/> Spór o Polskę – Tradycja – Tradition
Go to ...

Tradycja - Tradition

Pismo - Forum światopoglądowe

Spór o Polskę


Barbarzyńca i Europejczyk

Z wykształcenia obydwaj byli prawnikami, z powołania – poetami. Obydwaj pozostawili po sobie legion naśladowców i epigonów, wyznawców i apologetów. Ich trwająca czterdzieści lat, nad wyraz burzliwa znajomość, obrosła literacką legendą (zwłaszcza, że przywodzi na myśl spór Mickiewicza i Słowackiego), ale również pospolitą plotką, a nawet żenującymi oszczerstwami. Dzieje swojej znajomości zapisali w listach słanych do siebie z miasta do miasta, z kraju do kraju, z kontynentu na kontynent. Nie dość tego, także w dedykowanych sobie nawzajem wierszach, a nawet w wierszach, w których jeden drugiego czynił nie tylko adresatem, ale i bohaterem lirycznym.

Zbiór korespondencji Zbigniewa Herberta z Czesławem Miłoszem z lat 1958-1990 daje wreszcie możliwość wyśledzenia istotnych przyczyn konfliktu między obu poetami, którego erupcja na początku lat 90. wywołała niezliczone komentarze publicystów i literaturoznawców.

Ów konflikt niektórych wtedy zbulwersował, a nawet zgorszył, innych ucieszył, większość jednak chyba zaskoczył. Szczególnie tych, którzy opierają swą opinię o poezji wyłącznie na wypowiedziach krytyków, a ci z reguły stawiali Herberta o jedno pokolenie dalej od Miłosza, początkowo nawet – jak np. Kazimierz Wyka – widząc w Herbercie wyłącznie nieudolnego naśladowcę autora “Trzech zim”, który – co prawda – wybił się w końcu na samodzielność, do końca pozostał jednak uczniem, podążającym wytyczonym przez „Mistrza” szlakiem poezji nowoczesnej, antyromantycznej, klasycyzującej…

Gdy więc w 1991 roku Herbert opublikował wiersz Chodasiewicz, który powszechnie odebrano jako pamflet na Miłosza, zaskoczenie było spore. Konflikt między poetami wybuchł w roku 1968,  a dowiedzieliśmy się o nim po latach, w roku 1994, gdy Herbert udzielił wywiadu Tygodnikowi Solidarność. Wyznał w nim, że podczas spotkania w Berkeley, Miłosz miał mu powiedzieć, że trzeba przyłączyć Polskę do Związku Radzieckiego. „Myślałem, że to żart czy prowokacja. Lecz gdy powtórzył to na kolacji, gdzie byli Amerykanie, którym się to nawet bardzo spodobało… Takich rzeczy nie można mówić – nawet żartem”. Kilka dni później Herbert powtórzył to w wywiadzie dla Życia Warszawy: „Doszło do takiego spotkania w niedużym gronie i on tam właśnie powiedział tę swoją szaloną opinię o przyłączeniu Polski do Związku Radzieckiego. Ja wtedy wstałem i wygarnąłem. Mówiłem chyba z godzinę, wściekłość dodawała mi skrzydeł”. Charakteryzował Miłosza jako człowieka rozdartego, „o nieokreślonym statusie narodowym, metafizycznym, moralnym”.

Te i inne wypowiedzi sprowokowały ripostę samego Miłosza oraz w większości nieprzychylne Herbertowi komentarze publicystów i krytyków literackich, tłumaczących je złym stanem zdrowia poety oraz bagatelizujących znaczenie jego słów, które wprowadzały niepokojący i niechciany dysonans do zgodliwej atmosfery panującej na naszym “literackim parnasie”. Herberta z kolei wzięli gorąco w obronę nieliczni krytycy i publicyści utożsamiani z prawicą, której inicjatywy polityczne (np. dekomunizację) pisarz wspierał. Ale i tę obronę później próbowano dezawuować jako próbę zawłaszczenia bezbronnego i schorowanego poety przez środowisko, któremu był on jakoby zawsze niechętny. Inną, też chyba zaskakującą, próbą było formowanie legendy literackiej, która  umieszczała poetów na dwu skrajnych biegunach („dwa na słońcach swych przeciwne – bogi”), przeciwstawiając “dobremu” Miłoszowi  “złego”. Herberta lub na odwrót.

