/> Snajper – Tradycja – Tradition
Go to ...

Tradycja - Tradition

Pismo - Forum światopoglądowe

Snajper


Znakomita proza Jerzego Terpiłowskiego z trudem toruje sobie należne jej miejsce w literaturze polskiej. Ta sytuacja (i nie tylko ona) nasuwa skojarzenie z historią twórczości Conrada. Zawsze uważałem, że aksjologia zawarta w dziełach obydwu ma wiele wspólnego, a ostatnio, kiedy czytałem nową powieść Jerzego (Snajper)[1], uderzyło mnie przedziwne podobieństwo losów, które odnajduję również w rysach charakteru stworzonych przez nich postaci. No cóż…

Mężczyzna, aby wypełnić przeznaczony mu czas, powinien – być może – podążać drogą wydeptaną przez poprzedzające go pokolenia i nie chcieć zbyt wiele: zasadzić drzewo, zbudować dom i spłodzić syna. Pożyć zdrowo i godnie od dobrych urodzin do naturalnej śmierci. Większość z nas stawia sobie takie cele, a prawdą jest i to, że nie wszystkim udaje się zrealizować je tak, jakby tego chcieli. Jednak bywają ludzie, którym nie wystarcza podążanie sprawdzonymi koleinami i powszechnie wyobrażane cele, więc poszukują jeszcze innych dróg dla spełnienia się, dla wykorzystania własnych możliwości czy predyspozycji, a może tylko czegoś ekstra, może… dodatkowych wrażeń. Co kieruje twórcami, ale też i ludźmi innego autoramentu, że potrafią – obok osiągania owych fundamentalnych celów – poświęcić tak wiele czasu czemuś, co innym wydałoby się niewartą zachodu fanaberią i robią z tego ideę przewodnią swego życia? Czy mają więcej zdrowia, sprawniejsze mięśnie lub zmysły? Może to sprawa potencjału energetycznego, albo ów specyficzny niepokój jest po prostu zapisany w genach?

Josepha Conrada i Jerzego Terpiłowskiego z pewnością trzeba zaliczyć do takich właśnie typów osobowości.

Ale to przede wszystkim bardzo polscy pisarze. Wprawdzie obydwaj umiejscawiali akcję swych powieści z dala od rodzinnego kraju (pierwszy w całej swej twórczości, a drugi tylko w części, bo trzeba pamiętać o jego doskonałych varsavianach (Wielkość lub zguba, Bagaż duszy, Warszawskie czakry) oraz osadzonych w polskich realiach dramatach (Likwidacja izolatora, Lustracja), ale bystry literaturoznawca od razu dostrzeże w nich nacieczenie polską tradycją. Obydwaj urodzili się na kresach Rzeczypospolitej (chociaż dzieliło ich prawie sto lat), znaczną część życia spędzili w Polsce zniewolonej przez wschodniego sąsiada, a następnie poznawali na własną rękę tzw. Wolny świat. Zafascynowany morzem Conrad wykazał wprawdzie większą stałość zainteresowań niż Terpiłowski, który imał się wielu zawodów, przebiegając życie za czymś – czego kształt jawił mu się pewnie przez długi czas mgliście – równie gorączkowo i konsekwentnie jak spragniony pies dingo pokonuje dziesiątki kilometrów australijskiego buszu w poszukiwaniu wody. Jednak w końcu obaj mężczyźni zrozumieli to samo: “jest tak wiele spraw, o których jak najwięcej ludzi powinno usłyszeć, że muszę im o tym powiedzieć i żeby to zrobić najlepiej jak umiem, napiszę o tym”.

Ani Korsarz Conrada, ani Snajper Terpiłowskiego nie są powieściami autobiograficznymi, a jednak żadna z ich książek nie wyraża tak wiele o nich samych. Obie, napisane całkowicie odmiennym stylem, a nawet w innym języku, kreują tytułowych bohaterów, którzy tak jak oni sami – wstępując w szeregi Bractwa Wybrzeża lub ucząc się w Szkole Morderców – nie porzuciliby systemu wartości odziedziczonego od swych przodków. Obydwaj pisarze wielką uwagę przykładają do przedstawienia sposobu, w jaki ich wiodące postacie tłumaczą sobie rzeczywistość, co jest dla nich ważne, a co obojętne oraz jak chcieliby ułożyć sobie starość i co w tym kierunku robią.

Conrad zabierał swych czytelników na oceany lub wybrzeża mórz, podczas gdy Terpiłowski preferuje stały ląd, ale w gruncie rzeczy, nie ma to większego znaczenia, bo sposób patrzenia ich obu przypomina metodę zwaną w lotnictwie pustą skrzynką, zasadę nieustannej obserwacji całego pola widzenia – z prawej do lewej, od góry do dołu i z powrotem. Posługując się nią, piloci bojowych samolotów dostrzegają przede wszystkim to, co istotne: rakietę wroga, pędzący naprzeciw inny jet lub zmieniający się ksztalt chmur. W tym samym czasie, ich uwaga funkcjonuje niby oko kamery prowadzonej przez doświadczonego operatora, wybiórczo rejestrującej potrzebne elementy rzeczywistości. W tę swoistą dla siebie umiejętność obaj pisarze wyposażyli swoich bohaterów. Dlatego obcując na kartach powieści z kanonierem Peyrolem z Korsarza albo z doktorem Wilsonem ze Snajpera, poznajemy osobowość Conrada i Terpiłowskiego, a może nawet więcej: uzyskujemy odpowiedź, skąd bierze się ów niespokojny duch, o których wspominałem na wstępie.

