/> Sprawa Miłosza – Tradycja – Tradition
Go to ...

Tradycja - Tradition

Pismo - Forum światopoglądowe

Sprawa Miłosza


„Polska deptana, gwałcona na nowo, uderzona w to, co w niej najszlachetniejsze – apokalipsa […] tylko patrząc z otwartymi oczami na nieludzką ziemię można jeszcze oddychać z uczuciem” – Józef Czapski

Zawsze bardzo przejmowało mnie to zdjęcie: Jerzy Andrzejewski, Czesław Miłosz i Kazimierz Wyka, nieprawdopodobnie młodzi, siedzą na jakichś deskach, przy jakiejś szopie. To w Krzeszowicach, 1942. Mieszkałem tuż obok, w Krakowie. Wszyscy oni w mniejszym lub większym stopniu oddziałali na moje życie, także przez kontakt osobisty. Ale najbardziej, jak zawsze przy oglądaniu starych zdjęć, przejmuje mnie kontrast między tamtą unieruchomioną chwilą, a przyszłymi, nie przesądzonymi jeszcze wyborami życia i moją dzisiejszą wiedzą. Upływ czasu, nawet najlepszego, jest zawsze okrutny, a darzyłem tych ludzi zmienną, lecz oczywistą sympatią. Nie wiadomo było, co będzie z Polską, ze światem, z nami. Nie było też wtedy przesądzone, że najważniejszym doświadczeniem, jakie czeka jeszcze nas wszystkich, będzie komunizm.

Komunizm był totalitaryzmem, podobnie jak nazizm niemiecki. Podstawowym kryterium moralnym i intelektualnym oceny jest globalny wymiar ludobójstwa sowieckiego. Czy robiono to w imieniu idei uniwersalnej czy partykularnej, to sprawa dla ofiar samego drugorzędna. I właśnie ten nieludzki wymiar komunizmu, idea zastosowana, musi być zasadniczym odniesieniem oceny powojennego zaangażowania ludzi pióra w Polsce po stronie komunistycznej. Zaangażowanie to – choćby nawet nominalne – umacniało zabór sowiecki i stanowiło także narzędzie totalitarnej indoktrynacji, przynosiło szkodę kulturze. (…)

Właściwe opisywanie faktów stało się w pełni możliwe u schyłku PRL i po jego upadku. Postawa pisarzy czy intelektualistów ukazuje się na tle sytuacji w zniewolonym kraju. Jednak mimo coraz pełniejszego obrazu ponurych i strasznych faktów, nadal działa „lobby” usprawiedliwiające współpracę z reżimem. Zabierają także głos nieliczni już twórcy, popierający reżim w okresie tworzenia komunistycznego państwa. Najczęściej akceptują oni tamto swoje uczestnictwo lub je tłumaczą. Wnoszą, że nie byli sprawcami zła moralnego i społecznego, gdyż element sprawczy znajdował się na zewnątrz. Przekonują, że współtworząc kulturę akceptującą tamte państwo, prowadzili swoistą grę, której celem i skutkiem było ratowanie jakiejś innej, prawdziwej kultury: „Byłem zaangażowany w Grę: ustępstw i zewnętrznych oświadczeń lojalności, podstępów i zawiłych posunięć w obronie pewnych walorów.”[1]

Tak stawia sprawę Czesław Miłosz, ukazując strategię swoich życiowych i politycznych wyborów, już od czasu okupacji, jako „troskę o zdrowie polskiej poezji w perspektywie nie lat, ale stuleci”[2]. Służbę komunistycznemu reżimowi uzasadnia potrzebami swego duchowego rozwoju: „Być we właściwym obozie: wyrachowanie, ale wyższego rzędu. Bo rozpada się wewnętrznie, kto siebie bez ustanku nie przezwycięża […] na to rzeczywistość społeczna musi być dostatecznie plastyczna, nie tak ustalona jak na Zachodzie. I przecie nic innego jak ten chaos nowych kształtów kazał mi trzymać się Polski Ludowej”[3].

Miłosz idzie tu dalej niż inni, relatywizując czynnik etyczny życia, gdyż według niego nieetyczne działanie może być usprawiedliwione osiągniętym poziomem twórczości. Ta teza powraca wielokrotnie: „Moją sytuację [po wojnie] określiłbym jako karkołomną, niesamowitą, nielogiczną, niemoralną, nie-do-opisania. Po upływie wielu lat to, czego udało mi się dokonać w literaturze, jest rzutowane wstecz, czyli ówczesna fałszywa gra zyskuje uzasadnienie ex post. Zarazem cała tamta faza historyczna traci ostrość i w swoich być może najważniejszych rysach pogrąża się w niepamięć”[4].  (…)

Powodem, dla którego zajmuję się stosunkiem Czesława Miłosza do komunizmu nie jest jego znana powojenna współpraca z komunistyczną władzą, nie tylko jemu właściwa. Rzecz idzie o jego wypowiedzi na temat komunizmu, jeszcze dziś usprawiedliwiające, będące ważnym elementem twórczości Miłosza także po upadku komunizmu w Polsce. W niektórych przypadkach także poezja Miłosza stanowi porte parole dla poglądów bliskich komunistycznym. Jeśli wraca „sprawa Miłosza”, to przede wszystkim ze względu na ten typ usprawiedliwiającej refleksji. Bez niej epizod powojenny Miłosza, raz zaklasyfikowany, mało kogo by już interesował, jak dzieje się w wypadku Tadeusza Brezy czy Juliana Przybosia.[5]

Przez oceny i samooceny Miłosza przewija się jak leitmotiv sugestia, że pisarze w Polsce po wojnie „starali się chronić, co można”[6]. Mało wiadomo o tym, co – za cenę jakiejś akceptacji zniewolenia – rzeczywiście zostało, czy zostałoby, uratowane, nie wiadomo też, jak cała powojenna sytuacja literatury wpłynęła w ostatecznym bilansie na jej dziedziczony dzisiaj kształt estetyczny. Należałoby zbadać literaturę wraz z jej gatunkami i poetykami. Na ogół ciężar badań spoczywał jak dotąd na łatwiejszej, według mnie, ocenie związanych z literaturą faktów moralno-politycznych. Mniej oceniano utwory literackie pod kątem ich prawdziwości historycznej, a jeszcze mniej badając zastosowania preferowanych stylów i poetyk, ich powiązania z opcjami życia literackiego. W wypadku poezji samego Miłosza takie oceny zdają się wyraźnie zaniedbane w opinii krytycznej. Aby przedmiot takiego badania stał się wyraźny, trzeba mimo wszystko poświęcić najpierw nieco uwagi ocenom moralnym, historycznym i politycznym. Oczywiście, nie brak wątpliwości, że temat to może zbyt oczywisty, czyli wybijanie drzwi w nie istniejącym już murze. Jednak uporczywe powroty Miłosza do tego tematu prowokują do jego polemicznego podjęcia, tym bardziej, że Miłosz polemizuje także ze mną. Podejmuję ten temat niechętnie. Ktoś jednak powinien to zrobić, bo opinia publiczna nie widzi sprawy jasno.

Czesław Miłosz w różny sposób usprawiedliwia tamte, powojenne postawy, związane ze współpracą czy „grą” z reżimem komunistycznym. Mnoży te wysiłki, choć – zdawałoby się – nic łatwiejszego, jak utrwalenie takiego spojrzenia u czytelników. Chodząc Nowym Światem w Warszawie, testowałem to latami na witrynach księgarskich. Widać tu naocznie, jak dryl PRL-u został zastąpiony wymogami nowej „poprawności”. Niepisane prawo każe wystawiać książki panującego poglądu, zasuwając inne w cień wewnętrznych półek. Stale trwa na tych witrynach fala Miłosza.

Opisanie postawy Miłosza nie jest łatwe, zważywszy na bardzo bogatą, czasem wybitną, fascynującą już kilka pokoleń czytelników twórczość i ciągłe do niej – pamiętnikarskie i publicystyczne – autokomentarze pisarza. Postawa jego przechodziła przy tym różne ewolucje. Trwałym akcentem były zawsze komentarze do dziejącej się historii Polski. W tym sensie odszukiwanie tego elementu w biografii i dziełach Miłosza jest jak najbardziej uzasadnione samą intencją twórczą poety. Na początku lat trzydziestych w Wilnie młody pisarz związał się z rodzącą się grupą „Żagary”. Publikował wtedy zdania-manifesty: „celem powinno być urobienie takiego typu człowieka, jaki ze względów społecznych jest w najbliższej przyszłości potrzebny. A więc artysta kieruje hodowlą ludzi.”[7]

Młode środowisko wileńskie grupowało także późniejszych twórców o sympatiach prokomunistycznych, związanych z pismami „Poprostu” i „Karta”. Wcześniej były wypowiedzi Miłosza w wileńskich „Pionach”: „Młode Wilno stawia sobie za zadanie walkę z regionalizmem. […] Jest pod bokiem najciekawszy kraj świata ZSRR.”[8]
 

Wileński student nie lubił także „Wiadomości Literackich”:
”semicka melancholia i pakuły humanitaryzmu […] taką właśnie nową moralność proponuje obóz żydowskiego mieszczaństwa w osobach współpracowników Wiadomości Literackich”.[9]

Faktem jest, że bardzo krytycznie oceni Miłosz tę swoją młodzieńczą publicystykę.[10] Ale nie – odczuwaną już wtedy i później swoją ocenę II Rzeczypospolitej.[11] (…)

Z powojennej perspektywy wyrażał Miłosz niechętne czy wręcz nienawistne oceny ogólne tamtego polskiego państwa: ideologia prawicy, szowinizm narodowy, rasizm. Te zjawiska pod piórem Miłosza urastają do zasadniczej dominanty życia, uzasadniając jego niechęć do II Rzeczypospolitej jako całości. Przypominają określenia komunistycznej publicystyki. Podobne ujęcia pojawiają się w Zniewolonym umyśle (na przykład pejzaż społeczny w szkicu o Gammie). Użyte w sensie globalnym wydają się tutaj nadużyciem, biorąc pod uwagę także intencję zabarwienia emocjonalnego. (…)       

W okresie wojny Miłosz, jak sam to określa, zrywa z mentalnością ludzi „emigracji londyńskiej”, co oznacza także zerwanie z ideami polskiego Państwa Podziemnego, a więc z tym, co stanowiło przedłużenie niepodległej II Rzeczypospolitej: „akt politycznego wyboru […] wyraźnie zwracał się przeciw polskiej prawowierności. Było to radosne wyzwolenie z przymusów obowiązku. […] W tę samą linię wpisywały się późniejsze Traktat moralny i Traktat poetycki. Tym samym moje przyłączenie się do polskiej emigracji w Londynie, czyli do ludzi o mentalności, którą w sobie przezwyciężyłem, stawało się niemożliwe”[12].

Ponieważ legalnie umocowane, Państwo Podziemne istniało, oznacza to w języku zachowań obywatelskich opozycję przeciw niemu. Przy czym, inaczej niż u Józefa Mackiewicza „niewierność” Miłosza wobec emigracji szła w kierunku komunizmu, a nie antykomunizmu.