Po lekturze listów obu pisarzy można powiedzieć, że ich konflikt tak naprawdę nie rozpoczął się owego wieczora w Berkeley („może Miłosz wypił za dużo, może faktycznie żart był niefortunny i przyciężki” – tłumaczono), ale tlił się właściwie od początku znajomości. Charakterystyczne jest to, że właściwie nigdy nie dotyczył literackich idei czy sposobu uprawiania poezji. Tematem sporu była Polska i stosunek obu poetów do narodu polskiego. Podszyty oikofobią[1] krytycyzm wobec polskości Miłosza powodował, że zachowywał się on w tych kwestiach wyjątkowo niezręcznie, i taka postawa musiała zderzyć się z subtelnie rozumianym patriotyzmem Herberta, dla którego polskość była po Norwidowsku jednocześnie ciężarem, zadaniem i służbą.

W epistole z 1967 roku Miłosz zajął się “naszymi narodowymi wadami”. Nasłuchując wieści z ojczyzny, którą właśnie odwiedził generał de Gaulle, konstatował, że „od Polski można zwariować”, że „Polacy są rasą niezdolną do jakiejkolwiek twórczości, polityki, handlu, przemysłu, religii i filozofii” i w swym inkwizytorskim zapale posunął się na tyle daleko, by dodać, że:  „[Polacy] mogą tylko uprawiać rolę i logikę matematyczną, jak też poczucie swojej podrzędności wyładowywać w biciu Żydów i Murzynów”. Herbert zareagował natychmiast epistołą równie sążnistą, przypominał o więzach z ziemią, która jest  „m o j a,  choćby była jak zaraza albo choroba weneryczna”. Odpowiedź Miłosza była jednoznaczna: pisał o swym przerażeniu postawą Herberta, która kojarzyła mu się z animae naturaliter endecianae, bronił socjalizmu, twierdząc, że marksizmu nie można oceniać na podstawie osiągnięć UB i Gomułki, zarzucał też poecie uprawianie „filozofii emeryta” oraz „impotencję zamaskowaną jako humanizm”. Przewidywał, że to nie Polacy, ale „młodzi Rosjanie, tacy jak Kiryłuszka Mochilewski [(sic!) kto zacz, nie umieli wyjaśnić nawet edytorzy korespondencji] i młodzi Amerykanie będą przez następne trzy dekady świat napełniać wrzaskiem, z którego jednak coś zostaje”. Swój list Miłosz zakończył słowami: „Nie rozumiem w a s  tj. Polaków siedzących na boku i mających wszystko wszystkim za złe”. Wliczając Herberta do zbioru “wy-Polacy”, wykluczał go ze wspólnoty, do której sam siebie zaliczał, czyli „my-Europejczycy”.

Spór Miłosza z Herbertem jest w pewnym sensie kontynuacją  sporu, który z Miłoszem wszczął w roku 1943 Andrzej Trzebiński, a w którym podziw wobec Miłosza-poety mieszał się z niechęcią, a nawet pogardą do Miłosza-człowieka. Z drugiej strony, powszechnie znany jest późniejszy krytyczny stosunek Miłosza do poetów z pokolenia Sztuki i Narodu (Baczyńskiego, Gajcego, Bojarskiego i Trzebińskiego), nie za ich poezję (którą ogólnie cenił), ale za zupełnie mu obcą i niezrozumiałą postawę ideową i polityczną (Giedroyć w swojej „Autobiografii na cztery ręce” wspomina, że Herbert zrobił Miłoszowi w Berkeley dziką awanturę, kiedy Miłosz użył określenia „bandyci z AK”). Tej samej, której Herbert niezłomnie bronił, upatrując w niej ucieleśnienia patriotyzmu w najczystszej postaci i głosząc przekonanie, że  „lepiej jest iść na wojnę niż stchórzyć i lepiej dobyć miecza niż pozwolić się upokarzać. Patriotyzm na poziomie naturalnym jest niemal identyczny z miłością do matki (…). Na wyższym poziomie patriotyzm jest nakazem pracy, a nawet śmierci za ojczyznę.”

Poglądy Herberta nie wynikały z wyboru, był to odziedziczony wzorzec zachowania, którego trzymał się do końca. Był szczególnie wyczulony na relatywizm postaw i ocen. Zwłaszcza relatywizm wynikający z uzasadnienia własnej potrzeby przetrwania, i to wygodnego przetrwania. To ostatnie Miłosz nosił z kolei jak własną skórę, więc nic dziwnego, że nie podzielał punktu widzenia swego respondenta. Dlatego w „Roku Myśliwego” zarzucił Herbertowi „ślepe przywiązanie do jednego imponderabilium: ojczyzny”. Powtórzył to w rozmowie z Aleksandrem Fiutem: „To jest poezja imponderabiliów, poezja z jednym absolutem – ojczyzny. Ojczyzny, obowiązku, honoru.”[2] (Zresztą, podobne głosy na temat Herberta pojawiły się już wcześniej – główny zarzut brzmiał: „autor Raportu z oblężonego miasta to poeta nieznośnej patriotycznej pozy”. Krytyk literacki Tadeusz Komendant powołał nawet „Ligę Obrony Poezji Polskiej przed Herbertem”.)