Przeczytamy za chwilę fragment Snajpera, w którym Wilson poznaje miejsce akcji i jedną z ważniejszych osób. Wielbiciele Conrada z pewnością odnajdą w nim tam liczne podobieństwa sposobu, w jaki Peyrol postrzegał otaczającą go rzeczywistość, powracając na starość do miejsca znanego sobie z dzieciństwa, do okolic przylądka Esterel, gdzie miała się rozstrzygnąć jego ostatnia przygoda. Spójrzmy oczyma Terpiłowskiego:

“Wiedeń, wielki wspaniałościami architektury i historią, umiejscowiony w maleńkiej Austrii, nasuwał Wilsonowi skojarzenie z butami olbrzyma pozostawionymi w mieszkaniu zwykłych ludzi. A ten niewielki, skromny kościół, na wzgórzu Kahlenberg, górował nad wielkim miastem już wtedy, gdy było ono stolicą cesarstwa rozciągającego się od Włoch po Czarnogórę. Kościółek – wzniesiony ku czci polskiego króla Jana III Sobieskiego, trwa w proporcjach odpowiednich dla otaczającego go środowiska i świadczy o tym, że ziemska potęga jest niczym wobec czasu, rzeźbiącego przedziwne meandry w losie ludzkich pokoleń. Wszak wieczne, zdawałoby się, Cesarstwo Habsburgów mogło upaść już XVII wieku pod naporem tureckiej potęgi. Teraz wspaniałości dawnej epoki pozostały już tylko atrakcją turystyczną, można ogarnąć je wzrokiem spod podnóża świątyni. Pomagają w tym masywne mosiężne lunety zamocowane na statywach przy balustradzie tarasu, po południowej stronie kościelnego placyku.

Turyści, nasyciwszy oczy panoramą Wiednia, odpoczywali na ławkach. Wilson podszedł do lunety, wrzucił monetę do otworu w jej podstawie i i skierował obiektyw na kępę drzew osłaniających rezydencję poniżej, na stoku wzgórza. Zobaczył konary, pojedyncze gałęzie, a nawet kształt liści tak blisko, jakby miał je na wyciągnięcie ręki. Pomiędzy nimi prześwitywały zarysy obszernego talerza anteny satelitarnej. Był prawie na tej samej wysokości co wierzchołki drzew, ale nieco dalej. “Gdyby można było wleźć jeszcze wyżej.” Spojrzał za siebie: “Wieża kościoła góruje kilkanaście metrów ponad tarasem. Ale kąt, pod jakim widziałbym rezydencję, jest zbyt ostry.” Nakierował lunetę na pierwsze zabudowania miasta. “No jest! Trzynastopiętrowy blok z ogromną reklamą wina Klosterkeller na ścianie. Kąt idealny, na dachu wielkie, metalowe kołnierze nawiewno-wywiewnej wentylacji. Doskonałe stanowisko strzeleckie. Szkoda, że tak daleko. Pewnie z osiemset metrów.”

Postał jeszcze przez chwilę na tarasie, a potem poszedł do kościoła. Przekraczając jego próg, zanim zdążył rozejrzeć się dokoła, spostrzegł nagle znajomą skądś twarz kobiety. Cofnął się gwałtownie na zewnątrz.

– Uważaj pan! – Syknął uczestnik wycieczki angielskich emerytów, któremu Wilson nastąpił na nogę. – Diabeł panu wejść nie daje, czy co?!

Amerykanin przeprosił i ostrożnie wślizgnął się do środka, definiując w myśli własną hipotezę natury zła, zwanego diabłem. “Jeżeli coś takiego rzeczywiście istnieje, to jest to zewnętrzna siła, nad którą nie możemy zapanować. Energia wnikająca w nas, mimo naszego sprzeciwu, albo niepostrzeżenie, kiedy sobie z tego w ogóle nie zdajemy sprawy. Czerpie moc z naszej mocy jak jakiś pasożyt. A czasem – mimo największych starań i doprowadzonej do perfekcji precyzji – nie pozwala na wykonanie zamierzonego działania.”

Stanął w cieniu filara i obserwował kobietę. “Skąd ja ją znam?” Mogła mieć najwyżej trzydzieści lat. Kasztanowe włosy, brzoskwiniowa cera, ciemne brwi nad wielkimi, brązowymi oczyma, lekko wystające kości policzkowe i skośne cienie pod nimi. Usta lekko wzniesione nad gładkość policzków – typowy wiedeński pyszczek – i ten pieprzyk nad górną wargą. “Kto to jest?” Wilson miał wrażenie, że przeżył w obecności tej kobiety kilka miesięcy. “Jeżeli w obcym mieście, w którym jestem zaledwie kilka tygodni, spotykam nagle, oko w oko, kogoś tak dobrze znanego, to nie ma mowy o przypadku. Prawdopodobnie jest to ktoś, kogo poznałbym natychmiast, gdyby nie charakteryzacja. Trzeba wyjść naprzeciw niebezpieczeństwu. Zwłaszcza, że tym razem ma tak ujmującą powierzchowność.” Podszedł do kobiety. Stanął na tyle blisko, że podniosła na niego zdziwione oczy. Nie odwzajemnił spojrzenia i sylabizował na głos łaciński napis, wyryty pośrodku kamiennej tablicy.