Łączy się to swoiście także z określeniem przez poetę, już z odległej perspektywy, jego ideału zachowań okupacyjnych, trudnego do zrealizowania w Polsce. Najlepiej byłoby, gdyby przypominał on życie pasywnego obywatela Vichy: „Polska mnie przeraża. Powiedzmy, że przerażała mnie przed wojną, podczas wojny i przeraża całe te dziesięciolecia po wojnie. Jak powinien zachować się schwytany przez nią człowiek (urodzenie się tam czy język), jeśli chce być rozumny, trzeźwy, spokojny, a przy tym uczciwy? Jeżeli uważa te bezustanne ofiary, konspiracje, powstania za zupełny nonsens, po prostu dlatego, że w normalnych krajach tego nie ma? I ostatecznie, jeżeli 99% Francuzów żyło jak zwykle po klęsce 1940 roku, to jest normalne. […] We Francji podczas II wojny światowej Matisse, Picasso i inni spokojnie sobie malowali na Lazurowym Wybrzeżu”[13].

To ostatnie raczej pod warunkiem pochodzenia nie żydowskiego. „Rozumny, trzeźwy” człowiek może więc być konformistą i przystosować się zarówno do zwycięstwa totalitaryzmu komunistycznego jak nazistowskiego? Miłosz nie mówi, jak w takim razie ocenia zaangażowanie w walkę z niemieckim nazizmem André Malraux czy Alberta Camus we Francji? Wspominając okupację, tak określa opracowaną przez siebie i wydaną w podziemiu antologię Pieśń niepodległa (1942): „I nie żadne moje komunizowanie, ale to właśnie, nawroty narodowej ortodoksji, są plamą, której nie da się wyczyścić. […] Cisną mnie, żebym pozwolił na druk w Polsce mojej antologii Pieśń niepodległa z 1942 roku. Mówię: nie chcę, to było dawno i nie mam z tym nic wspólnego […] nie życzę sobie podpisywać się pod Pieśnią niepodległą”[14].  

Dla jasności powiem, że nie jest moją intencją jakakolwiek przygana poecie, że nie brał osobiście udziału w walce czy konspiracji. Nie ośmielałbym się oceniać tego u kogokolwiek. Także w opisanym przez Wiktora Trościankę przypadku Czesława Miłosza, który na fali uchodźczej z Warszawy znalazł się pod koniec września 1939 w Bukareszcie: „Większość [z pracowników radia] przedostała się do Francji, gdzie rzeczywiście odtworzono mikroskopijne Polskie Radio, inni poszli do wojska. Ale nie Miłosz. On poszedł gdzie indziej. Do ambasady sowieckiej w Bukareszcie. […] Prosił o powrót do Wilna. I stała się rzecz jedyna w epopei wrześniowej. Miłosz dostał swobodny przejazd do stolicy, podówczas zaprzyjaźnionej ze Stalinem Litwy, do ludzi w konspiracji Państwa Podziemnego.”[15]

A jak było – według Miłosza – „zaraz po wojnie”? Ci, którzy stali się komunistami w 1945 roku, mieli wszelkie logiczne argumenty za sobą. A co do młodych literatów, to nawet ich inna opcja była mało prawdopodobna. Kraj był włączony w nowe imperium na stałe: wystarczyło spojrzeć na mapę. Kto więc mógł się opierać? Nie rozumiejący, stawiający na nową wojnę, na cud itd.[16]
Uderza tu niechęć do rozróżnień: brak oporu nie jest tym samym, co zgoda na stanie się komunistą.  

W roku 1945 polscy komuniści mieli rację: „Polska mogła istnieć albo w kształcie nadanym jej i gwarantowanym przez Związek Sowiecki, albo przestać istnieć”.[17] Rosja dyktowała warunki, ale o tym, że Polska nie przestała istnieć, zadecydował jej opór – i przeciw Niemcom, i przeciw Rosji. Dlaczego Miłosz tak tego nie widzi? Według niego, nawet gdyby nie było Jałty, zasada sprawiedliwości musiałaby oznaczać słuszną utratę polskich Kresów (potwierdził to, przyjmując honorowe obywatelstwo litewskie): „Dla Polski nie ma miejsca na ziemi. […] Również zasada samostanowienia musiałaby podyktować po II wojnie obecną wschodnią granicę w wypadku tak całkowitej przewagi zachodnich aliantów, że nie doszłoby do ugody w Jałcie. Polska oznaczałaby wąski pas wzdłuż Wisły, zbyt gęsto zaludniony, aby dawało to jakieś szanse. Żaden rząd zachodni nie wpadłby na taki pomysł jak Stalin, żeby wysiedlić miliony Niemców z ich wielowiekowych siedzib i oddać ten obszar Polakom. Tym samym rzec można, że Polska istnieje z woli i łaski Stalina.”[18]

Język zaborowy: z łaski cara. Więc Stalin nie tylko nie zabrał nic Polsce, łamiąc raz po razie zasady Europy wersalskiej, ale jeszcze podarował jej w ogóle możliwość bytu historycznego?… Miłosz idzie tu dalej niż powojenni pragmatycy: że coś za coś. Coś za nic…

Oznacza to także dosyć wyraźnie, że pisarz nie akceptuje walki rządu polskiego od 1939 roku o całość terytorialną Rzeczypospolitej przeciw dwu sprzymierzonym ludobójczym reżimom, zaś wzmianka o „wąskim pasie wzdłuż Wisły, zbyt gęsto zaludnionym” brzmi ponuro, jeśli pamiętać o masowych przesiedleniach. Co znaczy na tym tle określenie deportacji jako zbrodniczych? Łączy się to wszystko ze zdecydowanie negatywną oceną postaw powojennego powstania narodowego przeciw narzuconej władzy sowieckiej i akceptacji reżimu przez pisarzy: „Pewnie, że niezrozumiałe dla polskich działaczy antyhitlerowskiego podziemia, którzy po 1945 roku siedzieli w celach więziennych, czekając na wykonanie wyroku strzałem w tył głowy.”[19]

A ocena reżimu przez resztę społeczeństwa? Jeszcze w 1952 r. Miłosz uważał, że obok poczucia niewoli jest: „pełne stopienie z państwem, z aparatem, każdy jest jego częścią, z wyjątkiem chłopów”[20]. Temu sądowi zaprzeczają tuż powojenne akty oporu zbrojnego, walka zwolenników mikołajczykowskiego PSL-u, ale i strajki, na przykład w Łodzi. Jest w tych sądach Miłosza o „stopieniu się z państwem” jakby chęć utożsamienia się z „lepszą” częścią społeczeństwa, bo do Polski w ogóle Miłosz ma stosunek niechętny, jeszcze w 1989 roku uważał, że Polska jest, według niego, anima naturaliter endeciana[21]. To u niego jeden z najgorszych epitetów.

Podstawowym argumentem uzasadniającym dla Miłosza służbę dla tuż powojennej Polski komunistycznej jest ówczesna ocena podporządkowania Polski komunizmowi Rosji Sowieckiej, nieograniczonego w czasie, trwałego historycznie. A więc „na zawsze” w ramach Imperium. Pisze Miłosz wielokrotnie, że tylko nowa – nierealna – wojna światowa mogłaby zmienić tę sytuację. Opór i protest polskiego społeczeństwa jawią się Miłoszowi jako wyraz dziewiętnastowiecznej tradycji walk o niepodległość (tę formację nazywa „grottgerowcami”). Ile w tym spojrzeniu jest, mającego podstawy, pesymizmu geopolitycznego – jeśli nie Niemcy to Rosja, a ile lojalizmu zaborowego, zwłaszcza tego z Kongresówki i Ziem Zabranych, nałożonego na Miłoszową niechęć do II Rzeczypospolitej? Powie przecież Miłosz, że niepodległość była prawdopodobnie ludziom zamieszkującym Polskę niepotrzebna: „Dla wielu, może dla większości, polskie państwo pojawiło się jako anomalia albo wręcz przykra niespodzianka”.[22]

Miłosz mówiąc to, wymienia mniejszości, ale dlaczego nie wspomina o wysokiej cenie, jaką Polacy dobrowolnie zapłacili, broniąc tej niepodległości i budując polskie państwo? Bo myśli zapewne o lojalistach, nie niepodległościowcach. Ale także rzeczywistość odzyskanej w dwudziestoleciu niepodległości była dla pisarza przede wszystkim nieporozumieniem. W korespondencji z Wańkowiczem pisał: „Nienawiść do tego, czym była Polska przed wojną, do wszystkich owoców – strasznych”.[23]

W Traktacie poetyckim spojrzy na to łaskawiej, dopuszczając, że „nie daremna była krew ułana” i że Piłsudski „dwadzieścia lat kupił […] na sobie nosił delię krzywd i win, ażeby miało czas dojrzewać piękno”. Dojdzie tam także do głosu groza nadciągającej utraty niepodległości. Jednak w innych wypowiedziach dominujące okażą się przykre doświadczenia z drugiej połowy dwudziestolecia. Pamięć o tych doświadczeniach prowadziła poetę do negatywnych ocen Państwa Podziemnego, po wojnie do prokomunistycznych postaw i wciąż rzutuje u niego na wizję polskiej historii. Perspektywa nie została uładzona, jakby chwila wciąż dominowała nad całością. Złudne, choć zrozumiałe, pragnienie ideału przeważa nad szerszymi, niezbywalnymi postawami.

Dość jasna jest u poety niechęć do Polaków walczących w czasie wojny o niepodległość. A jeśli nie rząd londyński, nie Państwo Podziemne, nie tradycja ludzi niepodległości, z którymi zerwanie od 1943 roku deklaruje Miłosz – to kto? Komuniści?! W świetle tego, co powiedziano wyżej, tylko oni pozostawali na placu i choć stalinizm reprezentował dla poety złą drogę, innej według niego miało już nigdy nie być. A przecież żarliwość polskiej konspiracji była czuwaniem nad szansą niepodległości, choć ta się nie spełniła. Trzeba jednak wysoko cenić byt narodowy, by mieć nadzieję i posiadać żarliwość. Jej cena jest wewnętrzna.

Wprowadźmy teraz trochę chronologii. Te sądy o Polsce i Polakach powtarza Miłosz po zerwaniu z komunistycznym rządem warszawskim, pojawiają się we wspomnieniach Rodzinnej Europy (1959), jednak najsilniej w publicystyce Roku myśliwego. Wiemy, co poprzedziło napisanie tego dziennika w latach osiemdziesiątych. Miłosz odwiedził Polskę solidarnościowego zrywu, odczuwał swoją popularność (już po Noblu), ale poglądów na sens tego, co działo się tuż po wojnie, nie zmieniał. A przecież były powody rewizji starych pojęć. Dostrzegali to nawet nie Polacy. Nie upłynął miesiąc od nastania w Polsce stanu wojennego, gdy w Paryżu, nocą, przez radio w samochodzie, usłyszałem słowa prezydenta Mitteranda: „Il faut sortir de Yalta” („Trzeba odejść od Jałty”).