Herbert niezwykle trafnie zdiagnozował: „Najważniejszy jego [Miłosza] problem to brak poczucia tożsamości. Na ten poważny feler psychiczny znalazł radę: ogłosił się obywatelem Wielkiego Księstwa Litewskiego czy Republiki Obojga Narodów. To ładne i bardzo wygodne, a przy tym zwalnia od wszelkich obowiązków wobec aktualnej rzeczywistości (…). On jest człowiekiem rozdartym — o nieokreślonym statusie narodowym, metafizycznym, moralnym.”[3] .

Po raz pierwszy wypowiedź Herberta (który ośmielił się wykrzywić obraz Noblisty i Autorytetu Narodu) próbowano wtedy wytłumaczyć chorobą (ciekawe tylko, że ta sama choroba nie zniekształcała jego poezji, esejów o kulturze śródziemnomorskiej, a jedynie jego sądy intelektualne na temat powojennej i współczesnej literatury polskiej i pisarzy ją tworzących). Później to rzekome usprawiedliwienie (niewiele właściwie różniące się od zamykania w radzieckiej „psychuszce” niewygodnych dla komunistycznej władzy pisarzy) wracał po każdym „niepoprawnym politycznie” wystąpieniu Księcia Poetów.

Herbert pragnął Polski wyzwolonej ze zła‚ którego wcieleniem byli rządzący komuniści (następnie postkomuniści) i służący im intelektualiści używający autorytetu wiedzy i sztuki do okłamywania prostodusznych obywateli. Szansę demokracji i fundament narodowej tożsamości widział Herbert w zmianie wzorców osobowych. Stąd w jego publicystyce idea oczyszczenia sfery publicznej z brudu kłamstwa oraz postulat odzyskania pamięci o heroicznej przeszłości szlachetnych – choć przegranych – bohaterów. Pragnął zobaczyć naród, który „wstaje z kolan zniewolenia”.

Na wracającego zza granicy u progu transformacji ustrojowej artystę czekało tyleż wygodne, co odcięte od aktualnych problemów, miejsce na Olimpie polskiej literatury. Witano poetę intelektualnego‚ godnego czci humanistę‚ wyraziciela dążeń demokratycznej opozycji. Żądano od niego, żeby stał się żywym pomnikiem  przeszłości lub odszedł w cień i zamilkł.

Tymczasem Herbert – wierny tradycyjnym wzorom poety -obywatela Rzeczypospolitej, duchowego przywódcy narodu – nie zamierzał pełnić roli dostojnego starca ani wyniośle dystansować się wobec pospolitej aktualności.

Program publicystyki Herberta wynikał z założenia‚ że Polacy tracą szansę na autentyczną wolność. Wynik układu z 1989 roku  doprowadził do zakłamania rzeczywistości‚ które Herbert nazywał „zapaścią semantyczną”. Problem prawdy i fałszu w dyskursie społecznym nurtował poetę od dawna. Teza została sformułowana prosto i okrutnie: obowiązkiem intelektualistów jest mówić prawdę („w końcu za to im społeczeństwo płaci” – wypominał poeta), tymczasem pisarze‚ dziennikarze i artyści PRL‚ zgodnie z wolą komunistów‚ wyjałowili język ze znaczeń.