Kobieta zawróciła ku wyjściu. Wilson jakby dopiero teraz ją zauważył. W jego wzroku błąkał się wyraz doskonale udanego roztargnienia. Dotknął jej ręki i, nie patrząc na nią, poprosił swym szkolnym niemieckim:

– Przepraszam, czy może mi pani objaśnić, co tu napisano?

Chciał poznać brzmienie jej głosu, bo w takich przypadkach najbardziej dowierzał zmysłowi słuchu.

– Przykro mi, ale nie mam czasu. Niech pan sobie wynajmie przewodnika – odparła.

Głos ostentacyjnie odpychający, ale mimo konwencjonalnej wrogości, miły i ciepły. “Skąd ja znam tę morelę?”

– Nie chciałbym angażować przewodnika w tak drobnej sprawie. Właściwie wcale nie obchodzi mnie ten obiekt, tylko to, co tu napisano. Może nie sprawiłoby pani zbyt dużego kłopotu, gdyby mi pani jednak pomogła?

Powinna odebrać, kryjący się w tych słowach, cień wyrzutu: “To ja przylatuję z drugiej półkuli, żeby zostawić wam moje pieniądze, a pani, tutejsza dama, ma mnie za natręta!”

– Ale jakiż to kłopot! – Wiedenka poczerwieniała. – Skoro pan jest takim uparciuchem… Tak w ogóle, to ten kościół pobudowano ku czci i pamięci polskiego króla, który trzysta lat temu przywiódł swoje wojska na pomoc naszemu cesarzowi oblężonemu przez Turków. Teraz przetłumaczę, co tu wyryto, na angielski.

– Skąd pani wie, że jestem anglojęzyczny?

– Bo sylabizował pan domini jako domajny – odparła. – To może zrobić tylko Angol albo Jankes.

– Strzał w dziesiątkę – przyznał Wilson. – Nowy Jork – dodał, szukając na jej twarzy jakiejkolwiek reakcji.

Nie podjęła tematu.

– Więc zaczynam – obwieściła: “Król Polski, Jan Sobieski, przybył tu z całą swą mocą na odsiecz cesarzowi Leopoldowi Habsburgowi w ciężkiej potrzebie, dopomagając do obrony chrześcijaństwa przed turecką nawałą, przez co chwałę Bożą i swoją pomnożył. Roku 1768 lipca ku wiecznej chwale tego czynu na wieczną rzeczy pamiątkę.” – Zadowolony pan? Czy mogę już odejść?

Wilson patrzył na nią natarczywie. Nie rozumiała tego. Czekała jeszcze tylko na grzeczne podziękowanie.

–   Dzięki serdeczne, ale muszę się do czegoś przyznać.

Wiedenka skrzywiła usta w lekkim uśmiechu.

– Rozumiem, że chciałby mnie pan poznać, czy tak?

– Raczej zapytać, skąd panią znam – zdecydował Wilson. – Bo ja z pewnością już kiedyś panią spotkałem.

– To proste – odparła kobieta. – Raz w życiu sprzedałam się reklamie i teraz moje roznegliżowane, ogromne podobizny wylegują się na billboardach w całej Austrii.

Wilson palnął ręką w czoło.

– Rzeczywiście! Bielizna Palmersa!

– Właśnie. Ale skoro ten widok wywarł na panu takie wrażenie, to znaczy, że nieświadomie padłam ofiarą pańskich żądz. Niestety, wielu mężczyzn odczuwa to samo, widząc mnie na żywo. Przepraszam, ale muszę już iść – dodała. – Nie jestem sama.

– Jeszcze raz dziękuję i przepraszam, chociaż zaręczam, że nie miałem na myśli nic zdrożnego. A gdyby była pani w opresji, chciałbym przyjść jej z pomocą, tak jak ten polski król waszemu cesarzowi.

Wiedenka obdarzyła go uśmiechem i machnęła dłonią. Ten gest świadczył, że uważa go za niepoprawnego podrywacza, ale uśmiech był pobłażliwy: “No niech tam, w końcu to mi tak bardzo nie uwłacza”. Potem odeszła ku wyjściu. Wilson rozejrzał się wokół. Nikt nie próbował podsłuchiwać rozmowy. “Zatem sprawa jest prosta i oczywista. Skleroza płata różne figle. Raz kogoś nie pamiętamy, a potem ktoś, nigdy nie widziany, wydaje się kimś znajomym.” Postanowił zbliżyć się do tej kobiety. W obcym mieście trzeba znać kogoś, najlepiej osobę odrębnej płci, bo to najłatwiejsze. “Jesteśmy wtedy mniej zauważalni.”