Sytuacja – przez dziesięciolecia mniej czy bardziej statyczna – gwałtownie się zmieniała. Na nowo zakwestionowano moralne trwanie imperium. Siłą rzeczy dowartościowano starą polską emigrację polityczną po masowym exodusie ludzi Solidarności. Czy nie tym właśnie, na przekór, trzeba tłumaczyć nową próbę poety, w obliczu zagrożenia aktualną świadomością – by uparcie potwierdzać logikę tego, co robił zaraz po wojnie? No tak, albo-albo, bo inaczej trzeba by było przyznać się do błędu. Świadomy może bardziej niż jego jednostronni apologeci, że pewne sprawy będą domagać się wyjaśnień, powrócił do sprawy powojennych zaangażowań w Roku myśliwego (1989). Nadal atakuje tu polską emigrację polityczną: „Otóż w 1945 roku nie było żadnych danych, które by mogły uzasadnić emigrację jako akt polityczny, chyba że ktoś nie chciał rozumować trzeźwo. To dzisiaj rzutuje się późniejsze wypadki wstecz i przyznaje się sens wytrwaniu na pozycjach straconych, przyjmując milcząco dodatkowe założenie o ciągle tej samej walce narodu o niepodległość”.[24]

Ale argumenty Miłosza były w zasadzie wciąż stare – bo chociaż czuć już było jakieś podziemne historyczne drgania, kto liczył na rychłe runięcie berlińskiego muru? Rok myśliwego miał zrekapitulować poety czas powojenny, już z charyzmą sukcesu Nobla i afirmacją przez polskie społeczeństwo. Zaczynało chodzić coraz silniej o usprawiedliwienie swego udziału (i pisarzy tamtej epoki) w PRL-u, usprawiedliwienie uwiedzionych przez komunizm. Że tendencja ta utrzymuje się, dowodem jest książka Zaraz po wojnie (1998). Co zmieniło się po dziesięciu latach od publikacji Roku myśliwego?

Upadło Imperium, a Polska odzyskała niepodległość. Całe solidne podmurowanie gmachu, tłumaczenie wyborów powojennych („na trwałe w Imperium”) także upadło. Wieczne trwanie komunizmu okazało się iluzją jeszcze na oczach niedobitków generacji, która o tę niepodległość w czasie wojny walczyła. A rekwizyty niepodległości przechowywane pieczołowicie w Londynie powróciły do Polski. Można oczywiście nadal twierdzić, że czterdzieści pięć lat to było „na stałe” (Zaraz po wojnie). To uzasadnienie zawiera zasadniczy błąd. Nie tylko w samej diagnozie, ale i w tym, co za sobą pociągała.

Może ktoś powiedzieć, że historia na nowo przetasowała karty. Że w poprzednim rozdaniu argumenty Miłosza były na miejscu. I czy można krytykować uzasadnienia poety z powodu przypadku, że komunizm runął szybciej, niż się spodziewaliśmy? Jednak upadek komunizmu był możliwy także dlatego, że byli ludzie – w krajach komunistycznych, w tym i w Polsce, ale i poza imperium – którzy nie „manewrowali”, lecz od początku prowadzili walkę z komunizmem, często za najwyższą cenę, niezależnie od szans powodzenia w określonym czasie. I dla których żadna kariera osobista (nawet w imieniu zdrowia literatury swego narodu) nie uzasadniała rezygnacji z tej walki. Można w tym miejscu przypomnieć sąd Pawła Jasienicy: „Z goryczą myślę o historii Czesława Miłosza. Ludzie, którzy już w roku 1945 mieli taką sławę pisarską jak on, mogli swoją postawą wywrzeć wpływ na rzeczywistość. Mogli przynajmniej o ten wpływ walczyć. Czesław Miłosz nie jest wolny od osobistej odpowiedzialności za wytworzenie się stanu rzeczy, który później jego samego skłonił do ucieczki.”[25]

Warto zwrócić uwagę, że argumentacja Miłosza służy dziś nie tylko usprawiedliwianiu postawy własnej i innych pisarzy zaangażowanych po wojnie w komunizm, ale w jakimś stopniu również polskich komunistów budujących „polską gubernię sowiecką”. Różne wmówienia w imieniu „historii” wraz z antyprawicową fobią utrzymały się zresztą pośród wielu osób odrzucających „nadużycia” komunizmu i ludobójstwo. Podobne oceny przecinają się z sądami polskich neotrockistów spod znaku Adama Michnika, Jacka Kuronia (wyrażającego radość, że Lwów nie jest już polski) i im podobnych, ostrzegających przed „zoologicznym antykomunizmem” (termin Michnika)! To niewątpliwie także argumenty przeciw rozliczeniom i osądom PRL-u. Dlatego niektóre z argumentów Miłosza mają posmak „orwellowski”. W jednym ze szkiców Pieska przydrożnego (1996) Miłosz mówi, że w niezłomności, zapewne antykomunistycznej, „pewnego człowieka”, pomagały mu jego „cechy najgorsze”, uważa jednocześnie, że komunizm mógł apelować do „najlepszych cech”.

W podobnych ocenach nie chodzi tylko o okres powojenny w kraju. Jeśli zgodzilibyśmy się z tezami Miłosza, do bezproduktywnego lamusa historii należałoby wrzucić polską niepodległościową emigrację literacką (nie mówiąc o politycznej), przyjąć za anachronizm ich służbę wolności i legalności Rzeczypospolitej, uznać za byle jaką (podobno nie uniwersalną!) poezję piętnującą sowieckie ludobójstwo, zbrodnię Jałty i polskiego państwa komunistycznego. W istocie publicystyka Miłosza pełna jest skierowanych w tamtą stronę przykrych formuł, a w ocenach literackich Lechonia i Wierzyńskiego słychać lekceważenie. Miłosz ciężko odczuł nieufność emigracji wobec jego osoby w pierwszym okresie po zerwaniu z PRL-em. Wańkowicz (we wspomnianej korespondencji) zwraca uwagę, że w okresie powojennym Miłosza była najpierw praca na placówce dyplomatycznej: „podpieranie nazwiskiem literackim niewolnictwa własnego narodu”.[26]  Miłosz odpowiadał: „Dla mnie wyrzutem sumienia jest to, co zrobiłem, zrywając”.[27]

Jak wiemy, w 1951 roku Miłosz opuścił stanowisko dyplomatyczne I sekretarza ambasady polskiej w Paryżu (przedtem był dyplomatą w Nowym Jorku i kierował attachatem kulturalnym w Waszyngtonie), określając to „zerwaniem z rządem PRL”. W „Kulturze” paryskiej (nr 5 z 1951), w artykule Nie, określił swój stosunek do Polski komunistycznej: „W ciągu pięciu lat służyłem lojalnie mojej ludowej ojczyźnie […] cieszyłem się, iż pół-feudalna struktura Polski została złamana, że robotniczo-chłopska młodzież zapełnia uniwersytety, a polska zmienia się z kraju rolniczego w kraj przemysłowo-rolniczy. […] Miałem więc powody, aby trzymać się nowej Polski zmierzającej ku socjalizmowi.”

W tym samym tekście podkreśla Miłosz swój ironiczny stosunek do emigracji polskiej. I krytyczny stosunek do „szczęścia” Zachodu: „Czy idiota będzie sadzić róże w swoim ogródku, czy rąbać las w karnych brygadach, jest właściwie wszystko jedno.” (…)

Zaprzestał Miłosz praktycznych układów z prokomunistycznym pragmatyzmem dopiero wtedy, gdy na jakiś czas pozbawiono go paszportu dyplomatycznego, co groziło zatrzaśnięciem klatki. Ale jeszcze jesienią 1949 wykonane zostało wspólne, wymowne zdjęcie: Louis Aragon, Jerzy Putrament, Jules Supervielle (wtedy francuski attaché w Urugwaju) i Miłosz na podeście ambasady polskiej w Paryżu. Zerwał Miłosz na początku 1951 roku, gdy wybitni intelektualiści europejscy (Camus, Malraux, Russell, Orwell) walczyli już z komunizmem. (…)

Pierwszym szerokim określeniem nowej postawy Miłosza był jego Zniewolony umysł, poświęcony krytyce duchowego zniewolenia przez komunizm i próbie zbadania metod zniewolenia, w tym pisarzy zaangażowanych w establishment komunistyczny. Dla wielu, zwłaszcza na emigracji, typ diagnoz Miłosza wydawał się wtedy niewystarczający lub oparty na niewłaściwych założeniach. Pisał Miłosz swoją książkę już jako apostata, ale zapewne na jego spojrzenie wciąż wpływała dopiero co przerwana gra z systemem. Ponieważ Miłosz nie chciał się oprzeć na „strasznej” Polsce dowojennej, którą właśnie system niszczył, nie przeciwstawia niewolącemu systemowi żadnych sił społecznych czy elit mogących potencjalnie z nim walczyć. Przecież o Polsce podziemnej Miłosz sądził, że miała „odebrany rozum” (Traktat poetycki), o ugrupowaniach komunistycznych pisał, że ich „program był lepiej uzasadniony”, to znaczy realistyczny.

Na tym tle pozostawał tylko dość bezsilny program Zniewolonego umysłu: „zwodzenia”, „ketmana”, czysto wewnętrzny, bo polityczną emigrację uważał Miłosz za absurdalną. Ten sąd o emigracji jest właściwie identyczny z sądem reżimowców. Łączy się to z tymi poglądami poety, które – choć nie wyrażone bezpośrednio w Zniewolonym umyśle – odbudowujemy dziś jako paralelne z innych źródeł. Na przykład w świetle wspomnianej korespondencji z Wańkowiczem, można stwierdzić, jak wiele racji zostawiał Miłosz komunistycznej stronie: „Bo w Polsce rozróżnienie na komunistów i nie komunistów traci sens […] Na kontynencie europejskim jednak traktuje się komunizm poważnie, nie w kategoriach szpiegów i agentów, jak Polacy to robią. Bo komuniści we Francji mają najwybitniejsze umysły […] wśród studentów Sorbony jak kto nie jest komunistą, to traktuje się go jak biednego matołka”[28].

W tym samym liście Miłosz protestuje przeciw lekceważeniu teorii realizmu socjalistycznego „doktryny tak wypracowanej i opartej na szeregu dyscyplin filozoficznych”. Choć deklaruje, że doktrynie tej nie chciał się poddać. Jak podsumowanie brzmi sąd: „W istocie tak czystych ludzi jak komuniści polscy nigdzie nie spotkałem”. Pod koniec już prawie Zniewolonego umysłu pisze Miłosz o doktrynalnym użądleniu elit sfałszowanym Heglem, czyli diamatem. Nie pisze jednak, że temu filozoficznemu pseudoheglowskiemu „użądleniu” towarzyszył brutalny terror światopoglądowy i cenzura, w obliczu czego masowe wydania Stalina i podręczników marksizmu były elementem najłagodniejszym. (…)

Główny ciężar książki Miłosza polegał (zgodnie z tytułem) na próbie odsłonięcia mechanizmu i wyników zniewolenia psychicznego. Społeczeństwo – zmuszone do oficjalnego wyznawania Nowej Wiary – może tu realizować, choćby w pewnym stopniu, własne, skryte cele tylko w sposób zamaskowany. Uprawianie takiej gry, różne maski takich zabiegów, w zależności od zamierzonego celu, za mitami wschodu, relacjonowanymi przez Gobineau, nazwał Miłosz „ketmanem”. Ani definicja, ani wykład Miłosza nie są tutaj spójne i jasne, uderza jednak przede wszystkim, że rzeczywistość została zastąpiona modelem, gdzie konkretny kraj nabiera cech przypominających model Orwella. Ani jednego nazwiska prócz „ksywek” kolegów pisarzy! Opisując powszechność „ketmana” uczynił Miłosz normą to, co nią wcale jeszcze nie było, trwało przecież wciąż odrzucanie gry pozorów, nawet za cenę kar reżimu i dyskomfortu życia. Rzeczywistość polska jawi się tu jako doskonale kolaborancka, choć uprawia się „ketmana”. Wygląda na to, że własny model czy podobnych mu „reżimowców” podniósł tu Miłosz do zasady naczelnej. Całe burzliwe pięć czy sześć lat powojennych, przebiegające w fazach ostrej walki niepodległościowców i demokratów z reżimem, posługującym się cenzurą, terrorem i mordem, zostało przez Miłosza całkowicie zakamuflowane pod opisem maski „ketmana”.  