Po roku 1945 intelektualiści na zlecenie władzy (z niskich‚ bo materialnych i ambicjonalnych pobudek) deformowali historię i obraz rzeczywistości‚ fałszując język publiczny. Po roku 1989 ci sami ludzie znów aspirują do duchowego przywództwa („elity intelektualne trupów”). Skutek jest taki‚ że znaczna część naszych rodaków  straciła umiejętność budowania elementarnych opozycji: wierność – zdrada‚ prawda – fałsz‚ dobro – zło i nie potrafi przypisać zasadniczym pojęciom ich prawdziwego sensu. Pierwszym punktem programu Herberta była więc lustracja rządzących i wspierających ich intelektualistów winnych utrzymywania się zapaści semantycznej. Zaciekle tropił jej przejawy. Antybohaterem felietonów Herberta był konformista doskonały z biografią PRL-owskiego pisarza‚ dziennikarza‚ aktora‚ np. Kazimierz Brandys‚ Tadeusz Konwicki czy Gustaw Holoubek. Herbert wskazywał więc na ich moralną chwiejność i niekonsekwencje światopoglądu połączone z talentem atrakcyjnego usprawiedliwiania zła. W tej ostatniej dyscyplinie celowali tacy pisarze‚ jak Miłosz‚ tłumaczący się ze swego akcesu do stalinizmu „heglowskim ukąszeniem”. Jego oponent, mając w pamięci Elzenbergowskie wskazania etyczne –  piętnował tych‚ którzy najpierw sprzeniewierzyli się etosowi intelektualisty‚ a następnie nie czuli się winni deprawacji społeczeństwa. Herbertowska lustracja przypominała bolesny seans psychoanalityczny – poeta wzywał do „wielkiej pracy samokształceniowej – jasnego zdania sprawy z naszych win i ułomności”. Kontynuował więc ten rodzaj literatury, która nie odcinając się od tradycji i narodu, często boleśnie ten naród naprawiała, poprawiała, wzywała do oczyszczenia.

Herbert demaskował „prawdziwego” Miłosza – zdrajcę i błazna szargającego świętość‚ ojczyznę i jej bohaterów. Kreował spór wieszczów‚ w którym już nie tyle Miłosz i Herbert‚ ile kpina z patosem‚ prowokacja z gniewem sprawiedliwym‚ lekceważenie z honorem ojczyzny stawały w szranki.

Brutalnie szczera ocena Noblisty była Herbertowi potrzebna w walce o wolną i odkłamaną Polskę‚ nadawała siłę jego atakom na załgane elity. Andrzejewski‚ Konwicki czy Brandys byli za mało ważni‚ aby stanowić wystarczająco wyrazisty punkt odniesienia. Miłosz mógł być sztandarem‚ który Herbert chciał rzucić w pył. Uderzenie w uznany autorytet (największy wśród lewicowo-liberalnej inteligencji), był istotnym elementem realizacji lustracyjnej misji‚ kampanii o odzyskanie języka prawdy oraz wysiłku na rzecz powstrzymania destrukcyjnego dla polskiej świadomości wpływu intelektualistów – „dialektyków i fałszerzy”.

Jak już wspominałam, Herbert obnażał powody życiowych decyzji noblisty‚ jak współpraca z reżimem i ucieczka na Zachód. Były to najpierw strach i pragnienie wygodnego życia oraz pycha głaskanego artysty‚ a następnie brak przywiązania do wspólnoty. Skoro – według Herberta – ojczyzna oznacza świadomy wybór określający na całe życie oraz warunek duchowej tożsamości‚ to Miłosz‚ uciekający w mityczną‚ litewską ojczyznę‚ obywatel świata z Berkeley unikający jednoznacznej odpowiedzi na pytanie‚ kim jest – nie może być zdolny do postaw i uczuć patriotycznych.

Zaangażowaniu Herberta w aktualną rzeczywistość przyglądano się z niesmakiem i zgorszeniem, oceniano jego akcje jako moralistyczną fantastykę polityczną. Wzruszeniem ramion przyjmowano starania o unieważnienie wyroku na Kuklińskiego. Herbert rozumiał presję aby honor postrzegać w kategoriach  anachronizmu i uczynił z tej wiedzy opozycyjny system wartości,  budując teksty właśnie jako wypowiedzi osoby‚ którą publiczność może sobie – jeżeli chce – uznać za Don Kichota zaangażowanego w obronę przegranej sprawy. Pragnął wyjść poza poezję‚ by słowo oznaczało czyn. Niestety‚ mógł z goryczą powtórzyć słynną frazę z Przesłania Pana Cogito: „a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych”.

Wybór realizowanej misji wymagał stosownego języka: „Od publicystów bowiem wymaga się jasnych sformułowań‚ a mgiełkę niedopowiedzeń zostawiamy poetom”. Swój styl prasowy wystylizował więc na język ludzi prostych a szukających prawdy – w opozycji do mętnego języka nieostrych znaczeń polityków i intelektualistów. Mowa Starego Poety miała wywoływać gwałtowną reakcję‚ by czytelnik opowiedział się za lub przeciw tradycyjnym wartościom: „Prosiłbym, a nawet zaklinałbym Polaków‚ aby uświadomili sobie‚ że u nas wojna toczy się dalej‚ zaciekła walka na śmierć i życie nie ustaje”.