*

Bohaterowie Conrada i Terpiłowskiego nigdy nie zajmują wysokiej pozycji w hierarchii społecznej, obaj pisarze nie poświęcają uwagi ludziom z kręgów władzy ani sławom światowej renomy. Ale ci powszedni ludzie, o których piszą, dzięki specyficznym umiejętnościom oraz silnej osobowości, kochani czy nienawidzeni – są szanowani. Szacunku domagają się swoim działaniem, bo nie słowami, w te są oszczędni, a tym którzy tego nie pojmą – biada. Nie tyle uzurpują ów szacunek dla siebie, co dla idei, w które wierzą. I dlatego potrafią wiele namieszać w planach niegodziwców. Przyjrzyjmy się, jak starannie bohater Snajpera wprowadza w czyn swój pomysł, zdawałoby się niemożliwy do zrealizowania i ile wysiłku go to kosztuje. Conradowski Peyrol realizując na swój sposób – przekazaną mu przez porucznika Reala – ideę wprowadzenia w błąd samego admirała Nelsona, poświęca wprawdzie swym planom o wiele więcej emocjii i troski niż trudu graniczącego z samozaparciem, ale – w gruncie rzeczy – w działaniu obu tkwi ta sama potężna oś, wokól której kręci się wszystko, co robią: niezłomne postanowienie wykonania zadania:

“Pewnego dnia, Jerome Wilson wstał wcześniej niż zwykle. Śniadanie zjadł w restauracji Lucky Chinese, do której wszedł tylnym wejściem, a potem poszedł na plac Schwarzenberga. Tam, pod pomnikiem konnego księcia, złapał taksówkę i kazał się zawieźć do Schwechtat. Wysiadł w centrum miasteczka i powędrował w stronę starego lotniska. Po drodze dziwił się, jak bardzo prowincjonalną architekturę ma ta niewielka, przylegająca do Wiednia, osada. Przeszedł przez park, a potem miedzą, przez pole, w kierunku widocznych z dala wielkich hangarów. Na skróty przez rżysko. Pył wyschniętej ziemi pokrył jego czarne mokasyny biało-szarym nalotem. Przy każdym kroku chrupały wystające nad ziemię kikuty zboża.

Wilson odniósł wrażenie cofnięcia w czasie. Oto podąża do farmy stryja w Minnesocie. Pomiędzy uciętymi krótko łodygami żyta wyrastają fioletowe ostróżki i skrzypy. Odczucie było tak silne, że kiedy sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął z niej klucz, to przez chwilę patrzył nań zdziwiony – miała to przecież być jego stara, niezawodna proca, z której polował na ptaki.

Brama hangaru była zamknięta na blokowy, wielobolcowy zamek, opatrzony żelaznymi prętami wzmacniającymi stalowe wrota. Trzeba by mieć palnik, laser, albo materiał wybuchowy, żeby wtargnąć tu bez odpowiedniego klucza. Wilson, nie bez trudności, uporał się z zamkiem i uchylił jedno skrzydło bramy. Zgrzyt zardzewiałych, żelaznych blach przedarł wiejską ciszę. Przerażony Wilson pchnął je do końca. Uwolnione, uderzyły z hukiem o żelazną futrynę. Wysoko sklepione wnętrze wypełniało słoneczne światło spływające z samej góry, z rzędu wąskich okien, ciągnących się wzdłuż budynku. Cementową podłogę pokrywał gruby pokład pyłu. Podmuch wiatru poderwał ku górze niewielki, szary obłoczek. Pachniało jak w stodole, na farmie stryja, ale Wilsona nie zachwycało to podobieństwo. “Trzeba kilku dni, żeby doprowadzić wszystko do jakiego takiego porządku. Kiedy ja to zrobię? Jak usunąć ten kurz? Przecież to nie kredensik, który można wysprzątać miotełką z piór.”

Rozległ się warkot motoru. Wilson wyszedł na zewnątrz. Z drugiej strony hangaru, od lotniska, krętą drogą, nadciągał traktor. Na przyczepie spoczywały spiętrzone wysoko, nieproporcjonalnie wielkie talerze anten satelitarnych. Z bliska jeszcze wyogromniały. Traktorzysta wykręcił na rżysku przed hangarem i usiłował tyłem podjechać do pomieszczenia. Wilson rozpaczliwie zamachał rękoma, ale to nie pomogło.

– Zgaś silnik! – Wrzasnął.

Tamten nie słyszał. Zatoczył łuk i, przejeżdżając obok progu otwartego hangaru, dmuchnął do środka całą mocą dyszy tłumika. Zakotłował się pył. Jedna iskra, a wszystko wyleciałoby w powietrze. Na szczęście traktorzysta odjechał nieco i zgasił silnik, zadowolony, że ulokował ładunek blisko drzwi. Ciszę przerwał Wilson przemyślną wiązanką nowojorskich przekleństw. Traktorzysta nic nie rozumiał. Uśmiechał się zmieszany. Wilson, nie patrząc na niego, podszedł do progu. Tuman pyłu kotłował się wewnątrz hangaru. Osiądzie na parapetach i instalacjach!

– Cholerny, niedorobiony, cwelu! – Wrzasnął znowu Amerykanin. – Trzeba było hamować, jak ci kazałem stanąć. Sam diabeł nie oczyści teraz tego pomieszczenia!

Traktorzysta wybałuszał na niego oczy.

Za chwilę na placyku przystanął mikrobus. Wysiedli z niego pracownicy serwisu. Kiedy Wilson wytłumaczył, gdzie mają zamontować anteny, tamtym dosłownie opadły szczęki. Popatrzyli po sobie.  