Osią książki są przykłady zniewolenia ideologicznego kilku pisarzy. Miłosz nie krępował się ukazywaniem wstydliwych często szczegółów biografii kolegów. Gałczyński był pijakiem potrzebującym pieniędzy, Putrament od młodości grafomanem z kompleksem mniejszości, Andrzejewski mitomanem, Borowski zwariowanym moralistą, nadużywającym wniosków z marksizmu. Pośród sylwetek reprezentujących zniewolenie umysłu lub grę z komunizmem brak tu zresztą meandrów i szczegółów postaw samego autora książki. Mimochodem zresztą odsłaniał Miłosz, że z ludźmi tymi, często przyjaciółmi i kolegami po piórze, uprawiał podwójną – towarzyską i polityczną grę. Autor nie usiłuje nas przekonać, że ci pisarze popełniają jakąś istotną zdradę na tle społeczeństwa. Aby ten opis był prawdziwszy, musiałby to być także opis doświadczeń walczącej o niepodległość polskiej zbiorowości, od której Miłosz tak ostro się odcinał. A może też w okresie tuż powojennym, wraz z pożądanym luksusem oddalenia od kraju autor otrzymywał także luksus niepełnej wiedzy o dziejących się tam potwornościach?

Wygląda bowiem tak, jakby sowieckie Imperium położyło łapę na jakimś tam kraju bez wyraźnej kultury i tradycji. Obraz dowojennej Polski w Zniewolonym umyśle jest na miarę cząstkowych i stronniczych doświadczeń. Obraz powojenny – wyzbyty konkretnych cech brutalnego terroru i zakazu wolności słowa. Przykłady doświadczeń „umysłu zniewolonego” nie służyły przedstawieniu Polski jako kraju, którego ciągłość i tradycja były niszczone przez komunizm. Nie ma też obrazu polskiego Państwa Podziemnego, ludzi, co wierni postawie zachodniej koalicji i rządu emigracyjnego, ale i zachodniej kulturze, walczyli w czasie wojny z nazizmem i komunizmem. W sumie, gdy przeglądamy przedstawione historie pisarzy, nie dostrzegamy jakiegoś ich moralnego sprzeniewierzenia się, brak bowiem zdradzanej tradycji, od której Miłosz się odżegnywał. (…)

Wszystko to wytwarza iluzję, jakby zniewolenie było wprowadzane „miękko” pod względem moralnym, wystarczą tak banalne wady jak pijaństwo, kompleks mniejszości, mitomania czy nadwrażliwy moralizm, aby dać się zniewolić. Zresztą także po latach Miłosz wręcz lekceważy etyczną stronę ugięcia się przed terrorem indoktrynacji, a więc i zgodę na niszczenie innego niż komunistyczne słowa. Ci sami pisarze w wielogłosowym społeczeństwie nie staliby się przecież preferowanymi (także zarobkowo) prorokami. Nie każdy pisarz i intelektualista pragnie skorzystać z takiej sytuacji wyjątkowej. Tę okoliczność Miłosz pomniejsza, na rzecz innego sądu, po latach wyrażonego skrótowo: „nie zdajecie sobie sprawy, jaką siłę miał stalinizm. Intelektualną. Fantastyczną. […] Zmiażdżenie intelektualne [Polski] – bo nie było żadnej intelektualnej przeciwwagi, żadnej obrony…”[29]

Czyżby polskie elity intelektualne, które przeżyły wojnę, były tylko zbiorowiskiem zacofanych lub miałkich umysłów? Dramatyzm zniewolenia został pomniejszony także dlatego, że nie zostało ukazane bogactwo niszczonej teraz polskiej kultury. A teza komunistów była właśnie taka: że uprzednia historia Polski była do skreślenia, wszystko powinno zacząć się od nowa. Nigdy też Miłosz nie rozwijał przykładów postawy niepokornej w Polsce.

Spójrzmy na niektóre argumenty, uzasadniające wybór „zniewolenia” przez Jerzego Andrzejewskiego (Alfę): „Powstanie Warszawskie rozpoczęte na rozkaz rządu emigracyjnego w Londynie, wybuchło, jak wiadomo, w chwili, gdy Armia Czerwona zbliżała się do stolicy, a cofające się wojska niemieckie toczyły walki na przedpolach miasta. […] Nie widać żadnych logicznych powodów, dla których Rosjanie mieliby udzielić pomocy Warszawie. […] Na przeszkodzie obaleniu w Polsce kapitalizmu stało państwo podziemne […] Za udzieleniem pomocy mogłaby więc przemawiać tylko litość dla ginącej milionowej ludności miasta. Litość jest jednak uczuciem zbędnym tam, gdzie przemawia Historia. […] Alfa chodząc tak ze mną po ruinach Warszawy, czuł – jak wszyscy co ocaleli – gniew. […] Alfa nie obwiniał Rosjan. Nie zdałoby się to na nic. Komunizm walczył z faszyzmem, a między dwie moce dostali się Polacy ze swoją etyką, nie opartą na niczym oprócz wierności. Józef Conrad, ten niepoprawny polski szlachcic! A przecie w XX wieku, jak to wskazywał przykład tego miasta, nie było już miejsca na imperatyw ojczyzny i honoru, nie wsparty żadnym celem.”[30]

Nie potępia się bezpośrednio komunistycznej logiki myślenia. Miłosz używa tu „mowy pozornie zależnej”, to znaczy oddając tok myśli Alfy, poprzez niego – przekazuje wiele ze swoich poglądów, powtórzonych przecież w Roku myśliwego i Zaraz po wojnie.

Jest wiele zdań u Miłosza usprawiedliwiających przyłączanie się do zwycięzców, czego nie nazywa oportunizmem. Druga Rzeczpospolita przegrała, można więc mówić o tym z ironią, a nawet moralnym oburzeniem. Brak nawet próby rozróżnienia: w czym przegrała, bo chyba nie we wszystkim? Skąd ten styl cynicznego pragmatyzmu, ujmującego historię jakby w ramach jakiejś teorii gier (słowo „przegrali” starcza u Miłosza za uzasadnienie niechęci: „groza wobec tego, co w Polsce się działo, razem z niechęcią do przegrywających”[31])? O swej sytuacji w latach trzydziestych, pisze Miłosz: „Odrzucając światło ze wschodu miałem rację, ale komuniści mieli inną: dzięki Armii Czerwonej dane im było wkrótce zdobyć władzę i ja musiałem im wtedy służyć.”[32]

W cytowanym już wywiadzie „krakowskim” nazwie tę służbę „manewrowaniem”. (…)

Począwszy od tomu Rok myśliwego (1990) po tom jego korespondencji powojennej z pisarzami, Zaraz po wojnie (1998) – obserwujemy, że ta chęć usprawiedliwienia pisarzy-uczestników PRL-u rośnie. (…)

W Roku myśliwego Miłosz nie godzi się, że istnieje skaza moralna powojennych zaangażowań. Krytykuje więc między innymi wprowadzone przeze mnie pojęcie „hańby domowej”: „Była to groza nagle uzyskanej świadomości, że następuje światowe zwycięstwo komunizmu i że marzenia o niepodległej Polsce trzeba złożyć do muzeum. I z tego powodu, pamiętając, patrzę na szlachetne wypowiedzi w książce Trznadla Hańba domowa z niedowierzaniem. Pewnie, jeżeli się robi powrót do Polski-męczennicy, tej samej sto lat temu i dwieście lat temu, ten podział: tu czystość, a tu hańba, jest uzasadniony. […] Trzeba by dowieść, że okres stalinowski stanowił tylko odchylenie…”

Temu przekonaniu daje też Miłosz w Zaraz po wojnie: „Nigdy później nie przyłączyłem się do oskarżycieli obejmujących mianem hańby domowej zachowanie się polskich intelektualistów jako grupy. (…) Czy oni nie przesadzają dzisiaj, krzycząc o niemoralności tych, co wtedy poszli komunizmowi służyć? I wydziwiając na ich zaślepienie, bo tam miliony było gnojonych na śmierć w gułagach…[33]

Jeśli pierwotnie Miłosz ukazywał zachowanie intelektualistów jako maskę przystosowania się, próbę zmylenie obowiązujących poglądów przy próbie zachowania czy przemycania innej, ukrytej wiedzy – obecnie wprowadza znacznie pojemniejsze, ale i więcej usprawiedliwiające pojęcie „szukania miejsca w nowym układzie”. Wadą obu tych ujęć jest pominięcie faktu, że poddający się „ketmanowi” czy szukający miejsca w nowym układzie uwiarygodniał rzeczy straszne lub niegodne. Decyzja wmontowania się w układ komunistyczny była ściśle połączona z oceną sytuacji: „Kto nie wierzył w trzecią wojnę światową, musiał uznać podział Europy za stan trwały i starać się dostosować do istniejących warunków”.[34] (…)

To, co nazwałem „historycznym oportunizmem” łączyło się także, według Miłosza, z koniecznością wykonywania zawodu pisarza: „Myślę, że trzeba rozpatrzyć sprawę nie tylko na poziomie politycznym, także moralnym, a ponieważ poezja była dla mnie ważna, również zawodowym. […] Najbardziej jednak dla mnie istotny był poziom zawodowy, czyli wierność memu poetyckiemu rzemiosłu. W sposób empiryczny przekonałem się, że cnota i poezja nie lubią chodzić w parze, a nawet często są nie do pogodzenia.”[35] (…)

Myśl Miłosza wikła się cynicznie w sprzecznościach, stanowiących zresztą charakterystyczną cechę jego poglądów i wyznań na ten temat. W końcu nic bardziej sprzecznego z wolnością poety niż wyznanie, że rozwój poezji potrzebuje w jakiejś mierze sprzężenia z jakimkolwiek reżimem. Były to przecież prawdy różnych poziomów: czyżby pisanie poezji uniwersalnej było niemożliwe przy uznaniu Państwa Podziemnego, a możliwe przy akceptacji reżimu lubelskiego? Wyrzuty sumienia, o których Miłosz często pisze, że nie mógł pisać z Polską nieszczęśliwą i przegraną, wydają się bytami urojonymi. Ani Król Duch nie był pisany dla przegranej szlachty, ani Quidam Norwida nie usprawiedliwiał Powstania Styczniowego. Zresztą, wbrew temu, co Miłosz określa jako kierunek swej poetyckiej ucieczki, on sam nie odszedł od modelu poezji historyczno-agitacyjnej.