Zdaniem publicystów i większości literaturoznawców ów prasowy „epizod” należy przemilczeć i do dziś pojawiają się opinie‚ że Herbert „zestarzał się źle‚ niegodnie”. Zaangażowanie w sprawy  Polski uniemożliwiło przekształcenie go w pomnik, a co gorsza formowało w oczach opinii publicznej obraz pisarza-patrioty właśnie oskarżającego odważnie wielu za ich niegodne czyny.

Herbert umierał z etykietką szalonego starca, Miłosza  pochowano na Skałce wśród naszych bohaterów narodowych…

Spór o wartości

Konfliktowi Herberta z Miłoszem poświęciłam tyle miejsca, ponieważ tego rodzaju spory już wcześniej wskazywały na zarysowującą się rozbieżność w rozumieniu roli literatury.  Atmosfera międzywojnia pod względem toczonych literackich dyskusji była niewątpliwie jeszcze bardziej gorąca, w okresie PRL podporządkowana „jedynie słusznej linii”, ale czy dochodzono w nich do tak precyzyjnych rozróżnień?    

W okolicach 1989 roku czymś oczywistym wydawało się porównywanie rodzącej się wówczas Trzeciej Rzeczypospolitej z Rzeczpospolitą Drugą. Czyniono te porównania z rozmaitych zresztą pobudek. Jedni wierzyli, że III RP zerwie nieodwołalnie i ostatecznie z PRL i z przeszłością, a tym samym – jak Polska z 1918 roku – znajduje się w sytuacji kraju, który po okresie niewoli odbudowuje swe życie instytucjonalne, polityczne, duchowe itd. Inni sądzili, że Polska roku 1989 ma nie tylko moralny obowiązek powrócić do tamtej Polski, której symboliczne życie zaczęło się 11 listopada 1918 roku, a które przerwane zostało istnieniem PRL. II Rzeczpospolita była z tej perspektywy nie tylko pewnym modelem poznawczym, ale źródłem wartości i wzorem do naśladowania.

Wspomniane analogie czyniono także w odniesieniu do sytuacji, w jakiej znalazła się polska literatura. Jedni (np. Jan Błoński i Krzysztof Kohler) widzieli, a raczej chcieli zobaczyć w poetach Brulionu (odcinającego się od tradycji i poezji narodowo-patriotycznej) nowych skamandrytów, a inni cierpliwie czekali na nowe Przedwiośnie i Generała Barcza. „Dwudziestolecie miało mit początku. Otóż pierwsze miesiące lat dziewięćdziesiątych takiego mitu nie mają. Nie ma wierszy, manifestów, prac krytycznych – zapowiadających nową erę. Żadnych planów budowy. Żadnych marzeń, by posłużyć się tytułem książki Tomasza Burka”- pisze Edward Balcerzan.

A w Dwudziestoleciu: rozpoczął Tuwim jeszcze w marcu 1918 roku na łamach studenckiego pisma Pro Arte et Studio młodzieńczo-brawurowym wierszem Wiosna, w którym daje jednak do zrozumienia, że jego stosunek do Polski niekoniecznie wynika z tego samego systemu wartości co innych. Protestują wszyscy – organizacje studenckie, krytycy. Ale na fali dyskusji rodzi się i kształtuje Skamander. Równocześnie (też od 1918 roku) trwa spór wokół literatury awangardowej. Futurystyczne prowokacje Wata, Sterna i Jasieńskiego oburzają samego Stefana Żeromskiego, który pisze liczące blisko 200 stron dzieło „Snobizm i postęp”. To wywołuje kolejną falę dyskusji… Dodajmy spór o teorię Czystej Formy Witkacego. W 1923 wybucha dyskusja wokół „Generała Barcza” Juliusza Kadena-Bandrowskiego. Spór wydaje się jednak stosunkowo błahy w porównaniu z tym, co będzie działo się rok później po edycji „Przedwiośnia” Żeromskiego. Znów kilkadziesiąt recenzji i szkiców, powstają broszury, a nawet książki.

Przy okazji nie brakuje wyrazów osobistej niechęci czy niewybrednych epitetów, jak np. zaliczenie przez Przybosia do „chamułów poezji” Kasprowicza i Wittlina czy nazwanie Kadena „kelnerem” przez Cata-Mackiewicza.

Nie brakowało nawet pojedynków! W 1924 roku Antoni Słonimski pojedynkował się z Mieczysławem Szczuką „w obronie sztuki polskiej”. Rzecz skończyła się bezkrwawo.