– Herr klient! Pan chce, żebyśmy zamontowali anteny wewnątrz, a nie na dachu? Czy my się dobrze rozumiemy?

– Tak, są potrzebne do pracy naukowej. Będę badał ich odporność na ekstremalne warunki użytkowania.

– Jak pan chce, ale musimy poczekać, aż opadnie kurz. Proszę oczyścić pomieszczenie i wtedy zrobimy, co trzeba. Scheisse arbeit!

W końcu sprzęt złożono na placyku i zabezpieczono folią. Traktor i serwisanci odjechali. Wilson był wściekły: “Całe życie jestem taki sam! Pochłonięty jedną sprawą, nie widzę drobiazgów, a one potem utrudniają osiągnięcie celu. Gdyby na tym rżysku było chociaż jedno krowie łajno, to na pewno bym w nie wdepnął. A wyczyszczenie buta jest niczym, w porównaniu z tym, co mnie czeka tutaj. Wynająć armię sprzątaczek? Wykluczone. Już i tak sprawa nabrała zbyt dużego rozgłosu. Przecież tamci opowiadają na prawo i lewo o nierozgarniętym naukowcu, który kazał im zamontować drogocenny, nowoczesny sprzęt wewnątrz zakurzonego do niemożliwości hangaru. Poza tym, czyszczenie trwałoby tygodnie.”

Gorący pot wystąpił mu na całe ciało. “Zmontować na zewnątrz? Gdzie? Na rżysku? Na dachu? Bez sensu.” Zrozpaczony gotów był dać za wygraną. Usiadł. Po chwili zebrał na nowo myśli. “Przecież musi być sposób. Poprzedni użytkownicy jakoś tu sprzątali.” Nabrał powietrza i wszedł do środka hali. W brunatnym półmroku dostrzegł rury biegnące wzdłuż ścian. Jeżeli tak, to musi być tu gdzieś ujęcie wody. Jakiś kran. A gdzie odpływ? Jest! Pośrodku podłogi – głębokie koryto zasłonięte kratą. Jest i kran ukryty na zewnątrz, za niedomkniętymi wierzejami. Pięciopromienny uchwyt, wielki jak kierownica auta. Wilson naparł nań całym ciałem, ale kran ani drgnął, więc mężczyzna rozejrzał się za jakimś narzędziem i naraz zrozumiał, że trzeba kręcić w drugą stronę. “Piernik jeden wie dlaczego.” Przekręcił o jeden obrót i czekał. Nic się nie działo. Naparł ponownie na kran, ale właśnie za plecami usłyszał bulgocący dźwięk powietrza wypieranego z rur przez nacierającą wodę. Wodociągowy śpiew wzmógł się, zakrztusił raz i dwa, a potem woda z hukiem uderzyła w beton. Wilson zajrzał do środka: ze ścian i sufitu tryskały obfite strumienie. Przekręcił kran o jeszcze jeden obrót i ledwie zdążył uskoczyć, gdy lawina wody zmieszanej z pyłem chlusnęła na zewnątrz hangaru.

“Nie miałem zamiaru wynajmować myjni na samoloty, ale trzeba przyznać, że to całkiem niezły pomysł.”

Uszczęśliwiony zamknął wrota, przeszedł pod zewnętrzną ścianę budynku. Jeżeli to myjnia, to gdzieś tu powinny być odpowiednie środki. Wkrótce znalazł drzwiczki. Zamknięte na kłódkę. Otworzył ją bez problemu kawałkiem drutu. Wewnątrz było kilka mniejszych kranów, woreczki z detergentami zalecanymi do czyszczenia aluminiowych powłok samolotowych oraz plastikowe pojemniki. Wilson, na chybił trafił, uzupełnił w nich poziom płynów i znowu odkręcił krany. Wkrótce w powietrzu zapachniało, a przez próg zaczęły wylatywać strzępy spienionej wody. Zamknął troskliwie drzwiczki i z powrotem zatrzasnął kłódkę. Wytrzepał ubranie. Zdjął spodnie i koszulę, rozłożył je w słońcu na krzewie dzikiej róży. Znalazł długą, szeroką deskę i położył się na niej wygodnie, zamieniając przymusowe oczekiwanie na seans w solarium. Obserwował jasne niebo, po którym przeciągały te same, co wszędzie, pierzaste obłoki. Gdzieś tam, w oddali, samolot zmierzał ku nowemu lotnisku. Wilson poczuł przemożną senność. Wahał się jeszcze przez chwilę, czy nie wyłączyć wody, ale doszedł do wniosku, że nowoczesna myjnia musi posiadać własną regulację i uwolniony od resztek odpowiedzialności zasnął (…)