Na tym tle zaskakuje jednak, że swoje układy z komunizmem, „ochronę swego zawodu”, uzasadnia Miłosz „troską o zdrowie polskiej poezji w perspektywie nie lat, ale stuleci”.

Takie przekonanie nie było zapewne odosobnione wśród reżimowych pisarzy. Ale właśnie to: czy i jak dzieło poetyckie Miłosza przyczyniło się do zdrowia poezji polskiej – pozostaje pytaniem otwartym…

(…) Zgodnie z zasadą „uzasadnienia ex post” Miłosz postuluje w ostatnich swoich wypowiedziach kryterium oceny pisarza poprzez dzieła, a nie postawę publiczną (biografia): „Wydaje mi się, że zdrowa jest zasada oceniania pisarza na podstawie jego dzieła, a nie tego, co mówił czy publicznie wygłaszał”[36].

Jednak granice nie są tu łatwe do określenia, jeśli nie mamy do czynienia z tak zwaną poezją czystą. Popiół i diament Jerzego Andrzejewskiego albo Major Hubert z Armii Andersa Adolfa Rudnickiego to były jednocześnie dzieła i fałszywe wypowiedzi publiczne. Musimy też, oceniając tezy Miłosza o „cyrografie z diabłem” (Rok myśliwego), rozstrzygać: czy istnieje łącznik, czy nie, między prawdą i dobrem a pięknem, jak w platońskiej trójcy? Powstają też podobne wątpliwości, gdy oceniać właśnie zapisy poetyckie Miłosza. W Traktacie poetyckim, pisanym już po pozostaniu na emigracji (1956), Miłosz tej jedności platońskich pojęć zdecydowanie się przeciwstawia: „Poezja nie jest kwestią moralności/Jak dowiódł Szenwald, lejtnant Krasnoj Armii…”

Jeśli jest to tylko kwestia gustu, można by zaliczyć do piękniejszych polskich wierszy tegoż Lucjana Szenwalda Oktawy o piątej kolumnie, haniebną propagandę w sprawie katyńskiej. A także Rzekę Ważyka, Strofy o Stalinie Broniewskiego, List do prezydenta Bieruta Iwaszkiewicza. (…)

Nie jest to formuła przykrego pęknięcia między postawą życiową a twórczością, lecz usprawiedliwienie dla wkroczenia zła do twórczości. Więc naprawdę można uznać, że zło moralne może być piękne? Nawet gdy się sławi tyrana? Wiemy, że mimo opisanych wyżej teorii Miłosz takiej poezji nie uprawiał. Zresztą nie ośmielił się Miłosz stworzyć analogii, by usprawiedliwiać prohitlerowską twórczość nazistów. Jednak uzasadnia immoralny estetyzm, celem usprawiedliwienia postawy komunistów i pisarzy powojennych, zaangażowanych w komunizm. Nawet socrealiści nie ośmielali się twierdzić, że niemoralne jest piękne. Teoria Miłosza jest zgoła wyjątkowa, zwłaszcza że dotyczy literatury pisanej przez totalitaryzm. Swoiste rozdwojenie: budowa nad-teorii dla własnych, nie do końca akceptowanych postaw. A przecież wystarczyłoby powiedzieć, że piękno – jeśli tu istnieje – wynika właśnie ze szczątków dobra. Co oznacza to rozchwianie kryteriów? Czy jest szczególnym ubiorem tej zdrady, która dokonała się po wojnie, gdy niektórzy chcieli wygodnie dostosować się do nieludzkiego ustroju, który miał ponoć trwać wiecznie?

W czasie wojny, jeszcze w 1942 roku kryterium zdawało się bardziej przejrzyste (było to jednak przed zmianą, sygnalizowaną przez pisarza, a spowodowaną wymianą myśli z Tadeuszem Juliuszem Krońskim): „Warto by było odpowiedzieć, jakimi drogami moi przyjaciele doszli, po wkroczeniu wojsk sowieckich na Wileńszczyznę, do zdrady wobec własnej ojczyzny i honoru…”

I pisał tak pomimo określenia swej wileńskiej młodości w Żagarach jako „marzenia o rewolucji”. W tych samych listach do Andrzejewskiego pojawia się ostra krytyka: „swastyk, młotów i sierpów”[37]. Ale zaraz po wojnie: „W Krakowie redaktorem Dziennika Polskiego w przedwojennym gmachu Ikaca został mój kolega z Żagarów [Putrament], teraz oficer polityczny komunistycznej polskiej armii […] Za żadne skarby nie wstąpiłbym do PPR, natomiast łączyły mnie z nimi moje antyprawicowe obsesje i fobie, tak że nie musiałem kłamać[38].”

Czyli jednak: pod pewnymi względami czuł się z nimi razem! I czy obszar przemilczeń prawdy (bo za całą prawdę szło się wtedy do więzienia, a co najmniej przestawało się być kandydatem na placówkę dyplomatyczną) nie ma nic wspólnego z kłamstwem? Szkalować AK niedługo po wkroczeniu Armii Czerwonej do Krakowa, właśnie w dzienniku Putramenta, to przyłączyć się do komunistów: „Typ grottgerowski przy wszystkich swoich zaletach, ma jeden wielki brak: nie umie układać dziejowego równania…”[39]

Termin „dziejowe równanie” to już była odmiana marksistowskiej nowomowy. Czy gdyby hitleryzm zwyciężył, walka z nim też byłaby brakiem zrozumienia dziejowego równania? W roku 1950, tuż przed „wybraniem wolności”, napisał Miłosz wiersz: „Który skrzywdziłeś człowieka prostego nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta.”

Ale człowiek prosty, czy nie mógłby tych słów odwrócić i odnieść do różnych poetów, mówiąc: pamiętam, jak krzywdziliście człowieka prostego, uczestnicząc w przyjęciu ustroju i tworząc pozory normalnego życia literatury, ukrywając prawdę o sowieckiej okupacji, gdy w piwnicach rozstrzeliwano ostatnich uczestników polskiego powojennego powstania. Czy więc ówczesne autoperswazje (termin Zdzisława Najdera) nie były samookłamywaniem się, bo gra na złudzenia była wygodna? Niestety nad ostatnimi książkami Miłosza panuje wybielająca przeszłość autoperswazja. Jak na przykład to zdanie: „Stawiając na Wschód [komunistyczny], wybierałem przynajmniej wspólnotę cierpień”[40]. To samo jednak mogli mówić polscy komuniści, agenci NKWD. Towarzyszyła temu jednoczesna niechęć do polskiej emigracji politycznej, która skazała się na inną wspólnotę cierpienia, demaskującą zniewolenie, choć w oddaleniu od kraju. Zresztą, określenie „wspólnota cierpień”, w sytuacji reżimowego dyplomaty komunistycznego w Waszyngtonie, brzmi nieco dziwnie. 

Jak reagował Miłosz, gdy pisał do niego Tadeusz Kroński, że: „ja czasem celowo daję się ponieść temperamentowi: My sowieckimi kolbami nauczymy ludzi w tym kraju myśleć racjonalnie bez alienacji. […] Opozycja ta jest wrogiem prawdy i piękna i musi być zdławiona. Poza tym zdławiony powinien być antyintelektualizm polski, romantyzm, sentymentalizm, ksenofobia, katolicyzm…”[41] (…)

Już w 1945 Miłosz mówił „wyuczonym” Krońskim: „Czy nie warto […] wreszcie przygwoździć tę romantyczną koncepcję życia […]?”[42]

Był więc przekonany, że coś w Polsce, w jej duchowości powinno być „przygwożdżone”. Zresztą nie tylko romantyzm, bo istniały szczątki prawicy, a sam Miłosz miał „antyprawicowe fobie i obsesje”. Po wojnie do prawicy chętnie zaliczano formacje przeciwstawiające się nowemu okupantowi. Czy Miłosz sprzeciwiał się „grottgerowskim” resztkom AK walczących z nowym okupantem, bo chciał oszczędzić ofiary krwi, czy miał ich sprzeciw za bezsensowny i szkodliwy wobec nieuniknionych przemian dziejowych, „marszu postępu”? (…)

Sądzę, że w Miłoszowej krytyce AK i Powstania Warszawskiego nie chodziło tylko o samą decyzję Powstania. Nie wszyscy członkowie Komendy Głównej opowiadali się za jego wybuchem. Jestem skłonny uważać tę decyzję za tragiczną pomyłkę taktyczną i strategiczną. Było to w istocie powstanie antysowieckie w masce antyhitleryzmu, wyprzedzające powstanie w Budapeszcie o lat dwanaście. Ale postawę Miłosza określa także krytyka tamtej Polski Niepodległej wraz z jej przedłużeniem w czas wojny „przed zniknięciem na zawsze”, co ukazuje sam poeta, pisząc o słynnym Sylwestrze w Goszycach i ostatecznym unicestwieniu „polskiej Nawłoci”[43]: „tam, nie gdzie indziej, są źródła rozdziału Duch dziejów” (z Traktatu poetyckiego). „Brak rozumu” Państwa Podziemnego oznacza niezrozumienie logiki historycznych procesów, unieważniających „przeszłe” formy polskości. A jeśli nawet chodziłoby o historię przez małe „h”, zwykłe, dobre czy złe kalkulacje zdarzeń – co oznaczałoby przyjęcie opcji Miłosza? W skrócie chyba to właśnie: zgodzić się na nieuniknione zalanie Polski przez Armię Czerwoną i narzucony komunizm i zacząć prowadzić miękką grę „łagodzenia okrucieństwa”. Był to pogląd kolaboracyjny a priori, tłumaczony nieuniknionym musem.[44] Uważam, że dla Państwa Podziemnego i Armii Krajowej sytuacja wykluczała tę możliwość. Subiektywnie i obiektywnie. Więc nawet strategia pozostawienia nienaruszonej armii podziemnej, by wpływać na sytuację w kraju zalanym przez Armię Czerwoną, była z góry skazana na niepowodzenie. Na to nie zgodziłby się Stalin. A w momencie, gdy wojska NKWD zaczęłyby likwidować Delegaturę Rządu i Komendę Główną w nienaruszonej – załóżmy – Warszawie, powstanie musiałoby wybuchnąć. Jednak koncepcja Miłosza była chyba przeciwna nawet konspiracji zbrojnej przed Powstaniem. Wydaje mi się zresztą – a nie jest to pogląd odosobniony – że gdyby zbrojny ruch niepodległościowy w czasie wojny i już po okupowaniu kraju przez Armię Czerwoną nie był tak silny, Polska zostałaby o wiele bardziej zniszczona i wynarodowiona w okresie późniejszym.

