść przeciwko Saracenom w obronie świętego Grobu, a spadli jako wilcy i sępy na prawowiernych chrześcijan. To już nie była krucjata chrześcijańska, to szli barbarzyńcy, którzy za nic mieli naszego Boga, ich Bogiem był pieniądz i władza. Gdy złupili gród Konstantyna i założyli tam na pół wieku swoje własne państwo, papież nie wyklął ich, lecz pobłogosławił.

Który to, który? – zapytacie pewnie i dobrzy, i źli. Nie pytajcie o takich, dużo ich było. Zapytajcie o tego, który odmówił, tego pustelnika z gór, Piotra z Marrony, osadzonego na tronie papieskim pod imieniem Celestyna V, a który już po pięciu miesiącach opuścił go, nie czując wokół Boga, tylko kłamstwo, knowania i zdradę. Zapytajcie, dlaczego Poeta zesłał go do inferna, lżąc mu, że «Z trwogi wielką skaził się odmową». Wszyscy grzesznymi bywamy obłudnikami, ale łacinnicy mają jeszcze maski … I w taki lacko-rzymski jasyr wiedzie dziś Jogajło całą naszą nację”.

Przekładam to z języka czarnoruskiego i bardzo się martwię, czy znowu czegoś nie przekabaciłem na swoje, to znaczy, nie napisałem tak, jak chcę, żeby było, a nie tak, jak jest. Nie wiem, na przykład, czy wuj na pewno napisał “naszą nację”, czy może “nasze nacje”, czy jemu chodziło o jedną litewską, czy o wiele litewskich nacji, skoro forma gramatyczna tego wyraźnie nie rozróżnia, ani wuj nazbyt czytelnie swoich cyrylickich haczyków nie stawia. Ja wiem, że to jest ważne, inaczej o tym bym nie wspominał, kopista ze mnie jak trąba. Kiedy wuj znowu się pojawi, przepytam go w tej sprawie, jeśli nie zapomnę. Czasem przychodzi nad ranem, gdy mróz największy i wszędzie się robi zimno, aż na dworze drzewa pękają. W ogóle czas to taki, że truchleją ptaki i serca ludzi.

– Idzie wielkie zło – mówił mi wuj za którymś razem. – Wir za wirem. Nic się nie kończy. Gniazdem szerszeni nazywali kiedyś różni ten klasztor trędowatych. Tu byli ludzie, którzy kąsali, niekoniecznie zębami, żądlili oczami, słowami, ale najbardziej myślami. Sami wielcy grzesznicy. Byli pełni jakiejś chorej pasji, gorączki w umiłowaniu swojej ziemi, matczyzny, tej jadźwińskiej Czarnorusi. Gdy dobrym słowem nic nie wskórali przeciwko władztwu sprzedajnych kniaziów i bojarów, rozsnuli sieć przepowiedni, wciągając w nią i lud, i wojów.

Patrz: nota wydawcy: http://www.tradycja.info.pl/?p=1922&preview=true

About Eugeniusz Kabatc