Praca, a zwłaszcza praca koncepcyjna, wymaga oddania. Po powrocie z Zurychu Wilson narzucił sobie rygorystyczny, monotonny program codziennych zajęć, wypełniony zarówno teorią, jak ćwiczeniami praktycznymi. Przestrzegał go co do minuty. Pokładając nadzieję w słuszności zasady, że najciemniej jest pod latarnią – czuł się w Wiedniu całkiem bezpieczny. Mieszkał, jak zwykle, w hotelu Ambasador na Kärtnerstrasse, skąd po zjedzeniu wczesnego śniadania w restauracyjce Lucky Chinese, jechał do biblioteki politechniki. Tam zgłębiał zagadnienia wyższej matematyki – teorii gier i rachunku prawdopodobieństwa oraz rozwiązywał równania o tak wielu niewiadomych, że czasami błądził w obliczeniach. Być może ktoś zdolniejszy od niego dałby sobie z tym radę o wiele lepiej, ale nie mógł przecież wynająć eksperta, żeby mu określił wpływ wszystkich zmiennych kształtujących założoną trajektorię pocisku skierowanego pod idealnie tym samym kątem do zakrzywionej powierzchni oraz jej reakcję na uderzenie. Więc borykał się sam, przypominając sobie zasady “wyższej matematyki”. Przewidywał wartości, jakie wpływać będą na prędkość i kierunek pocisku odkształconego przez odbicie od zakrzywionej powierzchni oraz siłę i kąt uderzenia w tkanki kostno-mięśniowe dorosłego człowieka w okolicy umożliwiającej penetrację pocisku do rdzenia przedłużonego.

Jeżeli cel ustawi się przodem do strzału, będzie to punkt wielkości około trzech centymetrów kwadratowych pomiędzy nosem a zębami, a jeżeli będzie stać tyłem do strzelającego, to wtedy pocisk trafi w podstawę czaszki. Tak czy owak, spowoduje w jej obrębie gwałtowny wzrost ciśnienia, które przemieszczając się w kierunku możliwego ujścia – zniszczy tkankę i pień mózgu.

Upewniony w słuszności przyjętych założeń wynikami obliczeń, Wilson jechał na północ Wiednia, aby przez kilka godzin dziennie łazić po dachu wybranego wcześniej trzynastopiętrowego budynku w okolicy Kahlenbergu. Ubrany w zielony kombinezon z nadrukiem firmy montującej urządzenia klimatyzacyjne, obserwował rezydencję na zboczu wzgórza, zwyczaje jej mieszkańców oraz wizyty gości. Widział to wszystko, co prawda, w krzywym zwierciadle wypolerowanej powierzchni talerza anteny satelitarnej, ale urządzenia, które ze sobą zabierał tak dalece korygowały zniekształcenia obrazu, że po kilku dniach Jerome potrafiłby nie tylko opisać lokalizację i szczegółowe wyposażenie wnętrza, ale nawet sporządzić portret przyszłej ofiary.

Używając laserowych urządzeń zdalnego pomiaru, zbadał powierzchnię gruntu, średnią wilgotność powietrza, wpływ basenu, zlokalizowanego pośrodku dziedzińca oraz gęstość i ogólną masę murów. Wyniki tych badań pozwalały odtworzyć niemal takie same warunki w wynajętym hangarze, w którym Wilson szczególnie długo korygował wysokość i kąty nachylenia anten satelitarnych.

Tam rozpoczął część praktyczną przygotowań, czyli strzelanie. Najpierw używał wiatrówki z precyzyjnie nagwintowaną lufą. Pozwoliło mu to z grubsza określić podstawową trajektorię lotu pocisku, który – żeby osiągnąć cel – powinien trafić pod odpowiednim kątem w określony jeden jedyny punkt na talerzu anteny, lekko odbić się od niej, zmieniając trajektorię i uderzyć w cel niewidoczny z pozycji strzału. Jerome szybko osiągnął biegłość w tym ćwiczeniu – gruby śrut raz po raz dziurawił makietę człowieka na leżaku. Od stanowiska strzeleckiego odgradzało ją specjalne przepierzenie z matowego szkła.

Kiedy zmienił broń pneumatyczną na prawdziwy karabin, nie obyło się bez kłopotów. Pierwszy ostry pocisk odkształcił powierzchnię talerza anteny. Wilson sprowadził następny zestaw satelitarny, kupił amunicję z mniejszą zawartością ładunku wybuchowego, a później po kilkadziesiąt razy dziennie strzelał do tego samego celu z czegoś, co przypominało zdezelowaną rurę, albo wyprężonego węża, który zadławił się po zjedzeniu zbyt wielkiego szczura. Owe rurki z wybrzuszeniem w jednej trzeciej długości, zakończone przenośną podpórką, były modyfikacją słynnej strzelby Lee Enfielda, używanej przez brytyjskich snajperów do odstrzeliwania niemieckich oficerów w II wojnie światowej. Wilson kupił całą furę takich luf na licytacji.

W wybrzuszeniu każdej z nich znajdował się zamek ślizgowo-obrotowy z pojedynczym ryglem. Owe najistotniejsze elementy strzelby, Wilson mocował na łożu wykonanym ze stopu węglowo-tytanowego, wzmocnionego włóknem szklanym, do którego zainstalowano na stałe schodkowe przyrządy celownicze, nastawiane na odległość do 1800 metrów oraz dodatkowy celownik do odległości 3200 metrów, sprzężony z nimi dalmierz laserowy i takież urządzenie sterujące plamką podczerwieni. Przyrządy optyczne pozwalały korygować optymalne namierzenie punktu w celu, a wymiana lufy zajmowała zaledwie półtorej minuty. Do komory zamka Wilson wprowadzał tylko jeden nabój, traktując każdy egzemplarz broni jako urządzenie jednorazowego użytku. Po użyciu Wilson wrzucał je do kontenera ze środkiem żrącym i sięgał po następne. Szło o to, żeby każdy strzał cechował się taką samą prędkością pocisku, tymi samymi warunkami przenoszenia i takim samym wskaźnikiem celności wynoszącym około jednego cala rozrzutu w odległości 1400 metrów.