Rozwijając te myśli o walce i oporze poemat Miłosza akcentuje zwłaszcza swój sprzeciw wobec postaw okupacyjnego środowiska poetów „Sztuki i Narodu”: „Dwudziestoletni poeci Warszawy/
Nie chcieli wiedzieć, że Coś w tym stuleciu/ Myślom ulega, nie Dawidom z procą…”

„Nie chcieli wiedzieć” – stwierdza Miłosz, błąd więc i woli, i rozumu. Zła wola, ale i zła świadomość, diagnoza inna od tej z Wesela, gdzie postuluje się i wolę, i działanie („Ino oni nie chcą chcieć”). Oto do czego – według Miłosza – doprowadził kult woli w literaturze! Do zaniku świadomości. (…)

W Zaraz po wojnie Miłosz określa Trzebińskiego jako „totalistę”(to określenie jest tu rodzajem eufemizmu wobec słowa faszysta) i przeciwstawia młodym poetom okresu okupacji słowo „demokracja”: „A to byli ostrzy chłopcy, którzy byli totalistami, powiedzmy sobie szczerze… Całe szowinistyczne i rasistowskie hecowanie się tuż przed wybuchem wojny […] znajdowało dla mnie dalszy ciąg w programowych elukubracjach «Sztuki i Narodu»”[45].

 I mówi w innym miejscu: „W czasie wojny ja się stykałem z poetami Sztuki i Narodu. Włosy mi stawały na głowie. To było sprzężenie Przybosia z nacjonalizmem polskim, z endecją. Straszne.”[46]

 (…) Typowym zaczepieniem dla różnych oskarżeń poetów „Sztuki i Narodu” były te słowa z Piosenki żołnierskiej Trzebińskiego: „Imperium gdy powstanie to tylko z naszej krwi”. Jednak właściwym odniesieniem takich słów są raczej konteksty poetyckie i kulturowe niż polityczne. Więc nawet nie krótkie epizody walki Batalionów Uderzeniowych Konfederacji Narodu Bolesława Piaseckiego. Ten właściwy kontekst to także poezja mistyczna Juliusza Słowackiego, poświęcona Polsce, to budowanie duchowego boskiego „imperium”, przez tysiąclecia i przestrzenie geograficzne. Byłoby nadużyciem oceniać tę przestrzeń poetycką u Trzebińskiego jako wyraz ideologii ONR-u. To jakieś Jeruzalem Słoneczne, o które walczył z Bogiem także Piast Dantyszek Słowackiego, używając swoich umarłych dzieci jako pocisków… Złowieszcza metafora, którą miał może w podświadomości Stanisław Pigoń, gdy myśląc o młodych warszawskich poetach okupacji mówił, że strzelamy do wroga diamentami. Nie zrozumiemy tamtych poetów posługując się jedynie uproszczonym rozumieniem dykcji mickiewiczowskiej. Te same „klechdy słowiańskie” są w wierszu Trzebińskiego (Melodia), co w Królu Duchu. Stroiński odwołuje się do „rodu Anhellich”. W wierszu Ojczyzna wzywa nas do boju Trzebiński precyzował raz jeszcze pojęcie „imperium”, gdy pisał: „Ziemskie imperium z kroków naszych, / Imperium Boga z naszych serc”. Tego dwa razy użytego, więc doprecyzowanego, słowa „imperium” bez Słowackiego zrozumieć nie można. Interpretując tę poezję trzeba myśleć o niezgłębionej nocy okupacyjnej i terrorze dwu imperialnych okupantów, a nie o skrawku haseł politycznych końca dwudziestolecia.

Zginęli w Warszawie przed powstaniem lub w powstaniu. Metaforyczna ocena Powstania Warszawskiego pojawia się w poemacie Miłosza Toast („Odrodzenie” 1949), pełnym ataków na polską emigrację polityczną. Tam właśnie znajdujemy scenę, w której władze angielskie pod osłoną defilady wynoszą z polskiego obozu dipisów:

„Dziesięć do okowity wielkich aparatów,
Trzysta pięć rewolwerów, osiem skrzyń granatów
I likwidują – moment niemal historyczny –
Pierwszy bodaj w Norwegii – schludny dom publiczny.”
[…] Ocierasz chustką czoło, To nie żarty płaskie!
„Jeszcze chwila a miałbyś powstanie warszawskie.”

Czyżby tamto powstanie broniło… narodowego burdelu? To już prawie poziom tuż powojennej propagandy o Powstaniu. Czy troska o zdrowie polskiej poezji może być uwiarygodniona takimi zdaniami? Czyżby Miłosz ukazywał tu poetycko rekonstruowaną myśl Krońskiego: „że «demon historii» nie sprzyja polskiej prawicy, skoro nawet jej rękami zniszczył Warszawę”[47]? Bo Kroński Toast chwalił: „Kilka obrazów w twoim Toaście dało proletariatowi więcej niż te wszystkie wstrętne artykuły”[48]. (…)

Czy tamten „koniec wojny” to był odpowiedni czas na pozostawanie w kręgu krytyki polskości rodem z Żeromskiego, czy tej późniejszej satyry Gombrowicza z Ferdydurke? Inna była perspektywa. Zapadał się pod ziemię historii dwór polski, wytwórca i symbol kultury polskiej poprzez dzieje oraz nisza oporu przeciw okupantom drugiej wojny światowej. Jednak Miłosz całość Polski od rozbiorów, wraz z dwudziestoleciem określa „jako Nawłoć”: „koniec Nawłoci jako koniec Polski, najniewątpliwiej wtedy, w styczniu 1945 roku, włączonej do Imperium na stałe. Tragedia najbardziej paradoksalna, panska Polsza jako Polska istotna i prawdziwa, a jej zatonięcie jako otwarcie szkoły niewolników”. (…)

Uruchamiając swoje fobie Miłosz gotów jest często nie pamiętać tego, co sam w jakimś innym miejscu pisał. Tyczy to także Powstania. Bo tragedii Powstania niewątpliwie był poświęcony przejmujący apokryf Antygona (w nawiązaniu do motywu Antygony z wiersza Na ruinach katedry św. Jana, w zbiorze Ocalenie). Ten utwór w formie dramatycznej jest głębszy niż to wszystko co później – także w Traktacie poetyckim – napisał Miłosz o Powstaniu, to jeden z największych tekstów tego poety. Jednak utwór ten, napisany w 1949 roku, Miłosz opublikował dedykując go pamięci powstania węgierskiego w Budapeszcie 1956. Były to, w jakimś sensie, jak to ukazywałem wyżej, bliźniacze powstania. Ale przesunięcie dedykacji potwierdza niewątpliwie niechęć wobec Powstania Warszawskiego, jeśli w taki sposób poeta postanowił ominąć pierwotny adres i intencję tego utworu! Pomogło mu też to ominąć wyrażoną jednak w utworze krytykę niesprawiedliwości wobec pamięci Powstania (czyn „z legendy wyzuty” przez zbrodniczego Kreona). A z węgierskim Powstaniem, choć tak podobnym, solidaryzował się już w pełni. Pozwala to zresztą domyślać się, że problematyka Powstania Warszawskiego pozostawała wewnętrznym konfliktem poety. Na świadomość konfliktu moralnego zdają się wskazywać niektóre wersy Traktatu poetyckiego: „Polami wtedy żywi uciekali…/ Każdy z nich dźwigał do końca dni swoich/ Pamięć tchórzostwa, bo umrzeć bez celu/
Nie chciał, a zwątpił, bo nie chciał umierać.”

Wczytując się w Traktat poetycki, uznany za jedno z najbardziej reprezentatywnych dzieł poetyckich Miłosza, nie znajduję w nim jednak tragedii narodu, który utracił wolność przede wszystkim z powodu haniebnej zmowy i, poddany zagładzie, heroicznie i tragicznie zmagał się ze złem. Zastępuje to werdykt o „odebraniu rozumu” przez Ducha Dziejów („za karę”). Jedynym właściwie elementem tragicznym w Traktacie poetyckim jest tragedia żydowska. To ona stanowi powracający motyw głównej części poematu. Uwydatnienie przede wszystkim tej tragedii jest symptomatyczne na tle niechęci poety do całego polskiego ruchu podziemnego, jego tradycji i jego nurtów ideowych. Ale przecież Miłoszowi obce były także tuż powojenne emigracyjne deklaracje niepodległościowe. Uważał je za nierealne i przyjmował to, co nazywał przemianami w kraju. Służył. Niechęć do emigracji londyńskiej i amerykańskiej akcentowana była przez Miłosza i po zerwaniu z PRL-em. Nie była to tylko niechęć do prawicowości. Czołowi polscy socjaliści jak na przykład Ciołkoszowie czy Adam Pragier, niepodległościowcy, też przecież przebywali na londyńskiej emigracji. Próżno szukać u Miłosza tragedii socjalisty Kazimierza Pużaka w więzieniu moskiewskim, a potem zamordowanego przez UB. Czyżby niechęć do tego, co Miłosz nazywa prawicą, rozciągała się (jak przed wojną) i na niepodległościową PPS (Kroński w liście do Miłosza nazywa ich „kryptofaszystami”)? Wygląda więc na to, że „zaraz po wojnie” Miłosz mimo wszystko najlepiej czuł się pośród „reżimowców” i na swojej placówce dyplomaty PRL-u. Pozostaje pytaniem, jak ukazują tę działalność raporty słane przez Miłosza w ciągu kilku lat do centrali MSZ w Warszawie…

Traktatu poetyckiego nie tknął też antykomunizm w sensie zobrazowania sowieckiego zalewu, choćby w sensie przemarszu tej strasznej, półdzikiej, totalitarnej Czerwonej Armii, co zostawiło zresztą poecie okropne wspomnienia. Jedyną szczeliną, przez którą widać „sowieckie zbrodnie”, w Traktacie jest wiadomość o zbrodni katyńskiej, w związku z przypomnieniem Władysława Sebyły. Oczywiście to, co tu piszę, nie może zdać sprawy z zawiłych często i nie wolnych od złożonego symbolizmu obrazów Traktatu poetyckiego, z którym będzie się biedzić inna rozprawa krytyczna. Charakterystyczny dla tych różnych uników był wiersz Piosenka o porcelanie. Kroński, który zapoznał się z manuskryptem wiersza doradzał Miłoszowi, w związku z fragmentem o skorupkach porcelany, zgniecionych przez tanki: „zaplamione / Brzydką czerwoną farbą” – skreślenie słowa „czerwoną”, ze względu na „intelektualno-polityczną klamrę”[49]. W tomie Światło dzienne (1953), wydanym już na Zachodzie, Miłosz istotnie zmienił „czerwoną” na „zakrzepłą”, nie budzącą antykomunistycznych skojarzeń politycznych, a nawet wzmacniającą odniesienie jedynie do krwi ludzi ginących jak zwierzęta. (…)

Pisząc o użyciu „ketmana”, Miłosz myślał także o sobie, zaś ukrytą ideą zezwalającą na uzyskanie korzyści praktycznych od systemu miało być „zdrowie polskiej poezji”. Jednocześnie był jednak w kręgu magicznego oddziaływania ideologii systemu (nie tylko więc „ketmanił”), choć stanowił tu coś odrębnego: fala przemian, tak, „elementy totalne” (ale które?) – nie. Jednak tylko „ketmaniąc”, protestu nie mógł wyrazić. Ale czy nie zapowiadał już (w pewnym sensie) neotrockistowskich dysydentów, opowiadających się za komunizmem „z ludzką twarzą”? Aby wiele lat później zostać podporą formacji wywodzącej się z „rewizjonistycznej” fali.