W porównaniu z tym barwnym i gwarnym życiem literackim Międzywojnia, kilkanaście lat III Rzeczypospolitej faktycznie wydaje się bezbarwne i nudne. Wielu współczesnych krytyków chce również objąć takim marginesem spór Miłosza z Herbertem. Nie należy go brać poważnie – według nich – bo ten drugi był przecież chory (żona potwierdziła!), a więc jego słowa nie mają znaczenia.

Tymczasem jest to najważniejszy spór, jaki pojawił się kiedykolwiek w literaturze polskiej. O ile bowiem w Dwudziestoleciu kłócono się przede wszystkim o sprawy artystyczne, estetyczne i nawet – jeśli dyskusja zahaczała o sprawy rodzącej się Rzeczypospolitej – to strony dyskusji łączyła jedna nadrzędna wartość: odzyskana, wolna Polska. Różne były programy jej budowy, ale nikt wprost nie odcinał się od tradycji i historii narodu polskiego. A kiedy trzeba było (np. podczas wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku), nawet ci, którzy wcześniej w młodzieńczym buncie odrzucali „walkę i martyrologię”, chwytali za broń, bo obronę ojczyzny uważali za swój naturalny obowiązek.

A jeszcze wcześniej? Przywołany już przeze mnie konflikt wieszczów – Słowacki w wielu utworach prowadzi otwarty spór z Mickiewiczem, co do roli postawy Polaków wobec walki narodowowyzwoleńczej. Cierpieniu narodu, czekającemu biernie na cud Zmartwychwstania (Mickiewiczowski mesjanizm), Słowacki przeciwstawia konieczność aktywnej walki, nawet za cenę militarnej klęski. I znów – dwie różne drogi, ale jeden cel: dobro Polski.

W przeciwieństwie do opisanych wyżej literackich sporów w konflikcie Herberta i Miłosza wystąpiła wyraźna sprzeczność interesów. U jednego na pierwszym planie jest (i będzie nim do końca życia) ojczyzna, drugi (który sam siebie nazywa „wygnańcem bez ojczyzny”[4]  i „Litwinem piszącym po polsku”) się od tej ojczyzny i jej tradycji wyraźnie odcina, wręcz pała do niej niezrozumiałą nienawiścią. Pierwszy, nawet gdy był „barbarzyńcą w ogrodzie”, wędrował „labiryntem nad morzem” czy przyglądał się „martwej naturze z wędzidłem” na płótnach malarzy flamandzkich mocno czuł swoje zakorzenienie w tradycji polskiej, która tam wszak, nad Śródziemnomorzem ma swe źródło. Drugi – za wszelką cenę chciał być „tym lepszym czyli Europejczykiem”. Charakterystyczne jest to, że Miłosz stał się głosem liberalizmu i lewicy, Herbert zaś głosem konserwatyzmu i prawicy. Po stronie Miłosza stanęła Gazeta Wyborcza i zwolennicy tzw. grubej kreski (jego imię wypisała na sztandarach Unia Wolności), po stronie Herberta Tygodnik Solidarność oraz zwolennicy dekomunizacji i lustracji. Miłosza obwieścili „Narodowym Autorytetem” intelektualiści, Herbert pozostał „Księciem Poetów” i „Panem Cogito”, który każe być wiernym i iść – dla inteligencji polskiej pamiętającej o swych korzeniach.

Nierówne (pod każdym względem – zdrowia, fizycznych sił, poparcia mass mediów) starcie obu poetów jest w gruncie rzeczy bitwą o Polskę, o światopogląd Polaków (których Herbert do końca życia próbował uchronić przed  odebraniem im tożsamości), również o kształt – czy może raczej o istnienie – literatury polskiej.

Literatura narodowa czy uniwersalna?

Czołowa diva „Wysokich obcasów” – Kinga Dunin – już na początku lat 90. pisała: „Literatura polska to patos, nuda i troska. A więc po pierwsze – jest świętością, którą nieśliśmy przez dzieje, widząc w niej sens i szansę ocalenia narodowej tożsamości. Po drugie – są to utwory (których nikt nigdy by nie przeczytał, gdyby nie został do tego zmuszony) oraz zastępy obsługujących je Bladaczek, mających na podorędziu ważkie pytania: Jakiego koloru wstążki miała Jagna na weselu? i Dlaczego nie wzrusza, skoro wielkim poetą był? I po trzecie – odkąd pamiętam, literatura polska przypomina chorego, nad którym pochylamy się z lękiem i troską, dopytując się: Co ci dolega? Czy jeszcze żyjesz?[5]

No cóż, co jakiś czas nieopierzeni adepci pióra manifestują swoje nią znudzenie, obrzydzenie, jej anachroniczność, nieprzydatność (na progu pierwszej niepodległości najgłośniej czynili to futuryści z Jasieńskim, Watem, Młodożeńcem na czele).