Reszta zmodyfikowanego modelu była przedłużeniem na tyle sztywnym, żeby nie ustępowało po oddaniu strzału, a na tyle elastycznym, żeby nie przenosiło siły uderzenia do tyłu, bo to zaburzałoby układ lufy w przestrzeni, zanim pocisk jej nie opuści. Układ tłumienia drgań znajdował się w okładce oraz w łożu. Standardowy pocisk kalibru 7,69 mm miał prędkość wylotową 900 m/sek.

Po każdym wystrzale Jerome skrupulatnie notował parametry rozrzutu. Były to milimetry, ale przy znacznym stopniu trudności osiągnięcia celu, nawet najmniejsze odchylenie od założonej normy mogło zniweczyć szansę powodzenia.

Kiedy przyjdzie pora, weźmie ze sobą tylko dwie takie jednorazówki. Jeżeli chybi z pierwszej – będzie miał jeszcze jedną szansę. Potem musi się ewakuować, ponieważ automatyczne urządzenia ochronne rezydencji określą w tym czasie miejsce oddania strzału, sfotografują je, a następnie zniszczą pociskiem o dużej sile rażenia. Na końcu lufy znajdowały się wprawdzie tłumiki płomienia wybuchu, ale nie był to całkiem pewny kamuflaż przy powtarzaniu procedury.

Kiedy – mimo wszystkich zabezpieczeń – pękł następny talerz anteny, Jerome był już tak wstrzelany, że – dla oszczędności – postanowił używać tylko jego zakrzywionych części umocowanych z tą samą siłą naprężeń w wiszącym imadle. Po miesiącu ćwiczeń okazało się, że talerz lub jego kawałki pękają tylko wtedy, gdy pocisk uderza w nie pod niewłaściwym kątem. Jerome strzelał zatem pod kątem bezpiecznym dla materiału, z którego zbudowany był talerz, a zarazem optymalnym dla osiągnięcia celu.

Nauczony doświadczeniem kupił jeszcze jedną antenę i przez tydzień strzelał do niej tylko trzy razy dziennie, za każdym razem używając nowej rury Enfielda, montując ją w stałe łoże i przyrządy celownicze.

Wykonywane czynności prawie zupełnie pochłaniały jego uwagę. O człowieku, który miał spełnić rolę ostatecznego celu ćwiczeń nie myślał w ogóle. Z rzadka – pewnie dlatego, że cały program miał swój początek na szczycie góry Kahlenberg – gdzieś z głębi pamięci nadpływał obraz kościółka, w którym natknął się na Catherine i wtedy Jerome uśmiechał się, nie mogąc i nie chcąc powstrzymywać rozbawienia: “Jestem jak ten polski król, który wybawił ich od Turków przy pomocy swojej ogromnej, bitnej armii. Ale nikt o tym, co dla nich robię, nie wie, więc nie wzniosą na pamiątkę mego czynu pomnika.”

Spał dobrze, jego zwykłe dolegliwości żołądkowe ustąpiły, po prostu nie miał czasu o nich myśleć – co jak wiadomo kojąco wpływa na choroby układu wegetatywnego. Dużo czasu spędzał, trenując regulację oddechu, samą czynność celowania oraz koncentrację. Leżał na brzuchu, z podgiętym prawym kolanem i całymi godzinami ćwiczył koncentrację, która miała spowodować wtopienie wszystkich jego zmysłów w jedną linię – zaczynającą się gdzieś w jego mózgu, a może nawet w czymś więcej niż mózg, w istocie samego siebie, jakby jej nie nazwać – linię biegnącą dalej, przez szczerbinkę i muszkę, do czerwonej plamki w miejscu, w którym pocisk miał uderzyć zakrzywioną powierzchnię talerza anteny i… Tym razem, po raz pierwszy w życiu, Wilson nie widział rzeczywistego obiektu, ale z niesłychaną precyzją wyobrażał sobie dalszą drogę pocisku i sam cel w postaci krtani lub karku tamtego człowieka.

Powtarzane ćwiczenie grawerowało w jego podświadomości hipotetyczny obraz zakrzywionej trajektorii pocisku, zaś świadomość Wilsona ulegała rozszczepieniu. Podczas treningu przenosił się myślami do wydarzeń z przeszłości, odczuwając je równie plastycznie, jakby je na nowo przeżywał. W uszach brzmiała mu definicja zapamiętana z wykładów o teorii ruchu: “Kształt toru swobodnego punktu materialnego zależy od układu odniesienia, warunków początkowych i sił działających. Kształt toru punktu nieswobodnego zależy ponadto od rodzaju więzów.”