Uważał, że zniewolenie Polski nastąpiło po pierwszym odsunięciu Gomułki: „Nie twierdzę bynajmniej, że życie w Polsce nie doszło do demonicznego obrazu, ale nastąpiło to stopniowo od likwidacji Gomułki.”[50]

Ale niepodległościowcy byli likwidowani i za pierwszego Gomułki. I jednocześnie: „bo to nieprawda, że jest tylko zabór Polski – jest takie przekształcenie, że nikt jej nie pozna […] I ten paradoks: Polska stawszy się marchią Wschodu, stała się bardziej zachodnia niż była przed wojną. Zachodnia w tym sensie, że raptem wrzucona w problematykę, która pasjonuje ludzi na całym świecie[51].”

Czyżby przed wojną tylko komuniści byli w Polsce „zachodni i nie zaściankowi”? Zastanawia, że tropiący wszędzie nacjonalizm Miłosz nie widzi go w nacjonalizmie wielkoruskim i nie porównuje z nacjonalistycznym socjalizmem niemieckim (nazizmem).

To stanowisko, że komunizm (a przynajmniej ideologia komunistyczna) była szansą uniwersalności literatury polskiej – będzie podtrzymywał Miłosz i później: „Komunizm dał literaturze polskiej niebywałą szansę. Zawsze historycznie zorientowana, ale własną tylko historią zajęta, a więc mało dostępna dla obcych, nagle znalazła się wobec uniwersalnego tematu. Tylko że niewielu piszących wyciągnęło z tego wnioski.”[52]

Tę myśl powtórzy Miłosz w 1989 roku w Krakowie: „Czyli poprzez komunizm Polska znalazła się po raz pierwszy w orbicie myśli europejskiej, na złe czy dobre. Dekadenckiej – ale europejskiej!”[53]

Podczas cytowanej tu dyskusji krakowskiej Miłosz, po pytaniu M. Stali: „Czy da się wymienić takie nazwiska, takich ludzi, którzy ukształtowali się pod wpływem tego doświadczenia – i pozostaną w literaturze, kulturze?” – podkreślił twórczą dla kultury inspirację ideologii komunistycznej, wymieniając jej zasługi dla ukształtowania Kołakowskiego, Wata, ale i siebie samego. (…) Czy tak rozumując, nie można powiedzieć że nazizm wprowadził literaturę polską w doświadczenia uniwersalne, zrozumiałe na całym świecie? Jedno pozostaje tu niewątpliwe: swoista intelektualna fascynacja komunizmem jako przygodą, a nie bezwzględnym złem europejskiego doświadczenia. W polskim przypadku sąd Miłosza omija drugą szalę wagi: hekatombę polskiej inteligencji twórczej, pisarzy unicestwionych – poczynając od tych, którzy zginęli w Powstaniu, bo pomoc sowiecka nie nadeszła, po złamane moralnie kariery i szanse czystego moralnie debiutu dla młodych po wojnie, aż po tych młodych najbardziej ideowych ludzi, którzy zostali zamordowani po lasach i w więzieniach.

Ten „poputczikowski” w stosunku do komunizmu charakter wielu wypowiedzi publicystycznych Miłosza (pierwszy chyba użył tego terminu w stosunku do Miłosza Sergiusz Piasecki), ale i niektórych z jego przedstawień poetyckich, jest w zasadzie pomijany w budowanym przez krytykę obrazie tego poety. Kilka lat temu próbował przerwać tę tendencję w jednym z wywiadów Zbigniew Herbert[54], posługując się szczegółem z prywatnego sporu obu poetów (wiadomo dziś, że chodziło także o Powstanie), ale dotykając ogólnej tendencji ideowych wypowiedzi Miłosza. Wzbudziło to ogromną falę nie tyle polemik, co napaści na Herberta. Podtrzymał je w prasie warszawskiej i nowojorskiej, po śmierci poety, Adam Michnik: „w tej walce [z komunizmem, Herbert] bywał subtelny, ale także brutalny, uderzając zbyt mocno lub na ślepo. […] Kiedy wypowiadał się w sprawach politycznych czy społecznych nie odbiegał od norm polskiego piekła.”

A przecież poza relacjonowanym przez Herberta epizodem prywatnego sporu z Miłoszem kryło się coś zupełnie zasadniczego: odmienność postaw tych dwu poetów wobec Polski ostatniego pięćdziesięciolecia czy nawet osiemdziesięciolecia. Odmienność postawy wobec komunizmu i współpracy z nim światowej lewicy. Wypowiedź Herberta była próbą ideowego starcia, ale dyskusji nie podjęto, a poetę odsądzono od rozumu.[55]

Jak doszło w Polsce do szczególnie jednostronnej oceny Miłosza? Dla pozostających w kraju antykomunistów istotny był akt emigracji politycznej. Zniewolony umysł uchodził za biblię, ważny był protest nowego apostaty systemu wobec komunistycznego dyktatu ideologicznego w kraju. Nagroda Nobla nie sprzyjała rozpoznaniu zróżnicowanych poglądów poety. Przyjęto ją zresztą także jako jeszcze jedną nagrodę wręczoną umęczonemu krajowi.

Od jednostronności widzenia nie uchroniłem się przez długi czas i ja. Brakowało krytycznej lektury, ale i pełniejszej informacji. Działał mechanizm kompensacji wobec zjawisk umieszczanych na indeksie przez krajową cenzurę. Już od roku 1959 narzucano mi tak zwany zapis na nazwisko autora Ocalenia. Sytuacja była już dużo inna, gdy wygłosiłem w Warszawie odczyt o Miłoszu – przed Noblem, w końcu 1977 roku – w klubie studenckim Hybrydy. Ale UB zrywało jeszcze zapowiadające odczyt afisze, co podnosiło temperaturę tematu. Po otrzymaniu przez Miłosza nagrody Nobla miałem odczyt-laudację w Sorbonie. Całość wydrukowałem niedługo później w „Twórczości”, w numerze poświęconym Miłoszowi. Nie stać mnie było wtedy na bardziej zróżnicowaną, całościową interpretację postawy Miłosza.

Gdy jednak emocje związane z „powrotem” noblisty do czytelników w kraju opadły i zacząłem na nowo, a na dodatek krytycznie, czytać teksty Miłosza, pogląd na tego poetę zaczął się różnicować, także na fali moich rozmyślań nad przygotowywaną Hańbą domową. Eseju z „Twórczości” nie przedrukowałem w żadnej z moich późniejszych książek. Zmianę stanowiska wobec Miłosza zaakcentowałem w analizach Polskiego Hamleta (I wyd.1988, II – 1995). W zbiorze Ocalenie tragizmu (1993) znalazł się esej Kot Hafiza czyli skaza Miłosza, publikowany pod koniec 1990 roku, po lekturze Roku myśliwego Miłosza. Interesujące, że rozdziały poświęcone polemice z Miłoszem w Polskim Hamlecie zostały pominięte w akademickim słowniku biobibliograficznym Współcześni polscy pisarze i badacze literatury (Polskiej Akademii Nauk). Pominięto, co gorzej, głośną polemikę Herberta z Miłoszem, ale i pewne wspomnieniowe głosy krytyczne o Miłoszu.

Jeśli pisarze-korespondenci Miłosza z jego książki Zaraz po wojnie byli przede wszystkim „obrońcami wartości”, którzy „ratowali co się da”, to zachodzi pytanie: kto spowodował zapaść kultury i literatury polskiej w okresie powojennym, kto wymuszał na młodzieży przekonanie, że żyje w najsprawiedliwszym z ustrojów, jakie znała ludzkość? Czy to byli jedynie Rosjanie, a może „mówiący bardzo słabo po polsku […] rusini z orzełkami, przypiętymi do jarmułek” (słowa Krońskiego z listu do Miłosza[56]), czyli „kto inny”? Przecież to pisarze, nie aparatczycy, zapełniali kolumny czasopism literackich i wydawali książki w państwowych oficynach.

(…) Odnoszę jednak ogólne wrażenie, że im dłużej Miłosz zajmuje się problemem współpracy z PRL-em, tym bardziej jego wypowiedzi stają się intelektualnie niespójne. Im bardziej też stara się usprawiedliwić pisarską formację PRL-u, tym szerzej, w sposób niezamierzony, odsłania zakres jej współpracy z komunizmem.[57]

Gdyby ten spór z Miłoszem dotyczył tylko biografii jakiegoś pisarza, oddalonego od historii w swoim dziele, może nie byłoby powodu go toczyć. Ale niektóre sądy Miłosza współbrzmią dziś z głosami, mówiącymi, że nie zostaliśmy zdradzeni w Teheranie, Jałcie i Poczdamie. Przecież gdyby po Teheranie rząd polski uzyskał pełną wiedzę o ustępstwach wobec Rosji – nie byłoby decyzji Powstania Warszawskiego! Wmawia się nam słuszność tej zgodnej z racją Rosji, „Realpolitik” zachodniej koalicji. „Realpolitik” – czyli uznanie siły. Jednak pisarz jest po to, by jego słowo nie poświadczało słuszności siły, lecz rację – choćby bezsilną – wolności i prawości. Przyznawać rację powojennej komunistycznej „Realpolitik” to jednocześnie sprowadzić polską emigrację londyńską i amerykańską do zbiorowiska anachronicznych politycznych pajaców. I popowstaniowa emigracja w Europie Kongresu Wiedeńskiego i emigracja pojałtańska były ważnym czynnikiem polskiej racji. Na domiar, Jałta była układem z państwem ludobójczym i totalitarnym, groźnym dla świata, równie groźnym jak nazizm hitlerowski. Ludobójstwo wobec Polski było już wtedy strasznie potwierdzone. (…)

Być może nie ma jednego klucza mogącego wyjaśnić sytuację Czesława Miłosza na tle polskiej świadomości, czyli to, co Tomasz Burek nazwał niedawno „nawrotem odruchu lewoskrętnego”, czyli jednym z „największych skandali, intelektualnych i politycznych, doby obecnej”[58]. Taki a nie inny sąd Miłosza o międzywojennej rzeczywistości, niewątpliwie ułomnej, ale nie bez osiągnięć, rozbrat z okupacyjnym i powojennym ideowym nurtem niepodległościowym, co doprowadziło go do współpracy z komunistami po wojnie – to wszystko miało może związek z zachwianym poczuciem własnej tożsamości? Jak ujął to Zbigniew Herbert w wierszu Chodasiewicz: „był hybrydą w której wszystko się telepie / duch i ciało góra z dołem raz marksista raz katolik / chłop i baba a w dodatku pół Rosjanin a pół Polak”. Po nastaniu stanu wojennego, sam to słyszałem, Miłosz przedstawił się w radiu francuskim jako Litwin piszący po polsku.