Dunin idzie jednak w swej negacji dalej. Postuluje: „Przestańmy uważać, że literatura polska musi istnieć. Nie musi. Nawet jeżeli zniknie i tak będzie w Polsce istniała jakaś literatura. Każdy będzie mógł sobie coś wybrać z ogromnej światowej oferty.”

Krótko mówiąc, literaturę własną zastąpić może bogactwo literatury światowej. Nawet jeżeli znaczny procent społeczeństwa (nie tylko zresztą polskiego) sięga zwykle właśnie po wskazane przez autorkę „Ludlumy i Harlequiny”, to taką sytuację należałoby zmienić, pokazać pozostałym w lustrze współczesnej narodowej literatury ich troski, lęki, bóle, radości i nadzieje, ich życie. Bo ci ludzie tu i w tej literaturze szukają odpowiedzi na dręczące ich pytania. A to zwykle kwiat społeczeństwa, elita przenosząca świadomość narodu, jego tradycje i wartości w następne pokolenia, sprawiająca, że naród żyje. Dlatego też ambicją każdego kraju, jest posiadać odrębną, mówiącą o własnych sprawach (nawet jeżeli nie są one do końca zrozumiałe dla reszty świata) własną literaturę. Bez własnej kultury, naród staje się magmą regionalną, grupą etniczną, niczym więcej. Nie możemy wszak zapominać, że to m.in. narodowa literatura pozwoliła przetrwać Polakom zabory i w 1918 roku wskrzesić Niepodległą.

Głosiciele poglądów, że być może do prawdziwej kultury czy literatury Polaków w większej mierze należy obecnie (w globalnym świecie, kreowanym przez media) obraz amerykańskiego farmera na tle pola kukurydzy w Kalifornii, niż obraz biegnącego przez polskie pole Boryny w śmiertelnej koszuli, są w jakiś sposób kontynuatorami poglądów i haseł internacjonalistycznych lansowanych w niedalekiej przeszłości przez komunistów. Być może owi propagatorzy „globalnej literatury” nie zdają sobie sprawy (a może ich działanie jest zaplanowanym etapem światowej rewolucji?), że maszerując pod sztandarami upodobnienia, ujednolicenia, stopienia się z resztą Europy i świata, robią fatalną przysługę naszej literaturze, bo ta musi mieć swoje zakorzenienie w odrębnej tradycji, kulturze, duchowości. Bo jeśli tego nie będzie miała, to nawet napisana w języku polskim, będzie tylko literaturą polskojęzyczną. Miłosz mówił o sobie: „Jestem Litwinem piszącym po polsku”. A zanurzone w Kabale i mistyce żydowskiej opowiadania Schulza nic nie umniejszając ich wartości czyż wyrosły z tradycji polskiej? Chyba tylko o tyle o ile żyzną glebę stanowiła dla nich tradycyjna polska tolerancja, dzięki której nasza kultura wzbogaciła się o owe arcydzieło. Interesująca jest przecież osobność, odrębność, specyficzność, która stanowi cenny kamyk dorzucony do mozaiki literatury światowej.

Obrońcy tradycji są w dużo gorszej sytuacji – kwestionują prawdziwość wykrzywionego obrazu rzeczywistości. Zdawałoby się, że nie mają racji. Wystarczy przecież wejść dziś do księgarni, żeby zobaczyć półki uginające się pod książkami. Jednakże ta obfitość tylko pozornie świadczy o rozkwicie. Jego apologeci nie mogą zaprzeczyć, że pomimo obfitości daje się odczuć pewien dyskomfort. To prawda, że wydaje się dużo dobrych tytułów, że książki są dziś o niebo lepiej wydawane niż dawniej – jednak pomimo to brak jest świadomości o literaturze prawdziwie polskiej. Lansuje się albo światowe bestsellery (w rodzaju „Harry Pottera” czy „Kodu Leonarda”), za którymi idzie cała machina reklamowo-promocyjna (a więc i zysk dla wydawcy), „literacki fast-food” (tworzony na zasadzie akcji „i ty zostań polską Bridget Jones”, po której okazuje się, że każda kobieta może być pisarką, wystarczy, że ponarzeka na mężczyznę i problemy z odchudzaniem) czy wreszcie – świadomie tworzy się niszę „dla intelektualistów”, gdzie mają swoje wyeksponowane miejsce tytuły nominowane do Nagrody Nike „dla najlepszej polskiej (sic!) książki roku”, które w rzeczywistości nie mają zwykle wiele wspólnego z określeniem „polska”, poza językiem, w jakim zostały napisane i miejscem wydania.