Wydawało mu się, że pierwsza część tego prawa odnosi się do niego samego. Wszak to on sam swobodnie znajduje drogę, określa warunki i trzyma palec na spuście. Nad częścią drugą Wilson nigdy się nie zastanawiał. (…)”

Znaczne podobieństwo w charakterystyce  Korsarza i Snajpera odnajdziemy także w sposobie szacowania przez nich szans w walce: w każdym starciu angażują maksymalne kwantum energii. Zawsze gotowi są – jeżeli inaczej nie można – schwycić wroga za gardło i razem z nim skoczyć w przepaść. Zginąć w przekonaniu, że zrobiło się wszystko, co można, tak, jak to robi Peyrol dla przeprowadzenia swego planu. Umiera wiedząc, że mimo wszystko wyprowadził w pole kapitana angielskiej korwety. Wilson, Terpiłowskiego, wprawdzie, w ostatnim starciu zwycięża, ale czytelnik do końca nie będzie wiedział czy w ogólnym rozrachunku uratował to, co dla niego stało się nagle najważniejsze.

Wilsonowi na razie nic nie zagraża, ale odwrotnie niż jego rówieśnik Peyrol w Korsarzu, który nawet nie próbował zbliżyć się do kobiety, która wzbudziła w nim jakieś uczucia – najtrudniejszą dla siebie próbę, zmierzenia się z miłością – ma jeszcze przed sobą:

“- Pamiętasz, co ci mówiłam w Warszawie? Ten sposób… No wiesz: Stół samuraja. Będziesz miał okazję udowodnić sobie i mnie, na czym naprawdę ci zależy. Wyjeżdżam na lotnisko i dam ci tylko tyle czasu, żebyś wyszedł z hali przylotów. Później włączam spaliny w drugą stronę. Ja nie mogę już żyć bez ciebie, a ty możesz wziąć mnie sobie, albo uwolnić się ode mnie na zawsze.

– Marie!! – Zawołał, ale wyłączyła się.

Wilson przez chwilę nie odkładał słuchawki. Leżał spokojnie, ale to, co działo się wewnątrz niego, można porównać do trzęsienia ziemi na dnie morza. Nikt, nigdzie i nigdy nie zamącił tak bardzo jego wytrenowanego latami ładu psychicznego, stanu spokoju, w którym mógł zrobić ze sobą to, co chciał. Zwiększyć temperaturę ciała o dwa, trzy stopnie, obniżyć ją nieledwie do letargu, powstrzymać upływającą krew, pozostawać w bezdechu przez kilkanaście minut, wykręcać stawy w sposób nieosiągalny dla cyrkowców, wreszcie kumulować cielesną energię w jednym punkcie ręki czy nogi, dla zadania potwornego uderzenia. Zasypiał i budził się, kiedy chciał. A przede wszystkim, nie wiedział, co to zdenerwowanie, bo inaczej trzęsłyby mu się ręce i nie byłby tym, kim jest. A teraz ogarnęła go przedziwna niemoc. I to nawet nie wobec dziewczyny, ale wobec samego siebie. Nie potrafił zrozumieć, co powinien zrobić, jakie kroki podjąć, co jest logicznie słuszne. Lecieć do Wiednia i wystawić się na strzał, jak pozbawiona instynktu, oszalała kaczka? Przecież więcej niż pewne, że ta mała z East Village omotała go dookoła palca, żeby tym łatwej wykonać zadanie. Jeżeli nawet nie ona sama, to inni mnie zabiją na jej oczach lub poza nimi. – Nie jestem kretynem, żeby dać się tak podejść!-

Ale jeżeli jest chociaż łut nadziei, że Marie Claire gra uczciwie… Ona uczciwie? Przecież życie nauczyło ją, że nie ma uczciwie, tylko efektywnie, logicznie. Zabij, nie daj się zabić. Ale jeżeli… Czy jest cokolwiek, czego by bardziej pragnął, niż tego, żeby to, co mówiła, było choć w dziesięciu procentach prawdą?! Resztę może wypełniłby swoją energią, umiejętnościami, może wyrwałby ją z tego oszalałego kotła? Być z nią, całować jej ręce, wyleczyć z nałogu, albo przynajmniej trzymać ją w objęciach, kiedy wędruje w narkotycznym śnie, żeby w tym czasie nikt jej nie skrzywdził. A czy mogłoby być większe szczęście, gdyby udało im się wyjść cało i być choć miesiąc, rok, parę lat razem? Więc zaryzykować wbrew instynktowi, rozumowi i doświadczeniu, które aż wyły przeciw takiej decyzji? Co robić?

Palce Wilsona namacały w kieszeni złotą dwudziestodolarówkę. Miał ją od matki i nigdy się z nią nie rozstawał. Na przekór logicznemu umysłowi wierzył w magiczną moc amuletu. Ile razy stawiał na ślepy traf, rzucał nią: orzeł czy reszka? W końcu nie decyzja jest ważna, ale to, żeby zdecydować. Zawsze może być i źle, i dobrze. Dobro w zło się obraca, a czasem i zło w dobro… po pewnym czasie. Rzucić monetą, czy zadecydować samemu?…”

Czyżby tzw. zwykli ludzie nie chcieli przyjąć do wiadomości, że pomiędzy nimi są tacy jak Peyrol i Wilson i ci, którzy o nich piszą w żarliwym przekonaniu, że otoczenie zaakceptuje ich odmienność.

_____________________________________________________________________________________________

[1] Snajper z Harvardu, Jerzy Terpiłowski, Bellona, Warszawa 2013

Tags: , , ,

About Andrzej Piargiewicz