Metafora Herberta ukazuje podstawową trudność polemiki z Miłoszem i oceny jego poglądów. Wyrazistość, spójność intelektualna nie jest bowiem mocną stroną tego poety, którego jedne sądy zaprzeczają innym. Jeden wszakże sąd nie ulegał tu zmianie. Chodzi o powtarzane wielokrotnie, w różny sposób, zdanie poety: „Żadna niewiedza mnie nie chroniła. Miliony w gułagach, deportacje po 1939 roku. Katyń, Powstanie Warszawskie, terror w Polsce […] A zarazem istnienie […] prawowitego rządu w Londynie. I ja przeciwko nim, z tym koronnym argumentem, że przegrali i że nie mogą wygrać. Zerwać pakt, stowarzyszyć się z nimi, bo szlachetni, wierni imponderabiliom? To tylko dzisiaj, po kilkudziesięciu latach Polski Ludowej, sławi się niezłomność emigracji.”[59] 

Tworzenie konstrukcji pragmatycznej życia tylko dlatego, że komunizm zwyciężał? A gdyby tak nazizm zwyciężał? Nazizm też przyciągał intelektualistów walczących z komunizmem. Ponieważ człowiek jest podzielony, błędy mogą nie dotykać jego twórczości lub jej części. Poezja, którą tworzył Ezra Pound, pozostaje wielka, choć jego udział nazistowski budzi smutek, podobnie jak epizod zamknięcia go w klatce przez amerykańskich żołnierzy. Ci, co pamiętają ostatnią okupację hitlerowską, wywodzą ocenę nazizmu z gorzkiej i naocznej wiedzy o ludobójstwie. Odtąd taka wiedza rzutuje na ocenę każdej ideologii. Podobnie musi być z totalitaryzmem komunistycznym. Powojenny akces bardzo młodych ludzi do marksizmu opierał się przede wszystkim na ideologii, bo właśnie o ludobójstwie prawie nie wiedzieli, a nawet wiedza o terrorze powojennym była dla wielu ukryta. Stąd nawet te „drobiazgi”, jakie pokazał Chruszczow na XX Zjeździe bywały dla adeptów ostatecznym, przesądzającym odejście wstrząsem. Na tym tle próba wytłumaczenie tych, co mieli doświadczenie, znali ludobójstwo, należy do aktów złej wiary. Nie usprawiedliwia tego żadne przeświadczenie o posłannictwie. W takim ujęciu posłannictwo bliskie jest karierowiczostwa.

Wróćmy jeszcze do sprawy tożsamości. Dość szczególna musi być płaszczyzna oceny spraw narodowych dla kogoś, kto napisał „tylko język jest ojczyzną” (Traktat poetycki) lub kto mówił, że jest „Litwinem piszącym po polsku”. W tym, przywołanym wyżej, znów często cytowanym Miłoszowym określeniu ojczyzny – język przeciwstawiony zostaje historii i geografii. Sam określa to tak: „I niewątpliwie powoływanie się na genealogię litewską było dla mnie jeszcze jednym sposobem odcięcia się od moich rzeczywistych czy urojonych prześladowców-Lechitów.” Lechitów-Polaków, czyli: „prawicowe skłonności, obrzędowy katolicyzm, brak intelektualnych zainteresowań”.[60]

Poczucie własnej tożsamości jest oczywiście rzeczą wolnego wyboru. Rzecz się komplikuje, jeśli część narodowej wspólnoty przyznaje takiemu twórcy charyzmę jednego z duchowych przewodników (…)

(Esej ze zbioru Spojrzeć na Eurydykę, Kraków 2003)

_____________________________________________________

[1]Czesław Miłosz: Zniewolony umysł. Wyd. II. Paryż 1980. Instytut Literacki, s. 14.

[2] Czesław Miłosz: Zaraz po wojnie. Kraków 1998. Znak, s. 10.

[3] Czesław Miłosz: Tygrys [w:] Rodzinna Europa. Paryż 1959, s. 225-226.

[4] Czesław Miłosz: Rok myśliwego. Paryż 1989. Instytut Literacki, s. 118.

[5] Na placówkach dyplomatycznych bywali niekiedy ludzie z kręgu opozycji, do 1947 można było wierzyć w jakiś sukces Mikołajczyka. Przykładem – ambasadorowanie w Rzymie do 1947 roku Stanisława Kota. Przedtem był przez rok ambasadorem w ZSSR (1941-1942), jako prawa ręka gen. Sikorskiego.

[6] Cz. Miłosz: Zaraz po wojnie, s. 93.

[7] Czesław Miłosz: Bulion z gwoździ. „Żagary” 1931, nr 5.

[8] Czesław Miłosz: Sens regionalizmu. „Piony” 1932, nr 2.

[9] Czesław Miłosz: Dwa fałsze et Co. „Piony” 1932, nr 3.

[10] „Pisałem idiotyczne artykuły […] żdanowszczyzna”. [w:] Wstawać rano, pisać, a potem na jagody… Z Czesławem Miłoszem rozmawia Adam Michnik, „Gazeta Wyborcza” 1991, nr 132.

[11] Krytyczne wspomnienie o lewicowej działalności Miłosza w radiu wileńskim i różnych szczegółach jego biografii przedwojennej i okupacyjnej zamieścił Wiktor Trościanko w szkicu: Obóz Laureata, w „Myśli Polskiej”, Londyn 1981 (1-15 listopada). Przypomina też przedwojenne spotkanie z Miłoszem i jego „obelżywe epitety pod adresem narodu polskiego”.

[12] Cz. Miłosz: Zaraz po wojnie, s. 10-11.

[13] Cz. Miłosz: Rok myśliwego, s. 232-233.

[14] Cz. Miłosz: Rok myśliwego, s. 214, 216.

[15] W. Trościanko: Obóz laureata.

[16] Cz. Miłosz: Rok myśliwego, s. 12.

[17] Cz. Miłosz: Rok myśliwego, s. 144.

[18] Cz. Miłosz: Rok myśliwego, s. 143.

[19] Cz. Miłosz: Rok myśliwego, s. 52

[20] Wańkowicz i Miłosz w świetle korespondencji. Podała do druku Aleksandra Ziółkowska. „Twórczość” 1981, nr 10, s. 107. Miłosz pisze w Roku myśliwego, że niepotrzebnie zgodził się na ogłoszenie tej korespondencji: „argumenty fałszywe, ukrywały moje prawdziwe motywy” (s. 212). Ja jednak te spontaniczne listy traktuję jako część prawdy o Miłoszu, poglądy tam wyrażone powtarzają się później.
[21] O komunistycznym maglu i polskiej szkole poezji. Rozmowa z Czesławem Miłoszem. „NaGłos” 1990, nr 1, s. 18.

[22] Cz. Miłosz: Rok myśliwego, s. 256.

[23] Wańkowicz i Miłosz…, s. 99.

[24] Cz. Miłosz: Rok myśliwego, 145.

[25] Cyt. za: Marek Zieliński; Prawo Archimedesa, „Kultura i Życie” 1990, nr 17.

[26] Wańkowicz i Miłosz…, op. cit., s. 95.

[27] Wańkowicz i Miłosz…, op. cit., s. 100.

[28] Wańkowicz i Miłosz…, s. 105.

[29] O komunistycznym maglu…, s. 19.

[30] Cz. Miłosz: Zniewolony umysł, s. 102.

[31] Cz. Miłosz: Zniewolony umysł, s.238.

[32] Czesław Miłosz: Marksizm [w:] Rodzinna Europa. Paryż 1959.

[33] Cz. Miłosz: Zaraz po wojnie.

[34] Cz. Miłosz: Rok myśliwego, s. 51.

[35] Cz. Miłosz: Zaraz po wojnie, s.5, 9.

[36] Cz. Miłosz: Zaraz po wojnie, op. cit., s. 121.

[37] Czesław Miłosz, Legendy nowoczesności, Kraków 1996.

[38] Cz. Miłosz: Zaraz po wojnie, s. 8.

[39] czmi [Czesław Miłosz]: Ludzie łagodni. „Dziennik Polski”, Kraków 1945, nr 24. Zgodnie ze swym obyczajem Miłosz pobłażliwie traktuje po latach tamto swoje pisanie: „Nie znalazłem w nich [felietonach] nic, co mogłoby mnie narazić na zarzut schlebiania nowej władzy, bo są to felietony powściągliwe i trzymające się linii „odbudowy” po wojennych zniszczeniach.”Cz. Miłosz: Zaraz po wojnie, s. 9.

[40] Cz. Miłosz: Zaraz po wojnie, s. 12.

[41] Cz. Miłosz: Zaraz po wojnie, s. 319.

[42] czmi [Czesław Miłosz]: Seraficzni. „Dziennik Polski”, Kraków 1945, nr 41.

[43] „koniec Nawłoci jako koniec Polski, najniewątpliwiej wtedy, w styczniu 1945 roku, włączonej do Imperium na stałe. Tragedia najbardziej paradoksalna, panska Polsza jako Polska istotna i prawdziwa, a jej zatonięcie jako otwarcie szkoły niewolników”. Czesław Miłosz: Rok myśliwego, s. 81.

[44] „Właściwie, ponieważ przedmiotem sporu [w opowiadaniu Szczepańskiego Koniec legendy] jest ostatnia bitwa Powstania Warszawskiego, chodzi już o zachowanie się w kraju podbitym: albo honor, albo kolaboracja”. Czesław Miłosz: Rok myśliwego.

[45] Cz. Miłosz: Zaraz po wojnie, s. 91-92.

[46] O komunistycznym maglu…, s. 31.

[47] Cz. Miłosz: Zaraz po wojnie, s. 236.

[48] Cz. Miłosz: Zaraz po wojnie, s. 334.

[49] Cz. Miłosz: Zaraz po wojnie, s.310.

[50] Wańkowicz i Miłosz…, s. 101.

[51]Wańkowicz i Miłosz…, s. 109.
[52] Cz. Miłosz: Nieobjęta ziemia, s. 70.

[53] O komunistycznym maglu i polskiej szkole poezji. Rozmowa z Czesławem Miłoszem. „Nagłos” 1990, nr 1.

[54]  „Był to rok 1968 czy 1969 rok. Powiedział mi – na trzeźwo – że trzeba przyłączyć Polskę do Związku Radzieckiego. […] myślałem, że to żart czy prowokacja. Lecz gdy powtórzył to na kolacji, gdzie byli Amerykanie, którym się to nawet bardzo spodobało, wstałem i wygarnąłem.” Pojedynki Pana Cogito. „Tygodnik Solidarność”, 1994, nr 42.

[55] Relacja z niektórych polemik w sprawie Herbert versus Miłosz w moim Polskim Hamlecie, wyd. II, 1995.

[56] Cz. Miłosz: Zaraz po wojnie, s. 307-308.

[57] Mówi Janusz Sławiński: „Opublikowana ostatnio przez Czesława Miłosza korespondencja z lat tuż powojennych więcej mi mówi o nachodzeniu sowietyzmu na życie duchowe Polaków niż cała na ten temat literatura fikcjonalna.”[w:] Inicjacje literackie. Janusz Sławiński – prof. literaturoznawca. „Nowe Książki” 1999, nr 1.

[58] Tomasz Burek: Dziennik kwarantanny. Miłosz nie wszystko wybacza. [w:] „Gazeta Polska” 1998, nr 46.

[59] Czesław Miłosz: Rok myśliwego, s. 119.

[60] Czesław Miłosz: Rok myśliwego, s. 12.

Tags: , ,

About Jacek Trznadel