Klasykę literatury polskiej też najlepiej – jak postuluje pani Dunin – wyrzucić. Ciekawe tylko, dlaczego Francuzom nie przychodzi do głowy rezygnować z Moliera, Racine’a czy Victora Hugo, Anglikom z Szekspira albo Dickensa, Niemcom z Goethego i Tomasza Manna? W czym są lepsi od Mickiewicza czy Norwida? Bo ich dzieła są w kanonie światowej literatury?

W książce The Western Canon krytyk literacki Harold Bloom wymienia jedynie sześciu polskich pisarzy: Brunona Schulza, Czesława Miłosza, Witolda Gombrowicza, Stanisława Lema, Zbigniewa Herberta i Adama Zagajewskiego. Dlaczego właśnie ich? Adam Czerniawski, tłumacz literatury polskiej na język angielski i polemista Blooma, tak tłumaczy ów fakt: „Do kanonu wcisnął prawie całą brytyjską poezję XIX w., więc wedle takich kryteriów zmieściłby się tam nie tylko Mickiewicz, Słowacki i Norwid, ale także Malczewski, Lenartowicz i Asnyk. A gdyby Krasiński był Niemcem, a Prus Francuzem, Nie-Boska i Lalka dawno figurowałyby w każdym kanonie europejskim. Na nasza literaturę XIX w. nikt nie zwracał uwagi dlatego, że nie istnieliśmy wówczas jako państwo.”

Gdy w latach 20. XIX wieku Goethe przedstawiał swoje wizje literatury światowej, wierzył, że rozwinie się ona z literatur narodowych, z doświadczenia narodów, a w nich poszczególnych jednostek („trzeba zaakceptować unikalną poszczególność narodów, dopiero z tego może narodzić się coś trwałego dla całej ludzkości” – pisał). I nikt nie zaprzeczy, że powieści Dostojewskiego mocno osadzone w realiach carskiej Rosji czy Wiktora Hugo z jego XIX-wieczną Francją, należą do dorobku literatury światowej, właśnie dlatego, że ich autorzy pisali o narodach i sprawach im najbliższych, najbardziej znanych. Byli mocno zakorzenieni w swoich tradycjach, a mimo to – pisali prawdę o naturze człowieka, a więc uniwersalną.

 Bo najpierw musi powstać literatura rosyjska, francuska czy polska, by później móc doszukiwać się w nich „wartości uniwersalnych” – tego, co łączy.

Odnoszę wrażenie, że jakiś diabeł światowej rewolucji świadomościowej – wmawiając nam (po polsku, żebyśmy się dobrze zrozumieli) kompleks niższości i zacofanie – chce rozpuścić polską literaturę narodową w ogromnym tyglu „uniwersalizmu”. Bul, bul – nie ma już tradycji… bul, bul – nie ma historii… bul, bul – zniknął Herbert, Norwid, Mickiewicz i jeszcze kilku poetów… bul, bul – nie ma nas… I tylko Dom Literatury stoi, jak stał. Czyżby tam było jedno z centrów diabelskiego dowodzenia?

___________________________________________________________________________

[1] Termin stworzony przez Rogera Scrutona (artykuł: Oikofobia i ksenofilia, “Arka” 1993, nr 46) na oznaczenie patologicznej niechęci, odrazy, a często nienawiści do własnej, rdzennej wspólnoty osób, zwłaszcza rodzinnej, narodowej i cywilizacyjnej, szczególnie rozpowszechniona pośród lewicowych i liberalnych intelektualistów już od czasów oświecenia. Objawia się zwykle pod postacią  – nieodmiennie nasączonego silną dawką moralnego patosu – sprzeciwu wobec ksenofobii, antysemityzmowi, przypisywanej – niejako odgórnie – „kołtunerii” czy „ciemnogrodowi”, bez sprecyzowania istoty czy zakresu zarzutów.

[2] Aleksander Fiut, Czesława Miłosza autoportret przekorny, Kraków 1994.

[3] Pojedynki pana Cogito. Rozmowa ze Zbigniewem Herbertem, „Tygodnik Solidarność”, 11 listopada 1994.

[4] Czesław Miłosz, Szukanie ojczyzny, Kraków 2006.

[5] “Ex Libris”, nr 48, 1994.

Tags: , ,

About Alicja Szóstka